|
Post #1
23 Nov 2005, 15:27
Wyobraźcie sobie szum drzew tak piękny, że wydaje wam się muzyką. Wyobraźcie sobie zielone pagórki pokryte trawą miękką niczym jedwab. Spróbujcie dostrzec oczami wyobraźni jezioro, którego niezmącona tafla przypomina lustro... Lecz marne me słowa
w porównaniu do piękna, które chce opisać. W cieniu drzew, czując na sobie lekki, ciepły wiatr w akompaniamencie śpiewu ptaków wzdychaliśmy nawzajem do siebie w miłosnych uniesieniach. Adriella... kobieta mojego życia. Włosy jej czarne jak noc bez księżyca i bez gwiazd. Zielone, wesołe oczy przypominały mi roztańczony las. Skóra miękka i gładka, tak jak wtedy, gdy zobaczyłem ją pierwszy raz. Uśmiechnięte usta niczym dwa płatki czerwonej róży niosą ze sobą gorące iskry miłości i rozpalają nas. Rozchyliła lekko swe wargi szepcąc do mnie słodko... -Wstawaj barani łbie! Znowu się spóźnisz do klasztoru pierdoło! – Rozległ się po całym domu głośny krzyk mojego młodszego brata. Zerwałem się szybko z łóżka jednocześnie uderzając głową o masywną szafkę ścienną. Zdezoriętowany i rozwścieczony próbowałem jakoś złapać bachora, ale niestety w porę udało mu się uciec. Piękny początek dnia, pomyślałem sobie. Rozprostowałem kości, podszedłem do okna i otworzyłem szeroko okiennice. Był świt a przede mną rozpościerał się piękny widok. Drzewa, kwitnące kwiaty, czyste, niebieskie niebo i wschodzące leniwie słońce, które już obdarowywało nas pierwszymi, ciepłymi promykami. Ech.. – westchnąłem.. Jakaż szkoda, że to był tylko zwykły sen i stanąłem zamyślony w oknie. Lecz tylko przez chwilę, bo zaraz dotarł do mnie zapach smażonych jajek na bekonie biegnący z kuchni. Ubrałem się pośpiesznie i poszedłem na śniadanie. Mieszkałem w Elwynn Forest na zachód od Stormwind'u w lesie, niedaleko głównej drogi razem z rodzicami, młodszym bratem i jeszcze młodszą siostrzyczką. Posiadaliśmy niewielki domek przy jeziorze, żyło nam się dobrze. Ojciec mój zarabiał na życie jako rybak, matka natomiast była szwaczką. Sam mając 19 lat, co dzień wybierałem się do pobliskiego klasztoru zgłębiając tam wiedze na temat religii oraz leczenia ran wszelakimi sposobami. Po pośpiesznym zjedzeniu śniadania wybiegłem z domu modląc się do Alwenusa abym nie stawił się za późno i znowu nie musiał zmywać podłóg za karę w całym klasztorze. Po dotarciu na miejsce spotkałem się ze znajomymi mi kapłanami oraz z bliższymi mi przyjaciółmi, zacząłem codzienną prace i naukę. Właśnie na tym głownie polegał mój pobyt tutaj. Dni mijały bardzo szybko, nadeszła jesień, kiedy w klasztorze zapadła decyzja o moim dalszym kształceniu się. Podstarzały już, główny kapłan imieniem Ergeliuss - rzadko, kiedy go widywaliśmy, ponieważ całymi dniami przebywał w swoim oddzielnym pokoju modląc się godzinami - oświadczył, że musi wysłać 5 kapłanów do Duskwood ze sprawą ważną, niecierpiącą zwłoki. Wszyscy członkowie klasztoru bardzo zaniepokoili się tą wiadomością, ponieważ kraina, Duskwood znana jest ze swojej mrocznej natury. Krążą o niej różnie, doprawdy nieprzyjemne historie. Nie wiedzieć, czemu na drugi dzień zostałem poproszony do pokoju samego Ergeliuss'a w raz z innymi, czteroma kapłanami. O dziwo wszyscy byli moimi dobrymi przyjaciółmi Ergol, Angulis, Hektor oraz Balin. Wszyscy dobrze specjonowaliśmy się w leczeniu a Ergeliuss dobrze to wiedział i wytłumaczył nam, na czym sprawa polega. Otóż - rzekł mentor - w Duskwood dochodzi do coraz poważniejszych ataków na ludzkie siedziby. Sprawcami są nieumarli - na te słowa wszystkim nam przeszły ciraki po plecach - odnotowuje się wielu rannych i zakażonych wszelakimi chorobami. Wasza piątka została wybrana by pomóc tym biednym ludzią, możecie być dumni ze swoich umiejętności. Wyruszacie jutro o świcie, a teraz.. Wróćcie do swoich domów i odpocznijcie. Spojrzeliśmy wszyscy na siebie niepewnie i wyszliśmy od Ergeliussa będąc zakłopotani tą nową sytuacją. Nie mieliśmy wyboru, taka wola mentora, musimy się podporządkować i zachować spokój oraz wytrwałość, jako kapłani światła nie powinniśmy się lękać ciemności. Wróciłem do swego domu trochę zmieszany. Powiadomiłem matkę oraz ojca o moim zadaniu. Rodzice również nie okazywali zbytniego zadowolenia, nie ma się, co dziwić. Ale również byli ze mnie dumni, że jako jeden z niewielu kapłanów nadaje się do tej misji. Nie mogłem spać, gdy tylko zasnąłem męczyły mnie koszmary, czułem się doprawdy dziwnie. Rano pożegnałem cała rodzinę, nawet mój młodszy brat się wzruszył, ale nie ciał tego okazać. Obiecałem im, że niedługo wrócę. Kiedy dotarłem do klasztoru powóz już czekał a na nim sterta potrzebnych nam lekarstw, opatrunków, ksiąg i tym podobnym. Ergelius pożegnał nas serdecznie z resztą kapłanów i ruszyliśmy. Oprócz woźnicy było z nami także trzech dzielnych najemników ze Stormwind'u, Jak można było się domyślić jechali z nami tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Droga dłużyła się niesamowicie, ale im dalej byliśmy od domów tym bardziej nie mogliśmy się uspokoić. Gdy w końcu po kilku godzinach dotarliśmy do obrzeży Duskwood dmuchnęło zimnym wiatrem a po plecach każdego z nas przeszedł dreszcz. Im dalej zagłębialiśmy się w las tym dziwniejsze odgłosy dochodziły do naszych uszu z ciemnej, ponurej puszczy. Pocieszaliśmy się, że z godnie z mapą już niedługo będą stacjonowali strażnicy miejscy. Lecz niestety, strażników nie było. Pochodnie były pogaszone, namioty puste ani żywej duszy w około. I nagle zapadła grobowa cisza. Zza pagórków ze wszystkich stron pojawiły się dziwnie powykrzywiane postacie, a ich lodowaty krzyk docierał do serca i sprawiał ze biło jak oszalałe a następnie niemalże zamierało w bezruchu. Trupy przeprowadziły na nas bezlitosny atak. Najemnicy starali się walczyć o życie a my razem z nimi, lecz siły wroga były miażdżąco przeważające. Nie mieliśmy szans. Gdy próbowałem wzmocnić moich kompanów magią światła nagle poczułem jak przeszywa mnie na wylot lodowato - zimne ostrze miecza. Wrzasnąłem z bólu, ale nikt nie usłyszał mojego krzyku, zatrzymały go masywne, gęste korony drzew spaczonego lasu oraz zgiełk walki i nieumarłych istot. Umarłem.. Myślałem, że to już koniec.. Myliłem się.. No to by było na, tyle co pamiętam z tego swojego... eee.. życia? taaa.. chyba tak. Wiem tylko, że później obudziłem się w jakimś przeklętym grobie. Najwyraźniej mnie zasypali piachem.. ile tam leżałem? Nie mam pojęcia, ale sądząc ze swojego nowego wyglądu do dosyć długo. hehehe.. umarłem a jednak sprawia mi to radość, czuje wokół siebie życie i cos mi podpowiada abym je zniczył.. zabił wszystko to, co żywe jest. Tak! Śmierć! To ona zabiła starego, nieużytecznego Altruina i stworzyła mnie.. nowego mnie.. lepszego Nergulus'a. Jako kapłan Neralthaz'a boga chorób i śmierci będę pilnie studiował nowe, potężne umiejętności, aby zgładzić całe przymierze.. ale chwila! gdzie są moi bracia? gdzie jest więcej takich jak ja? Najwyższy czas znaleźć kogoś godnego uwagi...... Opis zewnętrzny: Wysoki na dwa metry nieumarły o zgarbionej posturze ubrany w szare poszarpane szaty. Skóra jego jest twarda i sucha a kolor jej tak ponury, że nie sposób go dostrzec w mrocznych puszczach. Ma długie kościste łapska oraz nogi. Na głowie widnieją postrzępione włosy w ciemnym, szarym kolorze a z oczu bez źrenic pije lekkie żółtawe światło oświetlające w mroku poszarpaną, szorstką skórę na twarzy. Opis wewnętrzny: Ogarnięty mania zabijania wszystkiego, co żywe Nergulus jest okrutną postacią składającą hołd swojej pani Sylvanas oraz bogowi śmierci Neralthaz'owi. Zrobi wszystko, aby na własne oczy zobaczyć cierpienie dobrych istot. Nie posiada żadnych zasad moralnych, uwielbia oglądać śmierć niewinnych, to dla niego czysta zabawa. Poglądy: Nergulus darzy wielkim szacunkiem swoich braci. Uwielbia przesiadywać w podziemnych kryptach studiując nowe niszczycielskie czary. Ma nadzieje ze sojusz z orkami, trolami i taurenami przyniesie więcej plusów niż minusów. Osobiście interesują go te rasy i ma nadzieję, że w niedalekiej przyszłości razem ze swoimi braćmi i członkami Hordy będzie światkiem upadku całej cywilizacji Przymierza. |
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |