📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

BJorc - ork szaman
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 28 Nov 2005, 08:43
Imię : BJorc
Rasa : Ork
Płec : Mężczyzna
Profesja : Szaman
Wzrost : 224cm
Waga : 87kg
Wlosy : Szare
Oczy : Brązowe
Karnacja : Szaro-zielona




Życie – dla mnie jest niby lot kropli deszczu w dżungli – bezustanne spadanie z liścia na liść przerywane spokojnym pobytem na poszczególnych przystankach życia. Gdzie jest koniec? Czy znajdę zwoje miejsce w jeziorze podobnych mnie kropel, czy może wyparuję gdzieś po drodze? Czy wciąż spadam czy już dotarłem do celu? Kiedyś może będę w stanie odpowiedzieć....
Swoich rodziców nie znałem. Ojciec zginął w jakiejś bójce, matka zaś zmarła przy porodzie. Wychowałem się w otoczeniu wodza klanu wśród służby. Nie było to lekkie życie – wciąż rąbanie drewna, noszenie ciężkich rzeczy i inne wyczerpujące prace – jedyne wspomnienia z tej służby.
Pewnego dnia skierowano mnie do pracy u klanowego szamana u imieniu Udgar. Magia zawsze mnie fascynowała, więc ucieszyła mnie taka zmiana otoczenia. Udgar mieszkał nieopodal osady, która wydawała się być częścią potężnej góry Mintaq, która wyrastała tuż za nią. Pracowałem u niego parę dni zanim przyjął mnie na swojego ucznia. Zrobił to bardziej z potrzeby niż z chęci , ponieważ był już stary i potrzebował następcy. Oczywiście pracować musiałem tak samo jak dotychczas. Wszelkie moje oczekiwania dotyczące charakteru tej nauki prysły po paru dniach spędzonych nad zwojami, gdy uczyłem się czytać i pisać. Mój nauczyciel zaś studiował codziennie jakieś księgi oraz komunikował się z innymi szamanami za pomocą wron noszących wiadomości. Choć głowa mi pękała od tych wszystkich znaków, to z biegiem czasu czyniłem pewne postępy. Czasami, kiedy Udgar szedł do lasu starałem się przeczytać niektóre z Jego zwoi, lecz na ogół i tak nic nie rozumiałem.
Pewnej nocy usłyszałem straszny huk i ujrzałem przez okno wielkie błyskawice, ogień oraz potężne wybuchy – nie mogło być to dziełem natury. Kiedy przyjrzałem się lepiej zdołałem dostrzec palący się dom wodza oraz duża grupę wymalowanych na czerwono obcych orków.
Udgar miotał się w pośpiechu po wnętrzu domu. Usłyszałem w oddali trzepot skrzydeł, kiedy wrócił z dwiema miskami wypełnionymi dziwnym proszkiem. Mnie zaś kazał oderwać skórzany gobelin, który wisiał na ścianie. Okazało się, że za nim znajdowało się przejście w litej skale. Kazał mi uciekać z nim jak najdalej. Patrząc teraz na tego starego orka zrozumiałem, że on nie zamierza uciekać.
Kiedy już byłem w przejściu zobaczyłem jak wybuchają drzwi i do środka wszedł pomalowany na czarno ork z zawieszonymi na szyi naszyjnikami z kości oraz z długą laską, zakończoną czaszką, w ręce. Nagle napastnicy znieruchomieli, jakby czas się dla nich zatrzymał. Wtedy zobaczyłem mojego mistrza trzymającego miseczki w dłoniach. Wykrzyczał jakieś słowa i z misek wystrzeliły wielkie ognie obejmując całe jego ręce. Wyglądał jak wielka pochodnia w kurczącym się pokoju. Po chwili oślepiło mnie jasne światło i cały pokój się zawalił pozostawiając mnie samego w ciemnym, ślepym zaułku.
Długo błąkałem się w strasznych ciemnościach. Nie widziałem swego ciała, nie czułem już nic. O tym, że wciąż żyję przypomniał mi dopiero głód. Zjadałem chrząszcze, pająki – niemal wszystko co się poruszało. Czasami udało mi się złapać szczura podczas mojej wiecznej wędrówki w ciemnościach. Nie wiem ile czasu tam spędziłem: może tydzień, a może miesiąc. W pewnym momencie ciemność zmieniła się w szarość. Z początku nie wiedziałem co to oznacza, lecz nagle przez umysł przeleciała mi radosna myśl: światło!
Niestety nie do końca okazało się ono zbawieniem. Znalazłem się sam w dzikim lesie, głodny i zupełnie nie przygotowany na takie okoliczności. Długo szedłem przed siebie starając się zapomnieć o głodzie. Zupełnie nie wiedziałem, które rośliny można spożywać, a które są trujące. W końcu zasnąłem wycieńczony pod pniem jakiegoś wielkiego drzewa.
Kiedy się obudziłem zobaczyłem nad sobą wielkiego wilka, który wpatrywał się we mnie swymi jasnymi oczami. Za nim w słabym jeszcze świetle poranka zauważyłem kontur jakiejś postaci. Po krótkich, szczeciniastych włosach, pociągłej twarzy oraz kłach wyróżniających się spośród zębów rozpoznałem w nim trolla. Później dowiedziałem się, że korespondował on z moim nauczycielem za pomocą owych wron. Przebywał w pobliżu, więc zgodził się mną zaopiekować. Podążał on w kierunku tajemniczych wrót do innej, lepszej krainy, o której mówiono na północy. Zdecydowałem się do niego dołączyć, gdyż sam nie dałbym sobie rady, a poza tym nic mnie już na tych ziemiach nie trzymało.
Podróżowaliśmy dniami i nocami. Czasami zatrzymywaliśmy się tylko na nocleg lub gdy trzeba było zapolować. Nigdy nie pytałem gdzie są właściwie owe wrota, wystarczyła mi możliwość poznawania nowych miejsc, roślin, zwierząt. Uczyłem się od mojego nowego nauczyciela jak przetrwać w tym surowym świecie.
Piątego miesiąca podróży, kiedy przebywaliśmy niemal na wierzchołku góry, której nazwy nie znałem, mój mistrz oznajmił, że rozbijamy obóz. Przyjąłem to ze spokojną obojętnością – jak zawsze.
Po paru dniach postoju obudził mnie w nocy:
– Już czas – powiedział tylko. Na zewnątrz szalał wicher, kiedy wyszedłem na zewnątrz. W świetle księżyca ujrzałem ogromne czarne drzwi. Mój mistrz stał nieopodal i wymawiał jakieś słowa, lecz huk wiatru zagłuszył je wszystkie. Potem podszedł do mnie i rzekł:
– Tutaj nasze drogi się rozchodzą i od teraz każdy idzie swoją drogą. Nie próbuj iść za mną – i tak nie dasz rady mnie dogonić. Może się jeszcze spotkamy. Żegnaj.
– Żegnaj mistrzu – odpowiedziałem tylko. Umiałem już o siebie zadbać, więc wybrałem własną ścieżkę. Pozostawiłem wtedy wszystko za sobą by odnaleźć swą życiową drogę.
Minęły trzy dni odkąd przekroczyłem wrota. Oto stoję teraz wykończony na skraju pustkowia, a przede mną rozpościera się miasto. Mimo, że zostawiłem bramę do tej krainy za sobą to teraz stoję z moim bagażem doświadczeń na progu nowego świata. A co dalej, to się okaże...

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026