📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Sandor Kerseth
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 01 Oct 2005, 16:56
No to mamy okazję napisać historię jeszcze raz ;-)

OPIS:

Barczysty człowiek patrzy na ciebie spode łba. Spojrzenie oczu w kolorze ciemnej stali, choć niepokojące, nie trwa długo. Przez jego lewy policzek biegnie głęboka, poszarpana blizna, bystry obserwator zauważy też drugą - na skroni, częściowo przykrytą długimi, czarnymi włosami. Sandor nosi też brodę, na północną modłę, jednak do obrazu krzykliwego, radośnie upijającego się po karczmach wojownika z Północy nie pasuje w żaden sposób. Ponure, poznaczone bliznami oblicze najprawdopodobniej skrywa jakąś tajemnicę, o którą jednak mało kto pyta.
Z odpychającą twarzą kontrastuje głos - na ogół spokojny i cichy, o przyjemnym brzmieniu. Sandor jednak odzywa się rzadko i mówi niewiele. Po jego żołnierskiej postawie, sposobie, w jaki obchodzi sie z bronią, widać, że przez całe życie walczył, nie rozmawiał.

HISTORIA:
Jestem Sandor Kerseth, niegdyś żołnierz, teraz zaś sługa Światłości, a słowa te piszę z jednego powodu: jestem być może jedynym człowiekiem, który przechowuję pamięć o Szarej Kompanii i jej ostatniej bitwie. Nie wolno mi dopuścić, aby pamięć ta zginęła wraz ze mną, a nie wiem, gdzie i kiedy w tych niespokojnych czasach przyjdzie mi polec. Ktokolwiek czytać będzie te słowa, niech zapamięta je i opowiada: wieczorami w karczmach, przy obozowych ogniskach, towarzyszom broni przed bitwą, każdemu, kto zechce ich słuchać.

Nazwisko, które przybrałem, nie jest moim rodowym - nie wiem, kim byli moi rodzice. Ja nie miałem domu, chyba, że miłosiernie nazwiemy tak ulice i kanały Stormwind.
Imię to nadał mi Istvan, kiedy z sobie tylko znanej przyczyny postanowił wziąć mnie pod opiekę. Dzięki niemu nie umarłem z głodu i nie zabiły mnie noże opryszków. Był moim bratem i całą moją rodziną.
Istvan był silny, szybki i niezwykle gwałtownego usposobienia. Nawet więksi ulicznicy omijali go z daleka, wiedząc, że w walce nie przestraszy się nikogo. Pewnego dnia postawił się w karczmie żołnierzowi który, lekko podpiwszy, postanowił z karczmy wyrzucić wszystkich, którzy mu się nie podobali. O, co to był za pojedynek na pięści! Nawet w kolczudze i pancernych rękawicach żołdak nie miał najmniejszych szans.
I wtedy zdarzył się cud - zamiast wychłostać nas obu, kompania przyjęła nas jak swoich. Od tej pory wlekliśmy się za nią, karmiąc się tym, co nam rzucili. A rzucali niemało, w zamian żądając od Istvana, aby załatwiał dla nich drobne porachunki z "hołotą", jak nazywali innych żołnierzy.
Była to Szara Kompania, elita zwiadu wojsk Stormwind. Nikt tak jak oni nie umiał się kryć po lasach i polach, całymi dniami tkwiąc w jednym miejscu w oczekiwaniu na wroga. Widziałem później na własne oczy, jak nieprzyjacielscy żołnierze mijali nas na wyciągnięcie ręki, nie podejrzewając, że jesteśmy tak blisko. A kiedy było trzeba, uderzali znienacka na wroga, bijąc się jak straceńcy, jak demony.
Żołnierze chętnie uczyli nas posługiwania się bronią, powoli stawaliśmy się częścią oddziału. Kiedy miałem piętnaście lat, a Istvan osiemnaście, obu nas przyjęto do Kompanii. Od tej pory służyliśmy, najlepiej jak umieliśmy, Stormwind. Zapomnieliśmy, jak kiedyś nienawidziliśmy tego miasta.
Wojna z nieumarłymi zastała nas na południowych krańcach Lordaeronu. Mieliśmy bronić niewielkiego miasteczka przed naciągającą hordą. Szara Kompania ukryła się w jednym z sobie tylko znanych miejsc, czekając, aż wróg nas minie, po czym miała uderzyć na tyły.
Nie udało się - martwi żołnierze weszli wprost do naszej dolinki. Ścieżki, która do niej prowadziła, nie znał nikt poza Szarą Kompanią. Wiedzieli też, kiedy najwięcej żołnierzy odpoczywa, wiedzieli nawet, która część ostrokołu będzie najsłabiej obsadzona. Ktoś nas zdradził, kupił swoje życie w zamian za zagładę Kompanii.
Nie mieliśmy nawet dokąd uciekać. Dolinka była zamknięta, a nieumarłych mrowie - mogliśmy tylko drogo sprzedać swoje życie. I przysięgam, tak zrobiliśmy. Tego dnia okryliśmy się największą chwałą, to była nasza największa - i nasza ostatnia - bitwa.
Polegli wszyscy, czterdziestu dobrych żołnierzy. Kapitan Richards, którego nazywaliśmy "Żabą", Jack Szczęściarz, który wszystkich ogrywał w karty, milczący Sergen Calvin, Istvan, który był moim bratem - wszyscy dali gardła tego dnia. Jeden z nas tylko, poza mną, musiał ocaleć, nie wiem kto. Ale pamiętam wszystkich, całą Kompanię. Kogo spotkam żywego - to będzie nasz zdrajca, ten mi za wszystkich zapłaci.
Mnie uznano za martwego, nie myląc się zresztą zbytnio. Gdy martwiaki odciągnęły na miasteczko, okoliczni chłopi odkryli dolinkę - teraz już nie brakowało śladów - i spalili wszystkich poległych. Gdy nieprzyjacielscy magowie wrócili z głównej bitwy, nie zastali nikogo, kogo mogliby ożywić.
Chłopi jakoś połapali się, że nie jestem do końca zabity, jakimś cudem ich wioska przetrwała zawieruchę, zanim jednak byłem w stanie unieść miecz, wojna była dawno skończona.
Minęło już wiele lat od tego czasu, dziś jestem paladynem, tępię plugastwo, jakie tylko spotkam. Co innego miałbym robić, skoro miecz trzymam w ręku całe moje życie? Coraz słabiej liczę na to, że dokonam zemsty - może zdrajca już nie żyje, może jego mocodawcy zapłacili mu śmiercią za przysługę? Ale coś muszę mieć do zrobienia na świecie, inaczej nie dane by mi było przetrwać ostatniej bitwy Szarej Kompanii.

Niech się dzieje, co chce. Ja nie zapomnę.

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026