|
Post #1
30 Sep 2005, 15:17
Patrzył na niebo. Wydawało mu się takie piękne. Słońce wschodziło zalewając szkarłatem cały firmament. Okrągła tarcza powoli podnosiła się na nieboskłonie. Obaj siedzieli przy ognisku, u podnóża góry. Mniejszy – o kasztanowych włosach, z ciemnym porożem. Większy – kruczoczarny, o śnieżnych rogach.
- Co to jest? – zapytał młody tauren. - To jest słońce. – odpowiedział mu gruby głos. - A czym jest słońce? – dopytywał się cielak. - My, taureni wierzymy, że… - młody byk usłyszał tylko świst i gruby głos się urwał. - Ojcze... Tato! – młodziak obejrzał się na swego rodzica. Stary tauren został trafiony. Strzała tkwiła w jego ramieniu. – Tato! Tato! - Nic… nic mi… Nic mi nie jest. - Tato, krwawisz! - Bizhon, uspokój się. Przynieś Czerwone Zioło i dwa Słoneczne Kwiaty… - W tym momencie ojciec młodocianego taurena zacisnął zęby na skórzanym pasku swojej torby i mocno pociągnął za strzałę. Z rany trysnęła krew, którą zaraz opatrzył jakimś żółtym liściem. - Dobrze, tato, przyniosę! – powiedział zdenerwowany tauren i biegnąc w stronę polany recytował: „Słoneczne Kwiaty wzrastają jedynie ochoczo na polanach, wielkie niczym dynie. Kłopotu z odszukaniem ich nie ma wiele, lecz trudno je wyrwać - nie jest to byle ziele.” Ze znalezieniem Słonecznych Kwiatów nie miał problemu, jednakże nie umiał ich wyrwać. Toteż wyciągnął mały nożyk, naciął roślinę i wsadził ją do torby. Zostało mu Czerwone Ziele. Pobiegł zatem w górę, mrucząc coś pod nosem: „Tam znajdziesz Czerwone Zioła, gdzie żadna roślina rosnąć nie zdoła. Bytuje wyłącznie na górskiej grani, nie przywołają ich mocą swą szamani. Wspinaj się tedy po nie wysoko, gdzie patrzy jeno orle oko.” Był już w połowie drogi, gdy do jego uszu doleciał znajomy ryk ojca. Przeraźliwy wrzask wypełnił głowę Bizhona. Otępiały nie wiedział czy podążać dalej, czy też wracać. Zdecydował się na powrót i co sił popędził w dół. Kiedy w końcu dotarł na miejsce… po ojcu nie było śladu. Ziemia, w niektórych miejscach była wypalona, a tu i ówdzie leżały strzępy materiału. Obok zniszczonego ogniska leżała jakaś potargana sakiewka oraz pierścień - drewniany, misternie zdobiony, z mnóstwem tajemniczych run. Bizhon w jednej chwili rozpoznał ojcowską własność. Przyklęknął i zapłakał gorzko. Szybko jednak oprzytomniał i zdał sobie sprawę, iż musi pomóc ojcu. Wsadził pierścień do torby i zaczął badać ślady. „Te na pewno należą do taty” pomyślał. Wszelako jego uwagę przykuły inne. „Ktoś, kto zostawił te ślady mocno stąpa po ziemi… i nosi buty… Nie są one małe, aczkolwiek również nie największe… Zapewne jest to człowiek.”. Gdy był już pewny podążył tropem. Wkrótce zaczął dochodzić do niego jakiś hałas. Im bliżej Bizhon był, tym zgiełk był głośniejszy. Dopiero po chwili młody tauren zrozumiał, że to, co słyszał nie jest żadnym hałasem, tylko rozmową, a raczej kłótnią. Tyle, iż prowadzoną w obcym języku. Podszedł jeszcze bliżej i zauważył lekką poświatę. Gdy tak podchodził powoli, w rezultacie dotarł do małego zagajnika. Wychynął się zza jednego z drzew i jego oczom ukazało się palenisko, a wokół niego pięciu ludzi. Dwóch z nich właśnie przywiązywało nieprzytomnego ojca Bizhona do pala. Sam zaś Bizhon wiedział, że nawet gdyby ocucił ojca i tak nic przeciwko tylu chłopom by nie wskórali. Potrzebna mu była pomoc. Jednakowoż wioska nie była blisko, więc zanim dotarłby do niej i wrócił ze współplemieńcami minęłyby co najmniej cztery dni, a bandyci byli by już hen, hen daleko. Stracił natychmiast nadzieję i znów miał zaszlochać, gdy wtem usłyszał jak ktoś się skrada. Ukrył się przeto w pobliskiej kępie krzaków i obserwował. Oto grupa orków i trolli po cichu zbliżała się do ludzkiego obozu ze wszystkich stron. Nikt inny zapewne nie usłyszałby sprawców, jednakże Bizhon miał niespotykany talent łowiecki. Patrzył jak śmiałkowie są coraz bliżej. Nie mógł się wszelako nadziwić, jak to możliwe, iż żaden z ludzi do tej pory nic nie usłyszał. Kilkunastu orków i trolli zacieśniało krąg wokół niepodejrzewających niczego, upitych ponadto ofiar. W pewnym momencie, gdy odległość między jednymi, a drugimi wynosiła jakieś dwa jardy, jeden z orków krzyknął bojowo, bandyci natychmiast sięgnęli po broń, jednak już po chwili ani jeden nie miał głowy. Bizhon natychmiast podbiegł do ojca, aby go uwolnić, ale dwa trolle już wyciągały bronie, tak że młodociany tauren zatrzymał się i wyciągnął rękę na znak przyjaźni. Chwyciły go jednak kurczowo, tak iż nie mógł się ruszyć. Zaraz też zbiegłą się reszta. - Kim jesteś i czego chcesz? – zapytał groźnie największy z orków, zapewne herszt bandy. Bizhon milczał przez chwilę, po czym przemówił cicho: - Jestem synem tego tu taurena. Pozwólcie mi go chociaż uwolnić. - Nie tak prędko… Sami się tym zajmiemy. Vulgar! Rozwiąż go! - Ale on jest ranny! - Tym też się zajmiemy. Trolle z naszej kompanii są znakomici w leczeniu. - To jest mój ojciec! Muszę do niego podejść! - Bo co? – grupa roześmiała się. – Mały, ty lepiej uważaj. Zaraz się dowiemy o co tu chodzi. Te, Vulgar, obudźże tego taurena. Vulgar, jak na orka przystało nie był najdelikatniejszym i najmądrzejszym stworzeniem. Toteż wyciągnął sztylet, rozciął nim więzy i potrząsnął taurenem. Stary byk obudził się. - Co?... Moja ręka… Bizhon! – zawołał. - Tato! – młodziak wyrwał się trollom i w jednej chwili był już przy rodzicu. – Och, tato! Zabiorę cię do domu. - Nie… Ja już nie dojdę do domu. Wiesz przecież… Stary jestem. W tej strzale była trucizna. Powoli mnie dobija. Został mi jeszcze jeden dzień, najwyżej dwa. - Ale tato… Tato… Będziesz zdrowy. Wszystko będzie dobrze… - Bizhon miał już łzy w oczach. Ścisnął mocniej ojca i położył głowę na jego ramieniu. – Nie… Nie umrzesz. - Nie płacz. Taurenowi nie przystoi… - rodzic westchnął i rzekł jeszcze. - Choć… dokończmy naszą rozmowę. W tym momencie podszedł herszt wybawicieli i powiedział: - Słyszałem rozmowę, no i… przykro mi. Może jesteśmy nieokrzesani, może nie jesteśmy delikatni, może nie widać tego szczególnie, ale serca mamy jakeśmy horda. Współczujemy wam z całego serca, dlatego postaramy się was chronić przez jakiś czas. - Dziękujemy wam, ale nie sądzę by ktoś miał nas jeszcze zaatakować… Proszę was tylko o odprowadzenie mego syna do wioski, jak tylko umrę. – słowa starego taurena ciężko przechodziły mu przez gardło. – I… Zostawcie nas na chwilę samych. Słońce zachodziło, złocąc promieniami przejrzyste niebo, niczym rękoma malarza. Kilka pomarańczowych chmurek przemykało powoli kształtując się w smoki, drzewa, statki… Obaj rozmawiali i patrzyli na ten, zapierający dech w piersiach widok. - Więc tato… - mówił lekko roztrzęsionym głosem Bizhon. – Czym jest słońce? - Taureni od wieków wierzą, że dawno, dawno temu, gdy na Ziemi nie rosły żadne rośliny, a gleby nie deptało ani jedno stworzenie, Natura, czyli Matka Ziemi postanowiła dać Życie. Posiała zatem na Glebie Światła dwa nasionka i śpiewając roniła łzy nad nimi. Z nasion wyrosły dwa cudowne kwiaty, jeden złoty, drugi srebrny. Wtedy też na wszystkich lądach i w morzach Natura posiała rośliny, tak by mogły one urosnąć i dać światu szczęście. Uśpiła je jednak, by mogły spojrzeć na ziemię dopiero, gdy będzie na niej Światło. Toteż wzięła Złoty Kwiat, znany od tej pory jako Słońce i umieściła go na firmamencie. Dawał on światło tak jasne, iż część roślin pobudziła się do życia, a na Ziemi rzeczywiście zapanowało szczęście. Zabrała również Srebrny Kwiat, mający kształt kielicha, w którym nagromadziły się łzy Matki Ziemi i ulokowała go obok słońca. Księżyc, jak nazwano Srebrny Kwiat świecił nie tak mocno jak Słońce, jednakże kiedy i on zalśnił cała reszta roślin obudziła się ze swego snu, a na Ziemi nie było szczęśliwszych czasów. Jednak Słońce, jak i Księżyc musiały co jakiś czas odpocząć. Przeto Natura tak ustanowiła, iż Słońce dawało światło, kiedy Księżyc spał, a On sam błyszczał, gdy to Słońce zapadało w sen. I tak na Ziemi cały czas panowało Światło. Wtedy Matka Ziemi uformowała z grudek Gleby Światła pierwsze poruszające się stworzenia i dopełniały się nawzajem rośliny - Pierworodne Dzieci Natury i zwierzęta, Drugie Dzieci. – gdy stary tauren skończył opowiadać zapadła już głęboka noc, a gwiazdy lśniły srebrzyście na nieboskłonie. - Tato… a skąd wzięły się gwiazdy? – dopytywał syn. - Gwiazdy... Między zachodem Słońca, a wschodem Księżyca był moment, gdy na Ziemi panowała całkowita ciemność i bogowie, a w szczególności Panowie Mroku mogli zniewalać wszelkie stworzenia i namawiać do zła. Wtedy też Natura nabrała wszystkie łzy ze Srebrnego Kwiatu, czyli Księżyca, zmieszała je z pyłkiem ów Kwiatu i rozsypała na całym niebie, nakazując zabłysnąć zaraz, kiedy Słońce chowa się za horyzontem. I tak było, że gwiazdy mieniły się blaskiem, zaraz po zachodzie Złotego Kwiatu, a niektóre pojawiały się na firmamencie jeszcze, gdy Słońce nie schowało się w pełni. Lecz i to nie do końca pokrzyżowało plany Panów Mroku. Dlatego Natura stworzyła nas, taurenów, nakazując nam chronić wszelkie dobre stworzenie. Ojciec i syn, we dwóch patrzyli na drogę mleczną. Było bardzo cicho… Bez pośpiechu gwiazdy zaczęły znikać, a na wschodzie zaczęła pojawiać się różowo-pomarańczowa łuna. - Tato… A dlaczego niebo czasem jest takie kolorowe? – Lecz młody tauren nie uzyskał odpowiedzi. – Tato… - Bizhon popatrzył się na ojca. – Tato! I tak pisał później w swoim dzienniku: (…) Teraz nie mam nikogo. Matka umarła przy porodzie, a teraz Ojciec. Odszedł do tej lepszej krainy. (…) Podobno, gdy bardzo się chce umarli odwiedzają czasem swoich bliskich na jawie. Może i mi się uda tego doświadczyć. (…) Słowa, które zostały napisane na kartach tego dziennika były rozmazane. Runy pisane drżąca ręką nosiły ślady łez. Po śmierci rodzica Bizhon eskortowany przez orków i trolli wrócił do wioski. Sam zamieszkał w małym namiocie. Współplemieńcy chcieli mu pomóc, jednakże on twierdził, iż nic nie potrzebuje. W pewną zimową noc, gdy łuna wschodzącego słońca na niebie niesamowicie przypominała mu tę, z dnia śmierci ojca Bizhon wyruszył w nieznane. Tułał się po świecie samotny, smutny. Jego oczy już nigdy nie nabrały dawnego blasku… Zimne i „widzące na wylot”… Został łowcą. Trudnił się w garbowaniu zwierzyny i szyciu ubrań, jako, że tylko sam mógł o się odziewać. Wiedział co nieco o roślinach, jednakowoż nigdy nie warzył mikstur. Zawsze miał przy sobie pierścień ojca - jedyną po nim pamiątkę. Bizhon wędruje po całym Azerocie, chroniąc rośliny i zwierzęta, jak przykazała mu Natura. ------------------- Imię: Bizhon Rasa: Tauren Płeć: Mężczyzna Klasa: Łowca Profesja: Szycie ubrań, garbowanie skór Wzrost: 9 stóp (274 cm) Waga: 222 kg Oczy: Czarne, zimne Sierść / futro: kasztanowe |
|
Post #2
30 Sep 2005, 15:38
:super:
super opowiesc 😊 To ze słoncem ksiezycem i gwiazdami to chyba motyw zaczerpniety z silmarylliona ? Mysle ze Bizhon bedzie wielkim łowca 😊 |
|
Post #3
30 Sep 2005, 18:06
Dzięki! :padam:
Też czytasz Tolkiena? 😀 Tolkien to moja pasja 😀 Silmarillion the best! 😀 |
|
Post #4
30 Sep 2005, 18:25
No jasne ze tak 😀 to byl ksiazka od ktorej zaczynalem przygode z Fantazy! potem Wladca hobbit potem przeszedlem dalej do forgotten realm's , Greyhawk a teraz czytam Gwiedzne wojny :hyhy: :]
|
|
Post #5
30 Sep 2005, 18:32
Co do opowieści... Mam pomysł na drugą część 😀 Tylko muszę dostać mobilizację ze strony komentarzy.... :hyhy:
|
|
Post #6
30 Sep 2005, 20:43
Hehe a ja w swoja opowies bede uzupelnial w czasie gry mam nadzieje 😊
tzn zobaczymy jak bedzie mi szło jakie przygody bede w WoW'ie przezywal i byc moze to bede pisal 😊😀 btw wierszyki super 😀:D |
|
Post #7
30 Sep 2005, 21:10
podoba mi się, nawet bardzo... mam nadzieje że się kiedyś spotakmy, na polu bitwy:)
|
|
Post #8
06 Oct 2005, 15:59
no to prosze , mobilizacja z mojej strony, wyroznienie
|
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |