📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Xizebak - opis postaci
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 09 Oct 2005, 13:13
Gdy ktoś spotka teraz na swej drodze Xizebaka nie uświadczy pewnie od niego złego słowa, czy obelgi. Na ogół bowiem jest on życzliwy dla ludzi i na jego twarzy widnieje promienisty uśmiech. Jednak każdy kto zna go nieco dłużej wie, że przeszedł sporo, a blizny, którymi poryta jest jego twarz nie wzięły się z nikąd. Te kilka słów padły kiedyś z jego ust, gdy spytałem o jego przeszłość na jednej z biesiad, gdzie notabene nie trudno go spotkać. "Dla każdego młodzieńca najważniejszą osobą w życiu, autorytetem i pierwszym mentorem jest ojciec. Otóż dla mnie nie był... Nie było mi niestety dane nacieszyć się zbytnio jego bliskością. Mój ojciec służył niegdyś w armii Lorda Britisha i z jego rozkazu został wysłany na wojnę z jakimś barbarzyńskim ludem, którego nazwy nawet teraz nie umiem wymówić. Miałem wtedy zaledwie 12 lat. Jakież było moje ździwienie, gdy wróciłem pewnego dnia do domu i zobaczyłem szlochającą matkę, która siedziała w starym bujanym fotelu. Była owinięta kocem. Jej łzy suszyły fale ciepła docierające z kominka, do którego skrzętnie dokładała drwa. Pamiętam dokładnie co wtedy powiedziałem 'Mamo co się stało? Czemu płaczesz?', ale w gruncie rzeczy oczekiwałem tylko jednej odpowiedzi. Nie miałem złudzeń, bo chociaż byłem dzieckiem jeszcze właściwie, historie o ludziach, którzy nigdy nie powrócili z wojennej ścieżki niezwykle często przewijały się przez opowieści wędrowców, zatrzymujących się w brytańskich karczmach. Mama próbowała mi spokojnie tłumaczyć, że ojciec nie wróci i będziemy musieli radzić sobie sami. Nie potrafiłem wykrztusić z siebie żadnego słowa, a po moim policzku spłynęła łza, pierwsza łza, która nie była przesiąknięta dzięcięcą lekkością i beztroską. Wybiegłem nad rzeke, gdzie lubiłem przesiadywać, gdy trapiły me serce jakieś problemy. Zastanawiałem się dlaczego to właśnie mój ojciec musiał zginąć, dlaczego musiał poświęcić swe życie dla bronienia swego honoru. Teraz gdy patrze na to wydarzenie z perspektywy czasu i w mej głowie nie kotłują się już myśli dziecięce dalej nie mogę tego pojąć. Może to kwestia tego, że mój ojciec nie zdążył zakorzenić w mym umyśle wartości typowych dla wizerunku rycerza budowanego w opowieściach. Może też nie dopuszczałem ich do siebie. Teraz to nie ma już chyba większego znaczenia. Jedyne co zostało mi z tego przykrego doświadczenia to wstrzemięźliwość w podejmowaniu pochopnych decyzji i przystawania na propagowane przez wszystkich rozwiązania. Nie interesowałem się nigdy polityką i walką o władzę, zawsze było to jakby obok mnie." Odetchnął na chwilę, zrobił pokaźny łyk piwa, rozejrzał się dookoła po czym znów skupił swą uwagę na mnie i zaczął mówić dalej. "Wracając jednak do mojej historii... Pomagałem matce jak mogłem. Żyliśmy bardzo skromnie, a czasem nawet brakowało złota na jedzenie czy ubranie, jak przyszły chłodniejsze dni. Jako dziecko nie przywiązywałem jednakże to tego specjalnej uwagi. W każdej wolnej chwili biegłem podpatrywać z ukrycia miejskiego kowala. Zwał się Ulbreht. Musiałem siedzieć bardzo cicho. Pamiętam raz, jak z przyjacielem podglądaliśmy go przy pracy, gdy nas zauważył zrobił straszną awanturę i nawymyślał nam od najgorszych. Pamiętam pewien dzień jakby to było dziś... Pogoda była po prostu koszmarna i każdy porządny obywatel nawet nie wystawił w ten dzień nosa ze swej chaty. Wyglądając przez okno zobaczyłem zawieszoną lampę naftową w pracowni Ulbrehta. To był znak bardzo dobrze mi znany. Szybko nałożyłem na siebie coś cieplejszego, a kaptur zasłaniał mi niemalże pół twarzy. Gdy byłem już na miejscu ukryłem się jak zawsze w gęstwinie i z ukrycia spoglądałem na kowala. W jego oczach dostrzegłem, wtedy niebywałe zacięcie i pasję. Nagle noga mi objechała i spadłem na twardą glebę obijając przy tym się strasznie. Szybko jednak podniosłem głowę, żeby zobaczyć reakcje człowieka, który wtedy wydawał mi się wielki niczym drzewo Yew znane mi z opowieści. Już miałem się zbierać do ucieczki, gdy na twarzy mężczyzny zagościł szczery uśmiech. Usłyszałem ciepłe słowa wypowiedziane bardzo niskim głosem 'Chodz, pokaże ci coś ...'. Wytłumaczył mi później, że od dłuższego czasu wiedział, że obserwuję go z ukrycia i chciał mi nawet zaproponować, żebym został jego uczniem, ale jakoś nie miał odwagi. Jednak jak stwierdził sam los doprowadził do konfrontacji. Poświęcałem na naukę fachu bardzo dużo czasu, zaniedbując tym samym szereg obowiązków domowych. Moja matka w krótkim czasie postarzała się bardzo. Na jej twarzy pojawiły się liczne zmarszczki a sama postawa nabrała jakby, skurczonej postaci. Chorowała często i poważnie. Zarobione pieniądze przeznaczałem na porady znachorów, ale nie potrafili oni stwierdzić co jest przyczyną choroby, ani jak jej zaradzić. Niedługo później ma matka umarła... Zostałem sam z pokaźnym bagażem doświadczeń, jak na młodzieńca, który nie powinien być tak szybko wystawiony na niszczący wpływ rzeczywistości. Znalazłem jednak ludzi mi bliskich, którzy okazali mi ciepło i przyjaźń, której jakże wtedy potrzebowałem. A jaki teraz jestem sam widzisz ...". Urwał szybko, po czym wstał od bogato zastawionego stołu i porwał jakąś szlachciankę do tańca. Spoglądając na niego przez dłuższą chwilę jeszcze, zastanawiałem się jakich ludzi on musiał spotkać, aby po tak ciężkich przeżyciach nie stracić nadzieji na lepsze jutro. Szybko jednak przerwałem me rozważania wychyliłem dzban piwa i przesiadłem się do innego stolika, gdzie gościła teraz historia o zabitym w pobliżu smoku ...

*strona wyrwana z jakiegoś starego pamiętnika podpis niestety jest nieczytelny*

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026