|
Post #1
09 Nov 2005, 21:26
Prolog:
Czy można oszukać przeznaczenie?... Niczym zwinna jaszczurka, wyślizgnąć się z jego zimnych objęć? Czy też pożółkłe karty naszej księgi życia są już z dawna zapisane wyblakłym atramentem, a wszystko to, co nam pozostało polega na przewracaniu kolejnych stronic? Nie wiem... Wprawdzie duchy wiedziały, co będzie mi dane... Ostrzegły, iż los nie oszczędzi mi łez. Lecz ja nie wierzyłam wówczas w przepowiednie. A może wierzyć nie chciałam? Oh, gdybyż duchy mogły się wówczas mylić... Lecz teraz, gdy już wypełniły się moje koszmary, kiedy ostatnie okruchy nadziei rozprysły się w srebrny pył... czuję... albo raczej mam niejasne wrażenie... jakby ktoś dał mi do ręki gęsie pióro... i z ironicznym uśmiechem na twarzy, patrzył, jak niezdarnie staram się wypełniać puste karty mej przyszłości... runami nakreślonymi własną krwią... Yasmin, Dusza Lasu Przedstawienie postaci: Imię: Yasmin Rasa: Elf Szczep: z Elfów Nocy Płeć: kobieta Profesja: druid Wiek: 322 wiosny Karnacja: jasnobrązowa, niczym miód pszczeli Włosy: długie, czarne, lecz poprzecinane wąskimi białymi kosmykami, jak światło księżyca przebijające mroki nocy Oczy: zielone, jakby kocie Wzrost: ponad pięć i pół stopy [ok. 170 cm] Budowa ciała: szczupła *** Blade światło księżyca przebijało się przez ciemnoszare chmury nocnego nieba i padało na pobliską ścianę lasu. Z gąszczu zaczęła wylegać mlecznobiała mgła, by następnie zastygnąć nieruchomo tuż nad powierzchnią ziemi, niczym puchowa pierzyna. Ciepły wiatr niósł ze sobą zapach próchna i grzybni, a w powietrzu, raz po raz, dało się słyszeć pohukiwanie sowy. Jednak Harshak nie zwracał najmniejszej uwagi na otaczającą go przyrodę, budzącą się powoli do nocnego życia. Był jedynie zainteresowany jak najszybszym opróżnieniem pełnego pęcherza, który niemile o sobie przypominał przy każdym kolejnym kroku. Wreszcie znalazł odpowiednie miejsce i poczuł prawdziwą ulgę. Już prawie kończył, gdy nagle usłyszał jakiś szelest i wydało mu się, iż niewielki cień przemknął tuż za nim. Gdy jednak odwrócił się, nie dostrzegł nikogo lub niczego niepokojącego. Jestem przewrażliwiony, pomyślał. I zarechotał obrzydliwie, tak, jak to tylko orki potrafią. Następnie poczłapał leniwie w stronę obozu. Część ognisk jeszcze się tliła i gdzieniegdzie przesiadywały niewielkie grupki orków, to przeżuwając resztki kolacji, to kłócąc się przyciszonym głosem. Harshak przeszedł pomiędzy niedbale rozrzuconymi namiotami, z których dobiegały stłumione szepty lub pochrapywania. Wyszedł na centralny plac, gdzie jeszcze strzelało wysoko ognisko, doglądane przez czujnych strażników, i gdzie mieściła się tymczasowa siedziba dowódcy. Ledwie Harshak odchylił niedźwiedzią skórę przysłaniająca wejście do obszernego namiotu, z wnętrza dał się słyszeć pełen niezadowolenia głos: - Jesteś wreszcie! Słowa te w niczym nie przypominały szorstkiej mowy orków. Zostały wypowiedziane we Wspólnym. Dowódca pokaźnego oddziału obozującego na skraju puszczy, był taurenem. I aby porozumieć się z podwładnymi, używał powszechnego języka, znanego przez przedstawicieli wszystkich dwunożnych ras. - Wybacz Therusie mą opieszałość, lecz... - Milczeć! Podejść! – Therus potrząsnął rogatą głową, co miało zapewne być gestem zapraszającym do zbliżenia się do drewnianego stołu, skąpo oświetlonego przez kilka świec. Hershak wykonał polecenie natychmiast, w dwóch susach znalazł się przy nierównym, poczerniałym blacie, na którym rozłożona była wieprzowa skóra z wytłoczoną mapą. Therus dźgnął grubym palcem w jakiś punkt. - Tutaj – rzekł – to tu znajduje się siedziba elfów. Długouchy nazywają siebie opiekunami lasu, rozumiesz? Opiekunami! Zaśmiał się złowieszczo. Hershak mu zawtórował, tak dla zasady. - Ciekawe, kto się o nie zatroszczy jutro z rana – ciągnął Therus – gdy zaskoczymy je w ich własnych siedzibach? Elfy nawet w najgorszych koszmarach nie spodziewają się, co im szykujemy. A wedle moich informacji jest ich tam ledwie kilkaset, wszystkie skupione w jednym miejscu, w ukrytej w gąszczu osadzie. Podobno nikt dotąd tam nie trafił, bo chroni ich magia lasu i inne podobne gusła. Ale widzisz, Hershaku... pamiętasz jak przycisnęliśmy w zeszłym miesiącu pewnego długouchego nieszczęśnika, to zaraz wyśpiewał jak do ów wioski trafić. - Tak, piekliśmy go żywcem – z radością wspominał ork – dawno nie jadłem tak delikatnego mięsa... Zaśmiali się obydwaj obrzydliwie, a Hershak poklepał po wypukłym brzuchu. - Zatem jutro na brak pieczystego nie będziesz narzekać – podjął Therus – o ile, oczywiście po walce coś w ogóle zostanie z naszych przyjaciół elfów. – zamyślił się chwilę – To będzie dziecinnie proste. Wyrżniemy je jak wieprze. Nawet się nie zorientują, kto im sprawił taką niespodziankę. Znowu dał się słyszeć śmiejący duet. - Ruszamy o świcie, czy tak, wodzu? – upewnił się jeszcze ork. - Chcę, żeby nim słońce wzejdzie nasz oddział zdołał otoczyć elfią osadę. To będzie krwawy poranek, czyli taki, jakie lubię najbardziej. Tak czy inaczej masz zarządzić pobudkę na długo przed świtaniem, by zdążyć zebrać maruderów i wyruszyć przez puszczę wprost do naszego celu. – Therus nagle popatrzył na coś za Harshakiem – zaraz, widzę jakiś ruch pod wejściem do namiotu... za mały jak na orka... Harshak nie czekał na kolejne słowo, rzucił się w kierunku niedźwiedziej skóry, wyciągając ręce do majaczącego cienia. Rozległ się niezadowolony syk, gdy ork odwrócił się do dowódcy trzymając za kark swą niewielką zdobycz. - Dziki kot? – zdziwił się Therus. - Robią się coraz bardziej bezczelne. Pewnie liczył, że zwędzi jakieś resztki z kolacji – odrzekł Hershak łypiąc w stronę kota, który usilnie próbował się wyrwać z jego ścisku. Ale krzepka dłoń orka bezlitośnie ściskała skórę za głową zwierzaka, tak, że o ucieczce nie mogło być mowy. - Ten kot jest jakiś dziwny – zainteresował się Hershak – nigdy jeszcze takiego nie widziałem. Przysunął zdobycz nieco bliżej twarzy, by się jej lepiej przyglądnąć. Za blisko... Ork nie zdołał powiedzieć nic więcej, tylko jęknął z bólu, bowiem kocie pazury spotkały się z jego twarzą. Wypuścił z ręki zwierzaka, a Therus śmiał się z niego głośno i szyderczo. Tymczasem kot nie zmarnował okazji i tylko jego czarny lśniący ogon znikł za wejściem do namiotu. Biegł jednak co sił w łapach dalej, aż nie znalazł się poza obozem orków i nie wpadł do pobliskiego lasu. Wtedy przystanął. Obejrzał się za siebie. Spomiędzy drzew nadal było widać zarysy obozu, podświetlone gdzieniegdzie czerwonym migotliwym światłem. Jednak nie dostrzegł ani śladu pogoni. Pochylił swą kocią głowę. Wtedy jak na komendę, zerwał się wiatr, wprawiając w wirujący taniec zeschłe liście wokół zwierzęcia. Oczy dzikiego kota się rozszerzyły, źrenice zaokrągliły. Z czarnej głowy wytrysnęły ciemne włosy, poprzecinane białymi kosmykami. Zwierzęce futro zniknęło odsłaniając delikatną jasnobrązową skórę. W chwilę później na ścieżce wiodącej w głąb lasu nie było już czarnego kota. Zamiast niego stała smukła kobieta, o delikatnych rysach twarzy i długich, szpiczasto zakończonych uszach. Niewątpliwie należała do elfiej rasy. Przygładziła swą prostą, ciemnozieloną suknię, jakby uszytą z tego, co ofiarował las; uszytą jednak starannie i z niemałą wprawą. Po raz kolejny obejrzała się, tym razem rzucając za siebie przestraszonym spojrzeniem kobiecych zielonych oczu. Toż to straszne, pomyślała. Nie mogła jeszcze uspokoić rozkołatanego serca, które jakby chciało wyrwać się z piersi i uciec jak najdalej od tego okropnego miejsca. Bardziej niż schwytanie przez orka, przeraziło ją to co, zdołała podsłuchać przycupnięta pod postacią kota przy grubym płótnie namiotu. Nie była w stanie pozbierać myśli - wirowały jak liście na wietrze, nie mogąc zatrzymać się na dłużej w jednym miejscu, by lepiej się im przyjrzeć. Oh, biedny Riveth!... Zaginął bez śladu miesiąc temu... Wyprawił się za przełęcz do Leront, niewielkiej ludzkiej wioski na wschodzie. Od tego czasu nikt nie potrafił powiedzieć, co się z nim stało... Teraz już wiedziała... Do tego oddział krwiożerczych orków pod dowództwem taurena planował napaść na jej leśna osadę... na elfy, które ufając w potęgę ochronnych zaklęć, nawet nie przeczuwały zagrożenia. Musiała natychmiast wracać do wioski i wszystkich ostrzec, by przygotowali się do walki, bądź ucieczki... Jakie miała szczęście, że wyprawiła się dzisiejszej nocy w poszukiwaniu ziół... i że dostrzegła ogień bijący z obozowiska... oraz, iż zebrała w sobie na tyle odwagi, by pójść pod postacią kota za orkiem spotkanym na skraju lasu, w celu dowiedzenia się czegoś więcej na temat tego nieproszonego oddziału... Teraz musiała wykorzystać daną jej szansę i czym prędzej ostrzec współplemieńców. Gdy się trochę uspokoiła, ruszyła biegiem w stronę ukrytego w gęstwinie domu, a las zdawał się przed nią rozstępować, ułatwiając jej przejście. Jednak ciągle mając w pamięci usłyszane słowa, nie mogła się skupić, pragnęła jak najszybciej znaleźć się w osadzie, przez co nie potrafiła zachować należytej ostrożności. I to ją zgubiło... Nie odbiegła daleko od obozu, gdy nagle jakiś ciemny worek spadł jej na głowę i coś ciężkiego uderzyło w kark. Nic już więcej nie widziała. Słyszała tylko ostre, charczące głosy i śmiechy wokół niej. Ale one były jakby coraz dalej i dalej. Jakbym dochodziły z innego świata. Potem zapadła w ciemność. *** Wydawało jej się, że spada coraz głębiej. Potem nawet to wrażenie zniknęło i jeszcze tylko myśli płynęły chaotycznie, jak woda w górskim potoku. Znowu wróciła wspomnieniami do swego dzieciństwa. Najwcześniejszą rzeczą, jaką miała w pamięci była ogromna ściana ognia, która otaczała ją ze wszystkich stron... ściana ognia ogarniająca bezlitośnie drzewa lasu, w którym podobno mieszkało pierwotnie jej plemię. Tak, to były burzliwe czasy... Jak powiadali starsi, ciągle nękały ich orki oraz trolle. Wreszcie, aby pozbyć się elfów zielonoskórzy podpalili ich lasy niezwykle złośliwym ogniem - wytworem magii szamanów. Ponoć niełatwo dawał się zgasić, za to bez trudu przenosił się i rozprzestrzeniał. Wiele elfów wówczas postradało życie, a ci, którzy przeżyli rozpierzchli się w różne strony świata, by szukać bezpiecznego schronienia. Pamiętała, że ktoś ją zobaczył, jak tak stała i wpatrywała się w strzelający do góry żar, i porwał na ręce, w ten sposób ocalając od niosącego śmierć ognia. Tym kimś był Sanve, plemienny mędrzec. Wyprowadził za sobą niewielką grupę elfów właśnie tu, do Podmokłej Puszczy, by założyć osadę z dala od niebezpieczeństw. Sanve nadał jej imię Yasmin, ponieważ kiedy ją znalazł miała na sobie jedynie brązową dziecięcą sukienkę i kwiaty jaśminu wplecione we włosy. Yasmin nigdy nie dowiedziała się, jaki los spotkał jej rodziców. Nie pamiętała ich zupełnie, ale miała nadzieję, że zdołali ujść cali ognistemu piekłu i również odnaleźli dla siebie nowe schronienie. W Podmokłej Puszczy spędziła szczęśliwe 322 lata swego życia. Była wciąż młoda i niedoświadczona, jak na elfa, jednak powoli przyswajała tajniki magii natury i uczyła porozumiewać z lasem. Przeszło tysiącpięćsetletni Sanve stał się jej całą rodziną; choć może nie do końca całą, bowiem ostatnimi laty znalazła również oparcie w Gorionie... Potok myśli zawirował i znowu wydawało jej się, że spada. I nawet wspomnienia gdzieś uciekły na bok. Pozostała tylko ciemność. *** Z bezczasu wyrwał ją kubeł zimnej wody wylany na głowę. Gdy otworzyła oczy spojrzała prosto w wąskie ślepia taurena. Therus uśmiechnął się. Jednak nie był to miły uśmiech... Yasmin zadrżała. Wtedy dopiero zauważyła, iż siedzi na drewnianej skrzyni ze zawiązanymi z tyłu rękami. - No, no, no – odezwał się Therus – nasza ślicznotka się obudziła. Zaraz też zawtórował mu charczący śmiech stojącego obok Harshaka. - Przyszliśmy szpiegować, co? – ciągnął. Yasmin się nie odezwała. - Jak ci na imię? – zapytał rozkazującym tonem tauren. Znowu odpowiedziało mu milczenie. - Gadaj! – wtrącił się Harshak. I zaraz potem krzepka ręka w żelaznej rękawicy uderzyła kobietę w twarz. - Yasmin... – odpowiedziała cicho. Czuła słony smak krwi w ustach. Therus ponownie wyszczerzył się w złowieszczym uśmiechu. - Pewnie jesteś z plemienia elfów zamieszkujących ten las, czyż nie? - Nie – odpowiedziała szybko Yasmin, usilnie starając się zapanować nad drżeniem głosu – w tym lesie od dawna nikt już nie mieszka. Wracałam do pobliskiego miasta, gdy... - Nie sil się na kłamstwa! – przerwał jej Therus – poznaje po wyglądzie, że należysz do tego samego plemienia, co pewien elf, którego przydybaliśmy niedawno. Wiem o was wszystko. – zrobił krótką pauzę – Można powiedzieć, że miałaś niezwykłe szczęście, iż wpadłaś dziś w nasze ręce. To oszczędzi ci patrzenia na śmierć twoich bliskich. Ale nie przejmuj się, jak wrócimy z dzisiejszej wyprawy, to zajmiemy się tobą. Kto wie, może wówczas pożałujesz, że nie podzieliłaś losu współplemieńców. To mówiąc Therus zaśmiał się po raz ostatni i wyszedł z namiotu, rzucając po drodze do strażnika: - Nie spuszczać jej z oczu! Za nim poczłapał Harshak. Doprawdy trudno o bardziej rozpaczliwe położenie, niż to, w jakim znalazła się Yasmin. Słyszała jak oddział orków wymaszerowuje w kierunku lasu. Czuła jak łzy bezsilności zbierają się w jej zmęczonych oczach. Nie była w stanie ostrzec współplemieńców... zawiodła... Nie mogła uciec, obserwowana bacznym spojrzeniem strażnika. Rozpaczliwie szukała w głowie jakiegoś pomysłu, który pozwoliłby się jej wyrwać z obozu jak najszybciej i dotrzeć do wioski nim będzie za późno. Nagle jej wzrok przyciągnął niewielki ruch tuż pod płócienną ścianą namiotu. To była mysz, która gorączkowo czegoś poszukiwała. W umyśle Yasmin wykiełkował pewien pomysł. Zebrała w sobie moc, by mentalnie skontaktować się z gryzoniem. Była w końcu druidem, opiekunką lasu. Potrafiła porozumiewać się z wszystkimi jego mieszkańcami. Mysz odpowiedziała na wezwanie. Dyskretnie i bardzo cichutko wspięła się bo szarym worku na drewnianą skrzynię, tak, by nie zostać zauważoną przez orczego strażnika. Przystanęła za plecami Yasmin i zaczęła przegryzać gruby sznur, który krępował ręce kobiety. Strażnik tymczasem zajął się wieprzowymi żeberkami, które jeszcze zostały z wczesnego śniadania. Przestał obserwować jeńca, raz po raz tylko głośno mlasnął. Szybciej, błagam, Yasmin poganiała w myślach swoją mysią towarzyszkę. Gdy wreszcie sznury puściły, opiekunka lasu zerwała się na równe nogi i rozpoczęła inkantację zaklęcia. Nim strażnik zorientował się w sytuacji stał już skrępowany brunatnymi korzeniami, które wytrysnęły z ziemi za sprawą magii natury. Następnie z ciemnowłosej kobiety zmieniła się w czarną kotkę i błyskawicznie wybiegła z namiotu tuż obok osłupiałego strażnika. Za nią truchtała szara mysz. *** Już z daleka słyszała okrzyki, odgłosy walki, widziała ogień między drzewami. Spóźniłam się, karciła się w myślach, już się rozpoczęło. Strach dodawał jej sił. Biegła niczym łania, zwinnie przeskakując leśne rowy i zwalone drzewa. Jedynym pocieszeniem było to, że jej współplemieńcy nie dali się w pełni zaskoczyć. Że zdołali stanąć do walki. Już niemal widziała walczących zza splecionych gałęzi niskich krzewów. Ukryła się za szerokim dębem. Chciała zorientować się w sytuacji. Jednak nie była w pełni przygotowana, na to, co zobaczyła. Jak okiem sięgnąć cała polana roiła się od walczących. Niegdyś zielona trawa, teraz w szkarłatnych plamach krwi, usiana była ciałami poległych obydwu stron. Yasmin z przerażeniem rozpoznawała mieszkańców osady. Czuła, że zaczyna drżeć jak w febrze. Nad walczącymi unosiły się świetliste błyskawice, którymi miotali druidzi, oraz snopy ognia, strzelające z płonących chat. Kobieta nie sadziła, że to może dziać się naprawdę... Nagle jej wzrok przyciągnęła męska postać leżąca ledwie ponad sto stóp od niej, na skraju polany. Ów postać, wyraźnie ranna, podniosła z trudem głowę. To był Gorion. Yasmin zamarła. Ich spojrzenia spotkały się, co umożliwiło im telepatyczny kontakt. „Poczekaj najdroższy, już do ciebie idę, uzdrowię cię... wszystko będzie dobrze”. Wydawało jej się, że uśmiech przez chwilę rozjaśnił jego twarz. „Witaj urocza”, zaczął, jak zawsze. „Niestety musisz mi wybaczyć, nie mogę pozwolić, byś podeszła do mnie”. Gdy tylko usłyszała te słowa w swojej głowie, poczuła jak gałęzie pobliskich drzew oplatają ciasno jej ręce i nogi. „Musisz uciekać, ratuj się, póki możesz”, ciągnął, „dla mnie nie ma już ratunku, bowiem nawet Twoja magia niewiele zdziała przeciw zatrutym strzałą orków.” Yasmin była wstrząśnięta. Próbowała się wyrwać, użyć przeciwzaklęcia, jednak wszystkie jej starania okazały się bezowocne. Gorion był bardziej doświadczonym druidem, a do tego troska o Yasmin, jakby dodała mocy jego magii. „Nie chcę zostać sama, błagam, daj sobie pomóc!”. „To ja ci pomagam. Tylko tyle mogę już zrobić. Sanve poległ... Ja również odchodzę... Las jest teraz w twoich rękach.” Yasmin poczuła słone łzy na twarzy. „To moja wina... Nie zdążyłam was ostrzec... Wiedziałam o napaści...” W odpowiedzi usłyszała po raz ostatni ciepły głos Goriona. „Nie obwiniaj się za niegodziwości innych. Pamiętaj, musisz przetrwać dla dobra lasu... Musisz przetrwać... dla mnie... Żegnaj Yasmin, moja bogini, moja miłości... Yasmin chciała odpowiedzieć, że jeszcze zobaczą się w świecie duchów, że mu to obiecuje... ale już nikt nie odebrał jej przekazu. Nawet z tej odległości widziała, jak znikł blask w oczach Goriona, a jego głowa bezwładnie opadła. Gałęzie natychmiast puściły ją wolno. Ona jednak rzuciła się na kolana i krzyknęła. Krzyknęła głośno i rozpaczliwie... Nie dbała już o to, czy ktoś ją usłyszy. Nie dbała już o nic. Jednak nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na ten krzyk. Zginął w chaosie walki, dobiegającej powoli swego końca... stopił się z jękami konających i ze śmiechem oprawców. *** Yasmin siedziała na olbrzymim kamieniu z twarzą ukrytą w dłoniach. Wszystko, co kochała, szanowała, ceniła, nagle zostało jej w okrutny sposób odebrane. A najgorsze było to, iż cały czas miała świadomość tego, że poniekąd przyczyniła się do tragedii. Kiedy wróciła po jakimś czasie na miejsce bitwy by pochować ciała poległych, przywitała ją tylko spalona ziemia. Orki widać nie trudziły się z pochówkiem, tylko zdecydowały wypalić obszar dawnej osady i w ten sposób zaoszczędzić sobie mnóstwa niewdzięcznej pracy. Początkowo czuła bezsilność. Jednak potem, jak przez mgłę, zaczęły docierać do niej słowa Goriona. Że teraz ona jest panią lasu... Wiedziała, że teraz na niej, jako na ostatniej przedstawicielce plemienia, ciąży odpowiedzialność za zwierzęta i rośliny zamieszkujące Podmokłą Puszczę. Potem powoli do jej myśli zaczęło przemycać się pragnienie zemsty. Początkowo spychała je na granice świadomości. Jednak z czasem pragnienie to stało się jedyną słuszną możliwością, jedynym celem jej życia. Postanowiła pogłębić tajniki magii natury i odnaleźć kiedyś Therusa. Pragnęła jego śmierci. Co więcej, pragnęła sprawić, by sam błagał ją o śmierć... |
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |