📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Esteda
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 24 Nov 2005, 18:56
Kobieta

Wzrost: 170 cm
Waga: 60 kg
Włosy: rude
Oczy: zielone
Karnacja: jasna

Jest to szczupła wiotka kobieta o jasnej karnacji. Ma trochę piegów na małym kształtnym nosie a także duże wyraziste, zielone oczy. Rude, średniej długości włosy nosi zazwyczaj związane. Porusza się szybko i bezszelestnie.

Historia postaci

Mówiono mi, że dzień w którym przyszłam na świat, był złym dniem. Właściwie, trudno się dziwić, aby mówiono inaczej. Para ludzi, kobieta i mężczyzna, podróżowali, podobno szukali nowego domu, przez długi czas nie wiedziałam dlaczego. Było już późno, wiał straszny wiatr, padał śnieg. Moi rodzice nie przeżyli tej nocy. Z tego co powiedziała moja matka tuż przed śmiercią, tuż przed mymi narodzinami, zostali zaatakowani – niestety nie chciała powiedzieć przez kogo, jakby się bała. Prócz tego wyszeptała moje imię – Esteda i założyła mi na szyje srebrny wisior – herb mej rodziny, powiedziała jeszcze, że kiedyś może przyjść po mnie Vertram, że to dobry człowiek i można mu zaufać.
Ludzie, którzy się mną zajęli tuż po urodzeniu to dwaj bracia – myśliwi – Garos i Mork. To oni znaleźli mych rodziców przed śmiercią, oni pomogli mi przyjść na ten świat. Szorstcy w obyciu, zatwardziali w swych nawykach dwaj najdrożsi mi mężczyźni. Niechętnie przyznają, że nie potrafili rozstać się ze mną choć nie raz próbowali. Gdy byłam niemowlakiem zostawiali mnie w karczmach, by zaopiekowała się mną gospodyni, lecz zawsze po mnie wracali - choć nie mieli pojęcia jak zająć się dzieckiem. Mieszkaliśmy w małej drewnianej chacie u podnóża gór. Właściwie całe dzieciństwo spędziłam w dziczy, tylko kilka razy byłam w mieście by sprzedać futra i zrobić zapasy na zimę. Jako kilkuletnia dziewczynka za dnia bawiłam się z psem, uczyłam się zastawiania sideł na zwierzynę, strzelania z łuku, zbierałam jagody, jeżyny, zioła, kąpałam się w górskich strumieniach. Podczas gdy wieczorami uczyłam się szyć, gotować a także przyrządzać proste lecznicze wywary.
Pewnego dnia do naszej chaty zawitał jakiś mężczyzna, lekko przygarbiony w ciemnym płaszczu, przybył na gniadym koniu. Nigdy wcześniej nie widziałam, tak wspaniałego zwierzęcia. Moi opiekunowie zazwyczaj mało gościnni i bardzo ostrożni, zaprosili go do środka. Tymczasem mi kazali pójść z psem i sprawdzić sidła. Było to dość anormalne zjawisko, gdyż mieszkaliśmy w strasznie niedostępnej okolicy i rzadko kto tamtędy przejeżdżał. Co więcej nigdy nie pozwalano mi oddalać się samej od domu. Gdy wróciłam gościa już nie było za to Garos i Mork wydawali się smutni i zaniepokojeni. Na me pytania uśmiechali się tylko i gładzili mnie po mych krótkich, ściętych na chłopca, rudych włoskach.
Rok później, w me trzynaste urodziny, moi opiekunowie opowiedzieli mi historię mych narodzin. Zaprowadzili mnie na grób mych rodziców. Do dziś pamiętam jak siedziałam przed nim odrętwiała a łzy płynęły mi po policzkach. Następnie przypomnieli mi o przybyszu z przed roku, powiedzieli, że niedługo znowu nas odwiedzi. Dodali też, że tym razem ja odjadę z nim. Przez kilka następnych dni nie potrafiłam wydusić z siebie żadnego słowa, nie potrafiłam zrozumieć dlaczego chcą żebym odjechała z tym obcym człowiekiem, czemu nie mogę zostać z nimi. Garos i Mork mówili, że tak trzeba, że to jest słuszne, a oni zawsze będą przy mnie, w mym sercu, tak jak ja będę w ich sercach.
Tymczasem pierwszego dnia wiosny ponownie do naszej chaty przybył ponownie nieznajomy, na tym samym pięknym gniadym koniu. Spojrzał na mnie krytycznie swymi zimnymi szarymi oczyma, wyraził wręcz niezadowolenie - nie podobały mu się moje krótkie rude włosy, wątła szczupła postura. Wyszeptał: „Taka podobna”. Jedynie widok wisiora na mojej szyi wywołał na jego twarzy cień uśmiechu, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Dał mi do ubrania szary płaszcz, pożegnał się z mymi opiekunami i kazał mi również to uczynić. Po czym wsiadłszy na swego konia umieścił mnie przed sobą i ruszyliśmy w drogę. Jeszcze nigdy nie podróżowałam tak długo i tak daleko. Właściwie zatrzymywaliśmy się tylko po to by koń mógł odpocząć. Nieznajomy – Vertram , niewiele się do mnie odzywał, zapytał tylko czy umiem czytać i pisać, był zaskoczony gdy usłyszał przeczącą odpowiedz. Chciałam go zapytać o rodziców, lecz nie miałam odwagi.
W końcu przybyliśmy na miejsce. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że nieświadomie otworzyłam usta, a oczy prawie wychodziły mi z orbit. Jeszcze nigdy nie widziałam tak wspaniałego miejsca. Wydawałoby się surowy budynek, z ciosanego kamienia był otoczony mnóstwem roślin, o tak fantastycznych barwach. Vertram wziął mnie za rękę, kazał zamknąć usta i wprowadził do domu. W pierwszym pomieszczeniu było kilka dziewczynek chyba mego wieku, z długimi jasnymi włosami w pięknych sukniach. Poczułam się dość zagubiona i chciałam się schować by nikt nie zauważył jak jestem nędznie ubrana. Vertram popchnął mnie ku bogato ozdobionym drzwiom, po czym weszliśmy do innej jeszcze piękniejszej komnaty. Siedziała tam drobna mała kobieta – Cetera, o bardzo dobrych przyjaznych oczach, ciepło wprost biło od niej. Uśmiechnęła się na mój widok serdecznie, a w jej oczach pojawiły się łzy, których nie potrafiła ukryć. Powiedziała do mnie: „Wyglądasz zupełnie jak twoja matka” i wyciągnęła do mnie dłoń.
Vertram zostawił mnie u niej na trzy lata. To były trzy lata ciężkiej pracy jak również trzy lata życia w prawdziwym domu. Może się to wydać śmieszne ale uczyłam tam się mówić, chodzić nawet jeść. Całe moje dotychczasowe życie uległo diametralnej zmianie. Już nie biegałam boso - chodziłam w trzewikach; zamiast zabawy z psem uczyłam się czytać i pisać, nie strzyżono mnie na chłopca Nie było mowy o strzelaniu z łuku i zastawianiu sideł. Jedyne co się nie zmieniło to nauka zielarstwa, choć w tym czasie wydawała się ona bardziej profesjonalna. Przez cały ten czas nikt słowem nie wspomniał o mych rodzicach, moje pytania były ignorowane. A ja miałam ich z każdym dniem coraz więcej, coraz bardziej tęskniłam za słodkimi dniami nieświadomości i niewiedzy, które spędziłam z Garosem i Morkiem. Choć nie mogę powiedzieć, aby w domu Cetery było mi źle. Było wspaniale, traktowała mnie ona jak córkę, a jej własne dzieci miały mnie za siostrę.
Czułam, że ta sielanka nie może trwać zbyt długo i nie myliłam się. Na mej drodze znowu pojawił się Vertram . Jak poprzednio przybył po mnie, i było właściwie jasne, że mnie zabiera. Cetera choć z łzami w oczach nie wypowiedziała słowa protestu. Ponownie wyruszyliśmy w drogę. Podróżowaliśmy nocą odpoczywając za dnia, dziwiło mnie to, lecz nie miałam odwagi zapytać. Trzeciej nocy byliśmy na miejscu, lecz ono wcale nie wzbudziło mego zachwytu, wręcz przeciwnie. Było to stare, zimne zamczysko, sprawiało wrażenie jakby nikt tam nie mieszkał od wieków i więcej nie miał zamieszkać.
Jednakże moje wrażenie było mylne, mieszkał tam Vertram wraz ze swym sługą, a od tego dnia zamieszkałam tam również i ja. Vertram nadal mroził mnie swym surowym spojrzeniem, lecz od czasu do czasu udawało mi się dostrzec na jego twarzy cień uśmiechu. Już pierwszego dnia sprawdził czego nauczyła mnie Cetera. Trudno mi powiedzieć czy był zadowolony czy nie, szczerze mówiąc przestało mnie to wtedy interesować. Teraz ja chciałam się czegoś dowiedzieć. Zanim zaczęłam wypowiadać pierwsze zdanie, powiedział, że jeszcze nie teraz, jeszcze za wcześnie, że w swoim czasie wszystkiego się dowiem. Nie wiem dlaczego go posłuchałam. Jego głos brzmiał tak łagodnie, że po prostu nie mogłam mu się sprzeciwić.
Vertram powiedział, że przyszła pora by teraz on mnie czegoś nauczył. Wstał i jakby urósł w moich oczach. Zrzucił płaszcz, wyprostował się a jego twarz pojaśniała. Przestał być tym przygarbionym mężczyzną o zimnych szarych oczach. Gdy wziął do ręki miecz, jego oczy pociemniały, sylwetka zmężniała – był rycerzem. Od tego dnia zaczął mnie uczyć walczyć. Na pytanie, po co mi to, odparł, że każdy musi umieć o siebie zadbać, musi umieć się obronić. W tym momencie w jego oczach dostrzegłam ból – jestem pewna, że przypomniał sobie o śmierci moich rodziców. Czułam, że ich znał. Nauka Vertrama była najgorszym co spotkało mnie w życiu. Był on surowym i wymagającym nauczycielem, był perfekcjonistą we wszystkim co robił. A gdy uczył mnie wymagał perfekcji ode mnie.
Byłam w jego zamku już trzeci rok, gdy pewnego dnia obudziły mnie dziwne odgłosy dochodzące z dziedzińca. Wyjrzawszy przez okno zobaczyłam Vertrama siedzącego na koniu i jego sługę próbującego go zatrzymać. Jednak mój opiekun odepchnął swego sługę i pomknął na koniu. To był ostatni raz gdy go widziałam. Zrozpaczony sługa, krzyczał za swym panem, że to nie ma sensu, że „oni” go zabiją. Jak oparzona wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam pomóc podnieść się staremu słudze. To on, pod moim naciskiem powiedział mi, kim tak naprawdę jest Vertram i jaki ma związek z moimi rodzicami.
Był on uczniem mego ojca, służył mu zawsze wiernie i pomagał, lecz ten jeden raz zawiódł. Zawiódł w ten najgorszy sposób, pozwolił mu umrzeć, nie potrafił go uratować, ani go ani mojej matki. Ten zamek jest domem mych rodziców, domem z którego musieli uciekać. Ale dlaczego uciekać i przed kim? Na te pytania, sługa nie chciał mi odpowiedzieć, widziałam w jego oczach strach. Wiedziałam, że muszę poznać odpowiedz… właśnie dlatego wyruszam w drogę, by odnaleźć Vertrama. Mam nadzieje, że odnajdę go wcześniej, niż on znajdzie tych, którzy pozbawili życia mych rodziców. Mam nadzieje, że znajdę go żywego.

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026