|
Post #1
23 Nov 2005, 16:03
To było wyjątkowo ohydne miasto... Smród z prowizorycznych kanałów unosił się między wąskimi brudnymi uliczkami. Widok rozwalających się budynków i załatanych dachów wręcz odrażał. W zatęchłych zaułkach dreptały szczury, a bezpańskie psy biegały z ich rozkładającymi się ciałami w pyskach. To zdecydowanie nie było miasto dla szlachty z wielkich miast. Na zabłoconym ryneczku gromadziła się ludność. To musiało być wielkie wydarzenie, gdyż nawet karczmy było pozamykane. Miejscowi złodzieje zacierali ręce... w ciemnych zaułkach czekały ciemne, zakapturzone postacie. Ledwo widoczne dla mało czujnych mieszkańców. Tłum stawał się coraz gęstszy, a słońce zaczęło znikać za horyzontem. W czerwieni nieba rozbłysnął metalowy pal. Wśród ludu zaobserwować można było duże poruszenie... Wszyscy zaczęli przepychać się jak najbliżej, chcieli zobaczyć buchający ogień i zwęglone ciało grzesznika. Tak to był stos... Wątły człowiek stał przywiązany do pala i spoglądał błagalnym wzrokiem po roześmianych twarzach zebranych. Tymczasem płomienie wspinały się coraz wyżej po osmolonym palu. Nie było już odwrotu... ogień zaczął łaskotać skazanego. Początkowo głaskał go po stopach, później zaczął tańczyć wokół łydek, aż w końcu złapał za skąpe odzienie. Łzy drążyły mu głębokie rowki w policzkach, a krzyk wystraszył ptactwo siedzące na pobliskich drzewach. Małe dzieci wtulały się w suknie swoich matek... one zaś zasłaniały im uszy. Twarze zebranych zbladły. Chudy czarownik niespodziewanie przestał się rzucać na wszystkie strony. Zrozumiał swoje błędy. Ból nie pozwolił przestać krzyczeć, ale zamienił łzy cierpienia w łzy skruchy i pokory. W męczarniach jednał się z Bogiem. Święty ogień trawił jego winy i pozwalał na wewnętrzne oczyszczenie. A wszystkiemu towarzyszył szkarłat nieba. Nagle odezwał się stojący w pobliżu stosu, niezauważony dotąd, zakapturzony mężczyzna. Zaczął mamrotać pod nosem modlitwę w dziwnym języku. Czyżby była to modlitwa o dusze czarownika...? Nie, to tylko dziękczynna formułka, za możliwość ukazania zła w życiu tego wątłego ciemnowłosego demonologa. Za zadany mu ból i oczyszczające cierpienie... Na twarzy mężczyzny w ciemnym długim płaszczu pojawił się krzywy uśmieszek. Jego pokorna osoba Bożego sługi spokojnym krokiem odeszła przedzierając się przez tłum. Gdy cień rzucany przez wielki skwierczący stos zaczął się rozpraszać, z jego ciemnej sylwetki wyłonił się srebrnobiały krzyż na piersi. Ludzie zmarli... Momentalnie w tłumie zrobił się tunel... Dlaczego ludzie czuli taki respekt dla inkwizytorów? Dlaczego się ich bali? Na to pytanie William nie zdołał sobie odpowiedzieć, ale był pewny jednego... niejednokrotnie pomagało mu to wykonać obowiązki w imieniu Pana. Gdy zniknął w cieniu brudnych uliczek na dziedzińcu znów zapanowało poruszenie. Księżyc zaczął wyłaniać się zza ciemnej chmury na granatowym niebie. Nad miastem rozchodziła się jasna łuna. Stos dogasał, a cichy, zakapturzony mężczyzna wszedł do najlepszej gospody, w której czekała na niego syta, smaczna kolacja i dzbanek wyśmienitego wina. Już w progu zsunął z głowy czarny kaptur i życzliwym, aczkolwiek energicznym ruchem podziękował gospodarzowi za posiłek... po czym dodał niskim, dźwięcznym głosem: „Przynieś to na górę...” i udał się do swojej ciasnej obskurnej kwaterki. Świeca dawała mocne światło wiec siedział do późna spisując protokół z zajścia i popijając spożyty posiłek mocnym trunkiem. Rano obudził się z głową na starym stole, obok brudnego naczynia. Dopił dzbanek wina do końca i zebrał się do drogi. Wychodząc zarzucił na twarz kaptur i nic nie mówiąc rzucił srebrną monetę w kierunku gospodarza. Nie musiał tego robić, ale gospodarz starał się jak mógł. Nawet pcheł było tu niewiele, co rzadko zdarzało się w takich okolicach.
*** Dobrze zabudowany mężczyzna na pokaźnym rumaku właśnie przemierzał jedna z pobliskich wiosek. To miała być rutynowa kontrola. Miał tylko rozwiać plotki o grasującej w pobliżu bestii... Ku jemu zdziwieniu jedna z kobiet z szerokim uśmiechem, płacząc ze szczęścia rzuciła mu się pod nogi dziękując, iż Pan wysłuchał jej próśb. Ludzie nigdy tak się nie zachowywali na jego widok. Raczej chowali się w domach i unikali wzrokowego kontaktu. Inkwizytor był dobrze wyszkolony i wiedział jak rozmawiać z ludźmi, by uzyskać pożądane informacje. Niejednokrotnie szybkim potężnym ruchem pięści pozbawiał kogoś zębów, jeśli tylko zaistniała najmniejsza konieczność. Zazwyczaj po kilku chwilach taki człowiek sam spowiadał się z całego swojego życia i wyjawiał wszelkie występki, tajemnice, plotki. William doskonale wiedział o skuteczności tej i podobnych metod i nie oszczędzał w środkach, by maksymalnie skrócić cenny czas poświecony na konkretną sprawę. Było tyle przyjemności do skosztowania na świecie, iż wręcz grzechem byłaby nadmierna ilość czasu poświęcana na jedną zwykła sprawę. Alkohol i dziewki służebne zawsze czekały na inkwizytora w gospodzie... Zwykle nie interesowało go dobro jednostki. Miał o wiele wyższe cele, sprawy z nawracaniem wyjątkowo zatwardziałych grzeszników i jednanie ich z Panem w świętym ogniu... Tym razem było jednak inaczej. Myśl o wdzięczności tej wyjątkowo pięknej kobiety i nagrodzie jaka z pewnością czeka na niego w jej sypialni nie pozwalała mu odmówić. Pomógł jej wstać i ruszył ku posiadłości tej uroczej wdowy, jak się później okazało... *** Imię: Sługa Boży William de Rodimond Rasa: Człowiek Klasa: Inkwizytor, (Paladyn) Wiek: trudno określić... Gdyby nie jego strój wyglądałby na ~30, a tak to 40 jak nic... Aparycja: wysoki (około 185-190 cm), dobrze zbudowany mężczyzna o przyjemnej twarzy i stroju wzbudzającym respekt... Ciemny kaptur i płaszcz oraz srebrnobiały krzyż na piersi nie pozwalają ukryć, iż jest to bezwzględny inkwizytor, dla którego sprawianie niewyobrażalnego bólu to chleb powszedni. Jego ciało zdobi kilka nie do końca zagojonych ran i pozostałości blizn, z którymi alchemiczne środki i dary od Pana nie dały sobie rady. Z pewnością nie ukryje swojego powołania... |
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |