|
Post #1
03 Oct 2005, 15:38
[b]Na poczatek Yagarn , krasnolud, pijaczyna ze cho cho
Krasnolud, wojownik. Imię Yagarn Wzrost: 154cm Wiek: 54 Waga: 123 kg Kolor włosów: Rudobrązowy Karnacja: Brązowo-szara Zainteresowania: Chlanie piwska do upadłego, burdy w karczmach, picie piwska do nieprzytomności, rozpierduchy w karczmach i wędrowanie z towarzyszem Ragnarem. To jak?! Idziemy na piwsko?! Mam troche dutek w kieszeni, możemy coś zapić! Że jak? Mam się przedstawić? A po kiego ..urrrwa?! Aaaaa, wejście do nowego świata, Mroczne wrota, Azeroth... Nie mam pojęcia o czym mówisz...Co? Ironforge?! Stolica krasnoludów? Hmm.... A mają tam piwsko? Ooooo... To idziemy! Hehe, ale przedstawię się jak mi postawisz browara, hyhyhy. Dobra, układ. Witam Was wszystkich, me imię krasnolud Yagarn, z chęcią zaproszę Was kiedyś na popijawę. *szeptem*-no i jak wypadłem?- A teraz mała historyjka Wesoly: (Opowiadanie ze świata Lineage2 w którym to krasnoludy uznawane są za górali, stąd też ta gwara) ---------------------------------------------------------------------------------------------------------- Było ciemno, to wiedział. Co wiedział jeszcze? Niewiele. Nic nie pamiętał po ostatniej bójce w karczmie. Nie pamiętał nawet o co poszło. Arrrrr, co z moją głową?- ból przebijał się przez umysł niczym sztylet... W powietrzu było czuć woń piwa. Hmmm, to już lepiej. Marzył o kuflu mocnego, ciemnego piwska. Wzrok wracał do normy. Jego oczom ukazała się opustoszała karczma, tylko szynkarz kręcił się przy barze i przeczyszczał kufle. Szykował się kolejny rutynowy dzień, czyli picie z kamratami do upadłego. Ha! To lubię-pomyślał z entuzjazmem krasnolud. Zanim zdążył się podnieść wykrzyknął do karczmarza: - Szykujże piwo bracie! Jak dojdę do lady to ma już stoć zimne, smaczne! Krzepkosza stawiej! - Się robi, panie! Podniósł się, otrzepał ubranie i podszedł do lady. Kufla jeszcze nie było. - Co to ma znoczyć?- powiedział z udawaną złością - Już, już! Dla pana to trzeba prawdziwie mocnego piwska! A takie mam gdzieś schowane, tylko cholera wi gdzie! - No tok, pewnikiem, mocnego piwska mi trza. Nojlepiej krasnoludzkiego! - Ano! Mam tu jeden antałek. Podać? - He! Pytosz się jeszcze? Dawojże! Karczmarz zmachany przyniósł antałek piwa z przyklejoną kartką- „na specjalne okazje”. Odkorkował i polał krasnoludowi. Iluvatar dorwał się do kufla, wyraźnie spragniony- w końcu od dobrych pięciu godzin nie wlewał do gardła żadnego trunku, a była to prawie wieczność. - Polejże kolejnego! - Proszę bardzo. Kolejny kufel został pochłonięty w rekordowym czasie. - Dobre to! Od razu widoć że krasnoludzkie! Wy ludzie warzyta takie cienkusze, że szkoda gęby otwiroć. - Tak, tak. Srebrzak się należy. Iluvatar wybałuszył gały. Jedyne co powstrzymywało go od wydarcia się na całe gardło było to, że w ustach miał piwo. Połknął je i zrobił to co powinien. - ŻE JOK?!?SREBRZAK?!- uciszył się i po chwili dodał- Chocioż za krasnoludzkie to dom tyle, niech stracę! - Hehe, racje masz waćpanie, ale to nie tak drogo u mnie. Srebrzak za antałek jeśli sobie mości pan życzy, nie za dwa kufle! Krasnoludowi wyrażnie ulżyło. - Ano lepij już za krasnoludzkie piwsko rzucić dutek trochu, niż te ludzkie cienkusze chloć! Osuszał kolejne kufle (tym razem tańszego już piwa), gdy nagle przypomniało mu się o jego najlepszym towarzyszu: Cadoganie. - Chłopie, widziołżeś mojego kamrata? - Ta, był tutaj gdzieś..... No tak, wynajął pokój na górze. - Idę do niego, polej jeszcze jednego na drogę. - Się robi! - karczmarz polał do pełna, smakowitego krasnoludzkiego trunku. - No to idem! Otrzymawszy piwo na drogę Iluvatar poszedł na górę. Jednak za chwilę musiał zawrócić. - A niech mnie elficko strzoła! Zapomniołżem spytoć. W którym pokoju śpi skurczybyk? - Zaraz pierwszy po lewo. Nareszcie z pełnymi informacjami wspiął się po schodach. Podszedł do drzwi i spróbował otworzyć. Zamknięte. Uderzył dwa razy pięścią w drzwi. Cisza. - No cóże z tobą Cad? Wstawajże!- żadnego odzewu.- Podnoś tyn swój chuderlowe dupsko!- usłyszał jakiś szept.- A cóż to? Odbijo ci? Som do siebie godosz? Toż to poważne skrzywienie- zapewnił krasnolud. Szept ucichł i znów nie było nic słychać.- Dobra mam dość! Rozpiprze jo te drzwi!- Wymierzył potężnego kopniaka i wyrwał zamek. Otworzył drzwi i stanął z rozdziawioną gębą. W pokoju Cadogana zobaczył nagą elfkę klęczącą na łożu. „Zboczeniec jiden, dziewek mu się zachciewo!”. Krasnolud natychmiast się zaczerwienił i odwrócił plecami. - Ubiroj się, jasna cholyro! Co ty sobie myślisz?! Że jo tu przybyłżem dziołchy gołe oglądać? - Ha, miałeś taką nadzieje, że wchodząc tu zobaczysz nagą kobietę!- odezwał się Cadogan. - Zawrzyj pysk, szumowino!- zarechotał obrzydliwie.- No już panienko! Szybciutko uciekej, bo chcę tu z kamratem pogaworzyć.- Elfka uciekła w popłochu.- No, no Cadoganie chuci ci się zachciewo?- krasnolud paskudnie uśmiechnął się- wiem żeśmy długo w mieście nie byli i porządnemu mężczyźnie różne rzeczy w głowie, lecz trza było powiedzieć, hyhy, chętnie bym się przyłączył.- Cadogan złapał się za głowę. - Z tobą nie idzie wytrzymać! To nie była jakaś tam sobie kurtyzana, tylko moja stara znajoma.... - Hahaha! Stara znajoma powiodosz.... Jeśli wszystkie twoje stare znajome są tokie to chętnie parę ich poznam... hyhy. - Jesteś obrzydliwy- odraza malowała się na twarzy Cadogana. - Wiem, wiem, dzinkuje za komplement. Powiedz jeszcze że mom ładną brodziszke i będę wniebowzięty- wyszczerzył zęby w błagającym uśmiechu. Człowiek nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Iluvatar nie wiedział dlaczego- czy to śmiał się z jego brody, czy z całej ich konwersacji lecz po chwili również parsknął śmiechem. - Oj Ilu, Ilu.... Dajże spokój moim mięśniom brzucha, hehe. - Się robi mistrzu!- zapanowała cisza. Chwilę odpoczywali po potężnej salwie śmiechu.- Dobra, słuchej mnie. Robi się nudno, trza jakiejś roboty poszukieć. - Ano, racja. Coś się wymyśli. Chodźmy już stąd. Wyszli z pokoju. Zeszli po schodach, zapłacili karczmarzowi i opuścili karczmę. Według gnomiego czasomierza była godzina siódma rano, niestety Iluvatar nie rozumował ich pojęcia czasu, dlatego też wolał określenie czwarta klepsydra po wschodzie słońca. Miasto było ciche, puste, zagubione. Nic dziwnego, że ludzie przeżywszy trzy najazdy śmierdzących orków byli skryci i przestraszeni. Na murach pałętało się paru strażników, wyraźnie zmęczonych po całej nocy pilnowania bram. Poszukiwali jakiejś pracy. Tylko gdzie tu znaleźć pracę? Pierwsza myśl która się nasuwa to gildia najemników. Tak, tam zawsze mają jakąś robociznę. - Idziem do gildii najemników, tam coś znajdziem. - Prowadź. Ruszyli powoli w stronę małego, ukrytego między uliczkami budynku. Po drodze spotkali paru włóczęgów, kobiety plotkujące przy studni i masę dzieci grających w „rycerzyka” na rynku. Gdy tylko ktoś zobaczył Iluvatara i Cadogana milknął. W tym mieście rzadko widziało się krasnoluda. A krasnoluda w towarzystwie człowieka jeszcze nikt nie miał „zaszczytu” zobaczyć. Przeszli slalom bocznych uliczek. Zaraz przy gildii zobaczyli bandytę bijącego młodego mężczyznę. - Trzeba mu pomóc!- krzyknął Cadogan. - Ta, jasne jok słoneczko. Jo mom se taką moluśko zasade: trzymej się z dala od kłopotów to i uone nie będą się ciebie czepioły.- w tym momencie człowiek upadł na ziemię. - Iluuuu!- Cadogan rzucił błagalne spojrzenie na towarzysza. - No dobra, ale tylko się wydre. Ej ty! Zostawże go! Szybciuchno!- bandyta spojrzał w stronę Iluvatara i zarechotał- CZY TY NIE ROZUMISZ, CO DO CIEBIE POWIEDZIOŁEM?!- wyraźnie przestraszony złodziej obrócił się, ale znów zignorował krasnoluda. Uderzył mężczyznę pałką w głowę.- TY! TY!...- Iluvatar zawachał się- POMIOCIE SZCZURA! LEŻĄCEGO BĘDZIESZ BIŁ!? JA CI TRZEPNĘ TERAZ! Krasnolud zdjął z pleców bojowy młot i rzucił się w stronę bandyty. Rozbójnik spanikował i zaczął uciekać. Był tak bardzo głupi, że nie zauważył ściany przed sobą i z wielkim hukiem grzmotnął w nią. Iluvatar szybko dobiegł to zbója i wykrzyczał: - No co z tobą kretynie? Biedaczysko ścionki nie zouwożyło? Wstawaj, bo leżącego bić nie będę!- bandyta wyraźnie nie miał zamiaru wstawać, a po ostatnich słowach krasnoluda już na pewno nie. - Odszzzzzep sięeee. Ja tylkoo szieee.....- Bandyta zemdlał. - No nieeee! Matoł! Pajac! Brudas! Aaaaargghhh.... Myślałem że go chociaż trochę obtłukę...- wyraźnie zawiedziony Iluvatar podszedł do poszkodowanego.- Nic ci ni jest brachu? - Uuuuu...... Mooooja głooowa.... Czaszka mi pęka... - Porodzisz se? Wiesz śpiszno nom, jak to w góroch powiadają: czos to dutek! - Taaaak, dojdę do świątyni.- człowiek trzymał się za głowę i wydawał z siebie dziwne dźwięki jak: „uuuuch”, „ojej”, „ufff”. - Dobra to my idziem. Bywoj chłopie i nośże przy jaką połke! Nigdy nie wiadomo co cię spotko w zaułku. Cadogan stał tylko i obserwował całe zamieszanie. - Widzisz Ilu? Wszyscy się ciebie boją. Strasznie brzydki jesteś. - No i dobrze. Przynojmniej przede mną uciokajo, a cibie to nic a nic się nie boją. - krasnolud zrobił obrażoną minę. - Hehehe, spokojnie Ilu! Żartowałem! - Przecie wiem. W końcu wcale brzydki ni jistem.- odrzekł bardzo pewnie krasnolud. Cadogan powstrzymał się od śmiechu. Weszli do małego budynku. Było ciemno, zauważyli jedynie zarysy stołów. Na końcu pokoju zobaczyli małą postać siedzącą za ladą. Nie zauważyła ich obecności, składała wieżyczkę ze złotych monet. Iluvatar spojrzał z zazdrością na stos. W jego głowie pojawił się niegrzeczny pomysł. Podszedł do lady i uderzył pięścią w stół. Wieża rozpadła się. - Witoj panoćku!- krasnolud za ladą najpierw nie wierzył w to co się stało, lecz gdy spostrzegł rozmiary katastrofy zdenerwował się nie na żarty. - Czego tu buraku jidyn?!- wydarł się z nieukrywaną złością. - Oj, coś niedobrza zaczynomy... Musi się kolego uspokoić, jeśli chcemy ubić interes. - Czy jo z tobą chciołem interes ubijoć? Co?- Iluvatar nie poruszył się.- Ano właśnie. Czego chcesz, pytam po raz kolejny. - Pracy szukam z moim towarzyszem. - Jakim towarzyszem? - No Cadoganem, człowikiem.- po chwili dopiero zrozumiał o co chodzi.- Aaa, tok rzeczywiście. Cadogan wyjdźże z tego cienia.- Nagle ni stąd ni zowąd obok krasnoluda pojawił się człowiek. - Witam szanownego kolegę. - Witoj.- odburknął krasnolud - Zapomniołem jo dodoć, że kolega jist asasynem, lubi pozostawoć niwidocznym.- odezwał się Iluvatar.- Ale przejdźmy do konkreta. Poszukujemy roboty. Czegoś „ciekawego”, rozumisz? - Czyli poszukujecie zadania w którym będziecie coś mogli łubić?- rzucił bez ogródek zarządca gildii. - No a wyglądamy na morderców? - Wyglądacie mi na dwóch buraków, ale to moje osobiste zdanie...- na twarzy zarządcy pojawił się paskudny uśmiech. - Dobra, dobra nie pozwalaj se. Przedstaw się lepiej, wygodniej się będzie gadało. Jam jest Iluvatar Querre, syn Razqhuara, wielkiego przywódcy hufca krasnoludzkiego w bitwie pod Giran. Tyn tutej- Iluvatar wskazał na Cadogana- Zwie się Cadogan, jak już wspomniałem, a co do jego przeszłości... Jego przeszłość nie jest znana nawet mi. - A ja jestem Gurrak, mój ojciec był górnikiem w kopalni mithrilu.- powiedział bez zbędnych ceregieli zarządca. Iluvatar zamyślił się. Właśnie zauważył swój błąd. - Eh, przepraszam za te zbyndne głupoty...- dziwne zjawisko, wręcz niespotykane- krasnolud przepraszający krasnoluda. - A ni mo sprowy, przecie mówiłżem, że buroki z wos... - Dobra, dobra, przeprosiłem i spokój. Powiesz w końcu cosik o tym zadaniu czy ni? - No to słuchejta.... Ostatnio w Dion grasowało tako myndo malo... Kradni to co popodnie, luda napada, szybkie cholerstwo jest i wytrzymałe.... Po ścianoch się wspino, po pionowych sćianoch! Magiczne to to jakieś...- na twarzy krasnoluda malowała się odraza- nienawidzę magów... Podstępne świniaki. Ale! To małe postrzelił żem z kuszy ale nawet nie poczuło chyba, śladów krwi nie zostawiło nowet... - Dziwna bestyja, doprowdy... Zajmiemy się tym. Gdzie on tyroz jist? - U nas grasuje, ale się wynosi niedługo. Powodzenio zycze wom! Twarda bestyja z niego, twarda.... - Yyyy... Nie zapomniołeś o czymś czosem panoćku? - O czym?! - Dutki, dutki! - Nagroda jidna sztuka złota. Posuje wom? A i głowę mi przynieśta, jako dowód. - Pasuje, pasuje. Głowę mu som odetnę, z przyjemnością. Bywoj winc! Idziem Cadogan. Zarządca wrócił do układania wieży. Wyszli na ulicę. Po drodze spotkali paru bandytów. Wystarczyło że Iluvatar na nich spojrzał a uciekali w popłochu. No cóż, wieści szybko się rozchodzą w tym mieście. - Wyruszymy o zmroku. Tyroz idziem się zaopatrzyć - Dobra. Cadogan kupił bełty do kuszy, trochę mikstur przyśpieszających marsz, natomiast Iluvatar zakupił kryształy potrzebne do tworzenia kapsułek. - Patrzaj. To są kapsułki.-wyjął z plecaka niebieską tabletkę.- Jok to zjisz, to poczujesz siłę duchów zamkniętych w tym. Twoje bełty będą leciały szybciej, a sztylet wbijał się głębiej. - No tak, ale jak to możliwe?* - Ni wim. Ja biere dwa kryształy i rozbijom je. Później trza ten kruszec lepikiem posklejoć i zamknąć w słodką kapsułkę. Smacznego życzę. - A dziękuje, dziękuje. Zobaczymy jak się sprawują w boju. *Cadogan należał do ludzi ciekawych świata. Wszystko musiał poznać, wszystkiego dotknąć i wszystko zrozumieć. Po prostu nie potrafił uwierzyć normalnemu krasnoludowi na słowo. Tacy ludzie siedząc w karczmach szybko znikali w niewyjaśnionych okolicznościach. Schylało się ku wieczorowi, Iluvatar i Cadogan dokańczali ostatnie sprawy w mieście, gdy nagle coś dziwnego zwróciło ich uwagę. - Oszzz cholyra, co tom lezy?! - Trup. - Trup?! Tak po prostu?!?! - Ano. - Aleś ty głupi Cad. W rynsztoku leżało ciało człowieka. Bezgłowe ciało. Głowa człowieka znajdowała się około trzech metrów dalej. Została odrąbana jakimś tępym narzędziem. - Na Wielką Maphr! Co tu się stało do josnej cholyry?!! Tyn człowik ma odrąbaną głowę! - Aha. - Tępaku! Ktoś tutej zarznął człowika a Ty tylko na to „aha”?! - A co mam robić? Płakać i załamywać ręce?! Nawet go nie znałem.... - A jak miałbyś go znoć!? Nie do się rozpoznać jego gęby, a ty mówisz, że go nie znasz.... Prowdziwie głupi jesteś. W tej chwili niedaleko nich coś się poruszyło. Oboje obrócili się w kierunku odgłosu. Po ścianie wspinał się mały osobnik, rozglądając się nerwowo. - Dawej gnoja!!!- Iluvatar zdjął z pleców kuszę, uklęknął i przymierzył. Szczęknął spust. Postać wydała z siebie dziki wrzask i wbiegła na dach.– Dostał skurczybyk, dostał, haha! Długo nie pociągnie. Zobaczyli małą postać na dachu. Cadogan ruszył biegiem wzdłuż budynku. Przesuwali się z tą samą szybkością, z tym małym problemem, że Cadogan na dole, niziołek na górze. Dobiegli do końca budynku. Cadogan usłyszał jęk rozpaczy człowieczka. „Ha! Teraz go mam skubańca”- pomyślał. Niestety mylił się. Niziołek wziął rozbieg i przeskoczył na kolejny budynek. Asasyn zatrzymał się. Niemożliwe zaraza, przecież to jest dobre sześć metrów! Małe „coś” uciekło. Po chwili do Cadogana dobiegł zdyszany Iluvatar. - Yyyhhh.... Ufff.... Poczekej.... Odsapnę... chwilę.... - Już po wszystkim. Zwiał gówniarz. - Jok!?!.... Jokim... Prowem!?!- Iluvatar wyglądał jakby miał za chwilę paść ze zmęczenia i wściekłości. Pociemniał na twarzy. - Normalnie. Magiczny szmaciarz jest, skacze z dachu na dach. Widzisz?- wskazał na przerwę między budynkami.- Ile to będzie? - No.... Z pinć-szyść metrów. A co? - A właśnie to że on tą przerwę przeskoczył. Zapadła cisza. Wzrok Iluvatara skupił się na przerwie jakby wyszukiwał jakiejś liny, kładki, czegokolwiek, co ułatwiłoby niziołkowi przeskok. Niczego takiego nie spostrzegł. - To co tera robimy? Trza go gonić, no ni? - Wypadałoby. - No to ruszejmy! Cadogan widział jak bestia skacze po drzewach w kierunku Oren. Uznał to za dobry znak- do Oren prowadził główny trakt przechodzący przez wielkie polany. Wszystko było wystawione jak na patelni, także nie mieli się czego obawiać. - Ruszamy. - Co?! Gdzie? - Do Oren. Pozwolisz że poprowadzę - A ni pozwolę, jo tom handluję, często tam bywom, winc jo prowadzę. - Cicho siedź, idziemy. Ruszyli szybkim marszem. Przeszli Gościniec Śmierci szybko, bez żadnych przeszkód. - Ty, nawyt te umęczone dusze jakieś takie zmęczone*,hyhyhyyyy. - Racja Ilu, jakieś takie niemrawe dziś. Może szykują na coś siły... - Taaa, pewni na zamek Aden, buehehe. Przeszli przez most na końcu gościńca. Dotarli do ogromnych, trawiastych łąk. W trawach odbijał się blask księżyca, tak, że wyglądały jakby były stworzone ze srebra . Wiał lekki wiatr, z zachodu zbliżały się nienaturalnie białe chmury. „Dziwne…Hm…” – zamyślił się Cadogan. Cały czas szli w ścieżką w kierunku Oren. Gdzieniegdzie spotykali małe oddziały jaszczuroludzi, które zmierzały do obozowiska w lesie, koło wieży Ivory. Nagle Cadogan zatrzymał się w miejscu. Iluvatar, w ślad za nim, również się zatrzymał. - Co ci jist? Ruszej, na co czekomy?- Krasnolud nie otrzymał odpowiedzi.- To se pośpiwom chocioż. Krasnolud przepitym głosem zaczął nucić piosenkę: Sieeeedzieeli w karczmie, słuchali jęków baarmaanaa, który obraził jaaaakiegoś szaamaana. Stanęli przy kominku, wyjęli se szynkę, Cadogan klepnął w tyłek jaaakąś mroczną eeelllfkęę! No i ta elfka się baardzo oburzyyyła, sporo kłopotów drużynie Ila przysporzyyyła. Pooodczas droo… - Fass’leah… - Eee? Czego?! Mówił żem ci już żebyś mi tu gadoł po elficku, bo doprowadzo mnie to do szołu! - Tes ion nesyje? - Cholyra josna, jok cie piprzne zoroz! *Tak właściwie to nie ma w tym nic dziwnego skoro dzień i noc biega się z ciężkim ostrzem topora w zębach... |
|
Post #2
15 Oct 2005, 14:38
Wzrost: 183 cm
Waga: 69 kg Włosy: Brak Oczy: Żółte- świecące intensywnym światłem Karnacja: Jasna Opis Postaci: Spoglądając na niego, a raczej na to co z niego zostało masz wrażenie, jak dobrze zbudowanym człowiekiem był za życia. Obecnie widzisz tylko gnijące kawałki zielonkawej skóry wystające miejscami spod szarej togi. W niektórych miejscach tej sylwetki widać białe kości, które pokazują dobitnie że jest to istota nieumarła. Jednak naprawdę piorunujące wrażenie robią jego oczy. Gdy twarz jest zakryta kapturem, oczy przypominają topazy w których ktoś zamknął promienie światła. Spoglądając na twarz mamy wrażenie jakby całe zło świata było uosobieniem jego twarzy - pognita, pomarszczona skóra, brak brwi, nagie kości policzkowe pozbawione jakiejkolwiek osłony w postaci mięśni. Historia Postaci: Thobias Samuels był szczęsliwym człowiekiem: młody, zamożny, zaręczony z piękną kobietą, jednak w jednym momencie to się skończyło, w jednej chwili wszystko stało się tylko snem. Wybrał się do krain północy, aby odwiedzić tamtejszych alchemików. Miał do nich nietypową prośbę, chciał by wykonali dla niego biżuterię niepodobną do innych na tym świecie - biżuterię, która miała być symbolem jego miłości do ukochanej ( Dla Divany- ukochanej Divany). Wracając od mistrzów złotnictwa na polnej drodze zobaczył 3 nieumarłe szkielety atakujące karetę - jakiś głos wzywał z jej wnętrza pomocy. Nie zastanawiając się ruszył na pomoc, był człowiekiem świetnie władającym mieczem. Galopujący koń skacząc uderzył tak mocno pierwszego napastnika, że odpadła mu czaszka po czym korpus bezwiednie upadł na ziemię. Thobias zeskoczył z konia atakując następnego napastnika. Po 3 sekundach szkielet został pokonany i w tym właśnie momencie usłyszał krzyk napadniętej osoby, krzyk dobiegał z karety - to ten 3 nieumarły pomyślał. Niezwłocznie skoczył do drzwi karety - jego oczom ukazał się obraz przerażający: Nieumarły szkielet odciął rękę starca, która jeszcze niedawno trzymała miecz a obecnie leżała na podłodze, a następnie wbił siwemu mężczyźnie ( wnioskując z widoku szarej togi na jego ciele - mnichowi) miecz w klatkę piersiową. Thobias nie myśląc wiele w przypływie gniewu strącił jednym ruchem miecza czaszkę z gołych kręgów po czym szkielet upadł,,Ojciec wiedział co robi zatrudniając najlepszych mistrzów szpady, aby mnie uczyli władania mieczem''- pomyślał. To co nastąpiło potem było początkiem najbardziej przeklętego dnia w jego życiu. ,,Weź to - weź i pilnuj tego - nikt nie może otwierać tego - tam jest coś bardzo cennego - pilnuj tego - pamiętaj nikt prócz ciebie nie moće wiedzieć co jest w środku!!!'' - Kończąc to zdanie mnich wydał ostatnie tchnienie - Thobias spojżał na czarną szkatułkę trzymaną kurczowo przez martwą już teraz rękę mnicha. Sięgnął po szkatułkę była dokładnie zamknięta, ,,nawet tego nie otworze pomysłał''. Nigdy nie był szczególnie religijny, ale pomyślał, że dla mnicha bardzo ważny napewno byłoby to aby ktoś pochował go w ziemi. Jak pomyślał tak zrobił przy wielkim drzewie znajdującym się dziesięc stóp od karety wykopał dół, który za kilka chwil miał stać się grobem tego staruszka. Przenosząc ciało w stronę grobu z togi mnicha wypadła skórzana książeczka - ,,Brawo - przynajmniej będę wiedział co powiedzieć grzebiąc go w ziemi". Po zakopaniu ciała chwycił księgę otworzył ją na zaznaczonym wcześniej miejscu - była tam modlitwa, którą przeczytał na głos. Schował książkę i wyruszył w drogę powrotną do domu. ,,Dosyć już tych przygód''- pomyślał. Gdy po 2 tygodniach dotarł do swojej willi, gdzie miała na niego czekac ukochana był przerażony. Jego oczom ukazał się widok przypominający Armageddon: Z jego dworku zostały jedynie osmolone mury które sugerowały, iż dom został spalony. Kawałki dachu dogorywały co sugerowało że odbyło się to nie dawniej niż 4 dni temu. Divana!!! - Gdzie jest Divana - zeskoczył z rumaka po czym w pośpiechu pobiegł w kierunku ruin krzycząc na całe gardło - Divana - Divana gdzie jesteś ?!!! Znalazł ją martwą - jej ciało było spalone, jednak dostrzegł, że przed śmiercia została okrutnie oszpecił odcinając jej prawą dłon, ucho i nos. Nieeeee!!! - krzyknął po czym świat zaczął mu wirować przed oczyma... upadł. Panie obudź się - myślałem, że już nigdy nie wrócisz- Te głosy usłyszał jako pierwsze tuż po odzyskaniu świadomości - To był Berdi - mały chłopiec, który pracował jako stajenny. Panie gdy to się stało byłem w lesie zbierać grzyby poszedłem się przejść gdy to się stało. To było okropen, straszne. Uspokój się - powiedział - kto to zrobił ??? To byli nieumarli Panie - nieumarli było ich tam z 30 szkieletów i 3 magów. No tak pomyślał , podnosząc się z ziemi, że też nie zauważyłem tego wcześniej - po czym wziął do dłoni pięść splugawionej ziemi - To jest przeklęta ziemia - wszędzie gdzie się pojawiają ziemia zmienia swój kolor i konsystencję. Ale dlaczego tutaj dlaczego - i znów poczuł się jakby ktoś uderzył go obuchem w głowę - przypominając sobie o Divanie. Musze ją pochować, a ty mi w tym pomożesz powiedział spoglądając na chłopca, niosąc ciało ukochanej. To już 2 osoba którą żegnam wciągu 2 tygodni. Dziwne... Panie - odezwał się Berdi - oni ją torturowali bo nie chciała im dać jakiegoś skarbu. Co? No tak ciągle pytali się : ,,Gdzie to jest - oddaj nam to i pójdziemy sobie, oddaj i przestaniesz cierpiec" Mówili coś jeszcze? Byłem dosyć daleko ale słyszałem jak jeden mag mówił - ,,Ten głupi klecha nie powstrzyma Go!!!" Ależ byłem głupi - wiedziałem że coś jest nie tak jak powinno być, dlaczego ja się zatrzymałem, aby pomóc temu starcowi.?!!! Panie pójdźmy do pobliskiej wsi tam ktoś nam pomoże, nakarmi, tutaj nie mamy szans na przeżycie. Życie nie ma już sensu - wszystko jest już nieważne, skończone - Ona była sensem mego życia, teraz już nic nie jest istotne. Panie ? Idź stąd, nie możesz mi już pomóc idź, idź stąd i nie oglądaj się za siebie. Panie! Uciekaj stąd natychmiast!!! Po ucieczce Berdiego, patrzył się martwym wzrokiem w zgliszcza zamku - trwało to tak długo, że zapadł zmierzch. Skrzynia!!! Ta przeklęta skrzynia - ciekawe co jest w środku. Klecha i moja ukochana zginęli przez to co jest w środku. Wziął ją w ręce i zaczął się uważnie przyglądać- ale co to?? przecież tutaj nie ma żadnego zamka - jak to można otworzyć? Zacząl się zastanawiać. No nic ładna szkatułka ale będę musiał ją zniszczyć - chwycił miecz po czym z całej siły uderzył mieczem w szkatułkę. Ogromna siła odrzuciła go od szkatułki - spojrzał na miecz, który w wyniku uderzenia w szkatułkę rozbił się na 3 części. No i jak ja mam to otworzyć - to jakaś magia -- no tak magia! - księga!!!. Zaczął szybko przegłądać księgę a w myślach krążył mu jeden wers - Ostatnie słowa mnicha- ,, Nikt prócz ciebie - nikt". Nie wypowiadałby tych słów gdyby nie można było otworzyć tej skrzyni. JEST!!!. Zaklęcie. << Xorib nomusimus estrimus raecus>> . Nagle skrzynia otworzyła się na oścież, a jego oczom ukazało się wnętrze szkatuły, a w niej kolejna księga tym razem czarna skórzana z wielką czerwoną czaszką na obwolucie. Wyjął księgę ze skrzyni, gdy nagle pod nią ujrzał sztylet - Zielony inkrustowany sztylet z czerwoną rekojeścią wykonaną. Ostrze było poplamione krwią. << |
|
Post #3
15 Oct 2005, 14:43
Opisu nie ma i nie bedzie bo to nie tak ma byc.
Chcesz mnie poznac, prosze bardzo. Spotkaj mnie, postaw zimne piwko a opowiem Ci moja historie. ----------------------------------------------- Ten opis przyspozyl jego wlascicielowi troche pracy 😀 , mowie o tym, ze a wlasciwie wszyscy sie przekonacie 😊 , kolegi nie ma , narazie, ale to wlasnie jego dzielo stalo sie calkiem ciekawym motywem na zadanie dla graczy ( choc niestety do teraz ubolewam nad tym, ze tylko paru smialkow potrafilo tak naprawde wczuc sie w sytuacje ) |
|
Post #4
15 Oct 2005, 14:45
Melas to człowiek przeciętnego wzrostu, jest szczupły, ale nie przesadnie, widać, że ciągle
pracuje nad swoją sylwetką. Łysina, siwe wąsy i broda sugerują starość, jednak jakimś dziwnym sposobem na jego twarzy nie ma ani śladu zmarszczek, za to w jego oczach widać, że przeszedł sporo w swoim życiu. Pewny krok i wyprostowana sylwetka zdradza pewność siebie, widać, że nie zawaha sie przed niczym w walce ze swoimi wrogami. Patrząc na jego długą, zdobniczą tunikę i laskę w ręku można się domyślić, że Melas jest czarodziejem, nie wszyscy jednak wiedzą, że nalezy do mrocznego stowarzyszenia, którego zwykli ludzie starają się za wszelką cenę unikać, a nawet w ogole o nim nie rozmawiać. Jak wiele osób ze swojego bractwa Melas posiadł trudną umiejętność alchemii, tak więc często można go spotkać w lesie, gdzie szuka ziół, z których następnie może przyrządzić w swojej pracowni wiele tajemniczych, lecz niezwykle użytecznych mikstur. Dobra rada - nie przeszkadzać mu w pracy, nienawidzi gdy ktoś pyta go co robi, nie mówiąc już o stłuczeniu butelki z trudnym do otrzymania płynem. Choć z pozoru małomówny i zamknięty w sobie, Melas potrafi byc towarzyski, jak każdy człowiek lubi posiedzieć w tawernie ze znajomymi i napić się dobrego piwa, najlepiej swojego ulubionego - warzonego przez Krasnoludy. Wszyscy lubią słuchać gdy opowiada o swoim życiu, i tym czego doświadczył, jako stary bajarz potrafi najbardziej nieprawdopodobną historię zmienić w coś, co zaciekawi towarzyszy, niezależnie od tego czy uwierzą w jego słowa czy nie. Bardzo ważne są dla niego duma i honor, nigdy nie zdradza przyjaciół, zawsze można mu zaufać. Swoje magiczne zdolności wykorzystuje tylko w walce ze złem, głównie przedstawicielami okrutnej Hordy... ------------------------------ Historia szczegolna, niby nic wielkiego.... ale kto czytal pewne ksiazki powinien zgadnac jaka postac ten czarodziej przypomina ( zareczam, ze autor dopiero po napisaniu sam w rozmowie ze mna stwierdzil, iz faktycznie przypomina 😀 hehe ahhh ta podswiadomosc ) |
|
Post #5
15 Oct 2005, 14:49
Słońce skłaniało się ku zachodowi, rozlewając wokół swą pomarańczową poświatę. Na niewielkiej, stromej półce skalnej, oparty o pokryty mchem głaz, siedział młody Tauren. Rdzawo – brązowa sierść jego odkrytych ramion iskrzyła się delikatnie w promieniach zachodzącego słońca, a wspaniale ukształtowane i wyrzeźbione mięśnie wdzięcznie grały pod grubą warstwą skóry. Olbrzymie, zakrzywione rogi pokryte były serią nacięć, co zdradzało fakt, iż stoczył on już wiele pojedynków i nie obce mu były trudy samotnej wędrówki bezdrożami Kalimdoru. Był to zatem znamienity wojownik, co także potwierdzały tajemnicze znaki pokrywające jego groźnie wyglądający pysk, jak również trzy potężne warkocze zaplecione z jego czarnych niczym heban włosów.
Wahnaataa w dosłownym tłumaczeniu z narzecza Taurenów oznacza Pierwszy w Walce. Takie właśnie imię wojenne nosił ów samotny Tauren. Przydomek ten nie nadano mu jednak przypadkowo. Już we wczesnych latach młodości, jako pierwszy wśród swych rówieśników, wyruszał wraz z ojcem na wspólne polowania. Sinawe blizny na jego olbrzymim cielsku, zadane podczas prób męstwa i samotortury wyniósł właśnie z tamtego okresu. Wahnaataa z wielkim bólem serca wspominał tamte czasy. Dzień, w którym tajemnicza choroba, okrutna i opierająca się wszelkim lekom zaraza nawiedziła jego rodzinną wioskę Wahpekute, na zawsze już zmienił młodego Taurena. Sędziwy szaman Sha`Pa potężnymi zaklęciami próbował odczynić zły urok. Okadzał chorych dymem świętych roślin, sporządzał wywary ziołowe, dudnieniem czarodziejskiego bębna odganiał złe duchy a przyzywał dobre. Bezskutecznie. Nieszczęsny Sha`Pa skonał pierwszy. Za nim, do krainy Wielkiego Ducha poszło jeszcze wielu współplemieńców. Umarła także matka Pierwszego w Walce. Tauren nigdy nie pogodził się z tym, iż zamiast być z nią w chorobie i przeżywać wspólnie jej męki, on przebywał wraz z ojcem Stojącą Skałą na dalekich łowach poza osadą. Po powrocie do domu nic już nie cieszyło go jak dawniej. Wydawało się, że Matka – Ziemia odwróciła się od Wahpekute. Czarę rozpaczy, goryczy i złości dopełniła wkrótce śmierć Stojącej Skały. Wtedy to, coś pękło w młodym wojowniku. Poczuł się odrzucony, nikomu nie potrzebny i tak bardzo samotny. Postanowił znaleźć kogoś, kto będzie w stanie wyrwać go z letargu rozpaczy i obudzić w nim na nowo duszę wojownika. Mentora znalazł dopiero w Mulgore. Opiekę nad Wahnaatą przejął Tuehan Czerwona Chmura, stary i mądry szaman. On to wpoił w młodzieńca miłość do Matki – Ziemi oraz szacunek dla braci – zwierząt i roślin. On to nauczył go rozpoznawać ślady i tropić zwierzynę. Tuehan uchylał także przed nim rąbka tajemnic szamańskich, uczył wyjaśniania snów i wizji wyznaczających Taurenowi drogę życia. Czerwona Chmura wpoił w niego także bezgraniczną miłość do ziemi praojców, wyjaśnił pojęcie dumy i honoru oraz nauczył czerpać radość z otaczającego go świata. Wydawało się, że los złączył ich na zawsze. Ich przyjaźń i oddanie uchodziły za wzór do naśladowania. Nie trwało to jednak długo, gdyż złośliwe fatum dało o sobie znać po raz kolejny... Wojownik siedział nieruchomo. Nagle parsknął, potrząsnął wielkim rogatym łbem i spojrzał za siebie. Głęboko zadumany spoglądał w ciemny skalny otwór pieczary, szczelnie osłonięty zdrewniałymi gałęziami cierniowymi. To tam tego ranka Wahnaataa złożył ciało swego mentora i duchowego przewodnika. Jedno spotkanie na trakcie przekreśliło wiele wspaniałych lat prawdziwej przyjaźni... Żaden z nich nie zauważył, a nawet nie wyczuł zbliżającego się wolnym krokiem krasnoluda. Jednak gdy „grzmiący kij” wystrzelił, było już za późno. Czerwona Chmura usunął się bezwładnie na ziemię. Targany szałem Pierwszy w Walce nie pozostawił po krasnoludzie nic, co mogłoby świadczyć o jego pochodzeniu, przynależności czy posturze, bo ileż jest w stanie powiedzieć mokra, krwawa plama na gościńcu.... Pod wpływem bolesnych wspomnień twarz Wahnaaty przybierała coraz groźniejszy wyraz. Prawa dłoń bezwiednie zacisnęła się na rękojeści olbrzymiego, dwuręcznego młota. Mógłby przysiąc, że nadal słyszy słowa szamana: -„...Znam nie tylko twoje myśli, Taurenie. Znam także twoją przyszłość. Twój los nie dopełni się na świętej ziemi naszych ojców. Choć zmuszony będziesz ją opuścić, twe serce nadal pozostanie tutaj. Podążaj więc naprzód, gdyż czeka cię sława i zaszczytna śmierć wojownika...” Przejmujący, złowróżbny krzyk sowy wyrwał Pierwszego w Walce z odrętwienia. Mglisty cień Czerwonej Chmury rozpłynął się w półmroku. Czarne chmury przysłoniły niebo. Chłód przeniknął ciało Wahnaaty. Zrozumiał znak dany mu przez ducha zmarłego szamana. Głos sowy zawsze był zwiastunem śmierci. Silny powiew wiatru zakołysał dużym naszyjnikiem z niedźwiedzich kłów zwisającym mu na piersi. Wojownik pochylił głowę, przymknął powieki i zatopił się w modlitwie: -Pramatko, Wielki Duchu! Nachyl się ku Ziemi, abyś mógła usłyszeć mój słaby głos! Wielka Matko, Ty istniałaś pierwsza, jesteś starsza od modlitwy. Wszystko co stworzyłaś, należy do Ciebie! Żyjące istoty dwunożne, czteronożne i skrzydlate, wszystkie zielone rośliny i skrzydła wiatru. Ty stworzyłaś święte moce czterech stron świata, dobrą drogę życia i drogę usianą trudnościami, aby krzyżowały się ze sobą. Ty jesteś życiem wszystkiego! W sercu moim wielki smutek! Usłysz mój słaby głos, wysłuchaj mnie, bo to już ostatni raz mogę zwracać się do Ciebie! Daj mi siłę i moc, abym dokonał zemsty na skarlałym ludzie z gór. Daj siłę, abym nie przyniósł wstydu współplemieńcom. Matko, pozwól przetrwać w tym ogarniętym nienawiścią i niepokojem świecie. Oto jest moja ostatnia już modlitwa. Choć mój głos słaby jest, wierzę że mnie wysłuchasz. Pysk Pierwszego w Walce poszarzał, zastygł, aż wreszcie zamarł w kamiennym bezruchu... Złocisty orzeł, niczym strzała wypuszczona z łuku, przeszył ciemną chmurę i nie poruszając szeroko rozpostartymi skrzydłami, zaczął zataczać coraz mniejsze kręgi. Przysiadł nagle na zwalonym, zbutwiałym pniu i przemówił: -Wzywałeś mnie, więc jestem. Imię Cairn Bloodhoof jest ci zapewne znane. U niego to, w osadzie Thunder Bluff porad szukaj a chwała cię nie ominie i szczęścia w boju zaznasz. Twe serce chęć zemsty przepełnia, jednak nie złością się kieruj tylko współczuciem. Bywaj wojowniku! Niech dzisiaj, twój sen wymaże wszelkie troski... Zapadł zmrok. Rozgwieżdżone niebo jaśniało konstelacjami mrugających gwiazd. Wahnaataa Pierwszy w Walce zamknął oczy i pogrążył się w błogim śnie z nadzieją na lepsze jutro... Cechy charakteru postaci: •Wahnaataa to nie pozbawiona uczuć bestia. Jest zwolennikiem pokoju i harmonii. • Nie jest łatwowierny i raczej ostrożny w zawieraniu nowych znajomości. Jeśli jednak kogoś dobrze pozna i mu zaufa, gotów jest obdarzyć drugą osobę szczerą przyjaźnią, a w skrajnych sytuacjach potrafi oddać za nią nawet swe życie. •Pierwszy w Walce nie wierzy w stereotypy, nie potrafi dostrzec podziału ras na frakcje. Po prostu ich nie akceptuje. Dla niego nie istnieje Przymierze i Horda. Jeśli tylko ktoś wykaże się odwagą, uczciwością i dobrym sercem i potrafi uszanować to co dała nam Matka – Ziemia, może liczyć na pełen szacunek ze strony Taurena. Nie dotyczy to niestety krasnoludów, do których żywi głęboką urazę. Nie stara się jednak wchodzić w konflikt z każdym napotkanym przedstawicielem tej rasy. To tyle jeśli chodzi o moją postać. Choć tekst może okazać się dla niektórych zbyt trudny do przełknięcia, to musicie wiedzieć że inaczej napisać historii postaci nie mogłem, będąc zafascynowany kulturą Indian Północnoamerykańskich. Rasę Taurenów pokochałem od razu. Są po prostu najbliżsi memu sercu. Pozdrawiam i czekam na wszelkie uwagi dotyczące tego postu. -------------------------- gdzie sie podziewa Ollorin huh tego nikt nie wie , ten opis przykul moja uwage juz na samym poczatku, to jest po prostu dzielo 😀 , szkoda ze musi wyladowac tylko w hall of fame , gdzie jestes wielki Taurenie :rozpacz: |
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |