📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Fesur
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 21 Nov 2005, 19:36
Imię: Fesur
Rasa: Krasnolud
Klasa: Wojownik
Wiek: 110 lat
Wzrost: 125cm
Waga: 120kg
Kolor oczu: Zielono brązowe- trudno stwierdzić, nizbyt ładna kompozycja
Włosy: brak (powoli odrastają)
Zarost: Poszarpana czarna broda

Hmm od czego tu zacząć... No może od przedtsawienia się: jestem Fesur. Imie niezbyt wyrafinowane i dostojne, ale w końcu to nie ja je sobie nadałem. Mój brak włosów to nie próba innowacyjnej fruzyry tylko skutek nieuwagi- wpadłem do kotła z gorącym olejem, który całkowicie zniszyczył moją fryzurę, broda cudem ocalała... no prawiwe... Od kąd pamietam byłem niezdarny... zawsze coś mi wypada, coś tłukę, zapominam, psuję, ogólnie rzecz biorąc jestem czarną owcą w rodzinie. Pewnie spodziewaliście się opisu uzdolnionego, silnego krasnoluda, posiadającego wiele wspaniałych cech i talentów... to jednak nie taka historia, jestem zwykłym niezdarą i moje życie nie jest usłane różami.

Moi bracia i siostra to prawdziwi geniusze... zawsze uczynni, pomocni, inteligentni, pracowici. Z tego powodu oni dostawali najłatwiejsze prace, nie musili sie męczyć, a ja w tym czasie zaganiałem bydło całymi dniami, chodziłem z pakunkami do innych członków rodziny przedzietrając sie przez rzeki, zarośla, bagna lub robiłem wiele upokarzających czynności o których nie chcę wspominać. Czasami nawet mam problem z zapamietaniem drogi do domu, a tymczasem oni dostają pochwały od władcy naszej wioski za osiągnięcia.
Rzadko im zazdrościłem, pomimo tego że to ja powiniem być nagrodzony za najcięższe prace, czego oczywiście nikt nie dostrzegł.

Zostałem wygnany z rodzimej wioski, a rodzice i rodzeństwo sie mnie wyrzekło na oczach całej wsi... ale przecież nie chciałem spalić tej katedry, naprawdę. Z resztą opowiem wszystko o mojej historii :

Było to jakieś 3 lata temu.Jak już wspominałem czasem gubiłem się w drodze do domu i wracałem z powierzonej misjii nieco później, rodzice sie przyzwyczaili że zdarzało mi się coś zapomniec, dostarczyć do odbiorcy nie to co trzeba czy pozwolic uciec części stada. Jak sami mówili "przynosisz nam hańbe!", jednak niewiem czy była to prawda czy tylko mnie tak straszyli. Zapomniałem wspomnieć: kochałem sie w pewnej pięknej krasnoludzce z naszej wioski, jednak nie jako jedyny... Zdawałem sobie sprawe, że nie zwraca na mnie większej uwagi, ale niepodobało mi się to że podkochiwała się w moim starszym bracie i wzajemnie. Pewnego razu wóciłem po długiej wędrówce do domu,patrze a w wiosce jakies święto. Pomyślałem, że świętują udane zakończenie plonów, jednak coś w tym nie "grało" bo plony cały czas trwały... Ide więc w stronę domu, dekoracje wskazują na slub, pomyślałm "elegancko, przyjechałem do wioski i już szykuje się impreza". Doszedłem do progu mojej chaty i zobaczyłem coś co mną wstrząsneło... był to ślub Vokiny ( mojej sympatii) z, ehh trudno mi to wspominać, moim bratem Korminem. Wszyscy mnie powitali, łącznie z moim bratem a ja zamiast cos powiedzieć stanąłem w bezruchu. Po jakims czasie doszedłem do siebie i zasiadłem przy stoliku. Jakos to się wszystko toczyło, zaraz nawet miał sie odbyć ślub w katedrze. Nie zabardzo do mnie docierało co sie stało, ale nie myslałem o tym, nie chciałem się dołowac. Przyszedł czas na udanie sie do katedry. Siedziałem w jednej z pierwszych ław, obok rodziny Vokiny. Trzymałem jakąś świece, niewiem po co, ojciec mi ją wręczył i powiedział "trzymaj to i nie upuśc, zrób chociaż raz dobre wrażenie". Pomyślałem "nie ma sprawy, przecież umie zachowac powage i byc odpowiedzialny, nie?". Jednak w czasie ceremonii jakimś cudem świeca wypadła mi z rąk i na mioje nieszczęście upadła na suknie matki przyszłej żony mojego brata. Pomyslałem że to nic takiego i zaczołem deptać jej suknie, jak się potem okazało razem z nogą jej właścielki. Od razy zrobił się ruch, a mały płomyk z sukni przeskoczył na drewniane ławy, nastepnie na ściany i w mgnieniu oka dach ze strzechy stał w płomieniach. Każdy próbował gasic pożar możliwymi metodami, jednak na nic sie to zdało, gdzyż ognień objął większość budynku. Wszyscy uciekali w popłochu, ja sie nie spieszyłem bo myślałe, że nie jest aż tak źle. Wyszedłem ostani i w momencie przekraczania progu katedry dach się zawalił do środka i o ratowaniu budynku nie było juz mowy. Jedynym ocaleniem dla mne był by deszcz, jednak pogoda był cudowna (nie dla mnie oczywiscie) i nie było sladu ani jednej chmurki. Po spłonieciu resztek drewnianych elementów z katedry pozostała nędzna kupa popiołu. Nie byłem zdziwiony że każdy mnie obwiniał o ten czyn, zdąrzyłem sie do tego przyzwyczaić, ale tym razem przebrałem miarkę. Rodzina na forum całej wioski się mnie wyrzekła, kazali mi w ciągu 5 minut zabrać swoją własnośc z domu, dali mi kilka srebrnych monet i kazali odejśc jak najdalej.

Szczerze mówiąc nie przejołem się aż tak bardzo, ponieważ ta rodzina i tak posługiwała się mną jak chłopcem na posyłki, nie darzyli mnie żadnym specjalnym uczuciem. Wędrowałem więc na północny zachów, w poszukiwaniu jakiejśc wioski, osady, czegokolwik. Dopiero po spędzeniu kilku tygodni za wioską, bez jedzenia, noclegu, w jakimś ciemnym lesie zdałem sobie sprawę, że nie moge na nikogo liczyć , tylko na siebie, mam 4 srebrne monety i zwijane posłąnie... Nie była to radosna nowina, bo niewidziałem co mam ze sobą zrobić. Od czasu do czasu zdarzały się jakies małe robótki, niezbyt duzo płate, jednak zawsze mogłem kupić cos do jedzenia i napic się od czasu o czasu wina. Nie myślałem o przyszłości, łaziłem od wioski do wioski szukając miejsca dla siebie.
Zdarzało mi się, że budzięłm się rano w jakiejś karczmie czy w lesie po nocnej libacjii z róznymi napotykanymi osobami. Kiedyś nawet niewiem jakim sposobem złamałem sobie nogę, pamiętam że próbowalismy wejśc na drzewo, następnie w mojej głowie jest wieeeeelka pustka spowodowana urwanym filmem i następne co pamietam to ogromny ból kiedy sie obudziłem. Prowizorycznie opatrzyłem słuczenia i rany, noge usztywniłem kawałekim drewnianej laski. Jestem dosyć odpornby na ból więc ne robiło mi wiekszej różnicy kłucie w nodze przy chodzeniu (co tam, do imprez zdrowa noga nie potrzebna aż tak bardzo wystarczy mieć rękę do podnoszenia kufla i mocną głowę, nie mam racjii?). Po konkretnej bibie budze sie, jakieś dziwne pomieszcznie, rozglądam się wokoło, jakiaś chupa. Podnosze się z wyra a tu podchodzi jakiś krasnolud, wkolczudze, z mieczem przy pasie. "Jak sie masz druchu, już sie dobrze czujesz??" -"my sie znamy wogóle, gdzie ja jestem co?!" -"Uspokój się,. Jestem Yalthan, wraz z grupą wojowników znależliśmy ciebie i twoich znajomych w okolicach kryjówki niedźwiedzi. Byliście nie przytomni, pomyśleliśmyże pijani albo po jakiejś bitwie, to was zabraliśmy. Twoi kompani sie ockneli, uciekli gdzie ppadnie, nie chcieliśmy ich gonić bo tylko kłopotów by to nam narobiło." -"Wiesz, popiło się, zwidy mieli, ha ha ha" -"Twoja godność?" -"godność? A co to takiego? Aaaa Miałem kiedyś takie coś chyba ale zostawiłem w wiosce z której mnie wypedzili..." -"Ehh... to podaj chociaż twoje imię..." -"No tak od razu trza móić! Fesur jestem!". Porozmawialismy jeszcze chwile i ktoś zawołał nas na poranny posiłek. Dowiedziałem się, że to dom wojowników, którzy działają w okolicy walacząc ze zwierzyną i łotrami. Opowiedziałem im swoje przeżycia i mimo niezbyt wielkiej zręczności i znajomości profesjii wojownika pozwolili mi z nimi zostać, chyba dlatego że byłem bezdomny i bezrobotny... Ja ich o to nie prosiłem, ale zawsze to jakieś zajęcie, nie?


I tak oto ja, Fesur, prosty krasnolud zostałem wojownikiem...

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026