|
Post #1
02 Dec 2005, 16:01
Nie mogę wam wiele o sobie powiedzieć, chyba nikt nie jest w stanie... To co opisze, to kawałki wspomnień, a także część z opowieści Babci Gemm.
Urodziłam się, a właściwie znaleziono mnie (nie znam daty swego przyjścia na świat) lata temu. Któż wie ile zim upłynęło od tego zdarzenia? Nie liczę lat, miesięcy, dni które mijają. Natura nie ma czasu na liczenie się z wiekiem – żyjesz z nią, lub przeciwko niej, a wtedy jesteś usuwany, jak zbędne ogniwo łańcucha... Zacznę jeszcze raz: Babcia Gemm. Babcia Gemm była najważniejszą osoba w moim życiu. Znalazła mnie, kiedy jako nowonarodzony elf zostałam porzucona w lesie. Jakże musiała być zdziwiona, gdy mnie zobaczyła. Porzucony elf? Nie, nie było mowy o pomyłce, zmysły nigdy nie zwiodły Gemm. Nie zastanawiała się długo. Zabrała mnie do chaty i dopiero tam oddała uważnym oględzinom małej zguby. Kto wie, może gdyby zrobiła to wcześniej, nigdy nie znalazłabym się w jej domu... Ale nie czas teraz na pytania, już zbyt wiele ich krąży po mej głowie. Wróćmy do historii. Rozwinęła owczą skórę, w która byłam owinięta. Teraz, kiedy dobrze już poznałam ludzi, wiem, jakim szokiem musiało być to, co ujrzała. Przecież jako czarownica musiała doskonale zdawać sobie z tego sprawę... Skóra miała odcień leśnego poszycia, ale zbyt błyszczący, nawet jak na elfa. Zielone włosy i rażąco jasne oczy nie budziły zastrzeżeń, ale ten znak... Takie znamię (moje ulokowane jest na lewym biodrze) oznacza przekleństwo, drzemiącą głęboko siłę. Mali ludzie ze znakami, zostają odebrane rodzicom, z racji bezpieczeństwa, i oddane na wychowanie Magom. Lecz czy ktokolwiek widział elfa ze znamieniem? A przecież jestem elfem... Gemm nie była oczywiście moją babcią. Miała w opiece całą ludzką wioskę, a że zawsze była jakaś czarownica Gemm, tą wyróżnili owym przydomkiem. Możliwe też, że „Babcia” była wynikiem jej wspaniałego charakteru. Któż inny przyjąłby pod swój dach przeklęte dziecię elfów? Staruszka postawiła sobie za punkt honoru, by wychować mnie tak, jakbym była jej własnym dzieckiem, a także, by nauczyć mnie wszystkiego co sama wiedziała. elfy nie były prześladowane w wiosce, wystarczało, że pracowały na równi z ludźmi. Podejrzewam, iż żywiła nadzieje, że kiedyś to ja stanę się kolejną „Gemm”. Tak mogłoby się stać, jednak rzeczywistość okazała się inna. Już w kilka dni po moim pojawieniu się w chatce, Babcia zabierała mnie ze sobą wszędzie, czy do lasu, czy do wioski. Ludzie nie szczędzili pochwał, myślę, że rozumiecie, jeśli kiedykolwiek widzieliście to urocze stworzenie jakim jest mały elf. Gdy tylko potrafiłam już sama nadążyć za Gemm, zaczęła się moja właściwa edukacja. W krótkim czasie nauczyłam się rozpoznawać wykorzystywane przez nas rośliny, tropić zwierzynę, czy opatrywać rany. Mijały lata i nic się nie zmieniało, no może tylko czarownica przygarbiła się lekko, a ja dorównywałam wzrostem dziesięciolatkom z okolicy. Rzadziej chodziłyśmy do wioski i miałam więcej czasu na zabawę w pobliżu domu. Nigdy nie przepadałam za hałaśliwą dzieciarnią i mimo że one traktowały mnie na równi, ja dostrzegałam swą odrębność. Płynność ruchów, szybkość, bezgłośność kroków. Te szczegóły wydawały mi się wtedy bardzo ważne, toteż wolny czas spędzałam sama. W jeden z takich dni zdarzyło się coś, co później całkowicie zmieniło nasze życie. Zamknęłam oczy, leżąc na łące i chłonęłam zapach lata. Nagle coś miękkiego, puszystego otarło się o moją wyciągniętą rękę. Pomyślałam, jak bardzo chciałabym ją zanurzyć w tym ciepłym ciałku... i w tym momencie poczułam jak długie szpony przebijają cienką skórę, kły wyszczerzają się gotowe do zaciśnięcia, nozdrza łapią chciwie zapach posoki... Niewiele myśląc rzuciłam się w pogoń za umykającym królikiem, odkrywając zalety posiadania czterech łap i ogona. Wtedy wydawało mi się to naturalne, zupełnie, jakbym się z tym urodziła... Królik uciekł, ale niewiele mnie to obchodziło. Dotarło do mnie co się dziej. Biegłam przed siebie, aż dotarłam nad jezioro. Jakież było moje przerażenie gdy ujrzałam czym jestem! Niezmienione oczy patrzyły z przerażeniem w wodne lustro, które nie oszczędziło mi widoku nowej postaci. Zakończone ostrymi pazurami dwie pary łap, spiczaste uszy, paszcza pełna długich, ostrych jak igły kłów, srebrno-niebieskie futro pokrywające całe ciało... i ten ogon! Dopiero teraz, kocimi zmysłami zaczęłam odbierać świat. Bogactwo nowych dźwięków i zapachów poraziło mnie. Otępiała trafiłam na ścieżkę wiodącą do naszej chaty, biegłam bez przerwy. Chwytając za skobel, zauważyłam, że znów jestem elfem. Naga, rzuciłam się pod skóry służące nam za posłanie. Babci jeszcze nie było, co odczytałam za błogosławieństwo. Nie chciałam jej o tym opowiadać, nie wiedziałam nawet, czy to nie był mój wymysł. Wcześniej nie raz dawałam się ponieść fantazji. Taka zamiana miała miejsce jeszcze kilka razy, na wskutek strachu, gniewu, czy po prostu... głodu. Koci instynkt podpowiadał polowanie! Nie powiedziałam jednak Babci, wszystko i tak wkrótce wyszło na jaw. Musiał być koniec jesieni, jestem tego niemalże pewna. Czekałam w domu i rozcierałam zioła. Było już po zmroku, więc Gemm swoim starym zwyczajem siedziała na schodkach i puszczała dymowe koła z rzeźbionej fajki. Nasz spokój przerwał tętent kopyt. Jeźdźców nie mogło być mniej niż 3, słyszałam to wyraźnie. Zbliżyli się do chaty, ale że drzwi były zamknięte słyszałam tylko część rozmowy: - Witaj Panie. – Pierwsza odezwała się Gemm. - Słyszałem, że mieszka u ciebie elf, starucho, niepodobna to, by w ludzkiej chacie mieszkał elf! – Mężczyzna miał ostry, nieprzyjemny głos, nie zamierzał zajmować sobie głowy uprzejmością. - Nie wiem kto ci o tym doniósł, mój Panie, ale wprowadził cię w błąd. – Z tonu Babci można było wyczytać tylko szczerość. - Dobrze więc, pozwolisz, że sam sprawdzę. - Panie, naprawdę nie uważam tego... - Milcz głupia! Głuchy stukot świadczył, że nieznajomy w brutalny sposób usunął Babcię ze swej drogi. Wtargnął do chaty, miotając wnętrze spojrzeniem, zdolnym zamrozić każdego przeciwnika. Zdziwiłam się widząc rosłego elfa. On nie znalazł jednak nic, oprócz kociaka zwiniętego w rogu, przed paleniskiem. Przeklął pod nosem i zatrzasnął z mocą drzwi. - Jeśli to jakaś twoja sztuczka, kobieto, dowiem się o tym! – Rzucił na odchodnym. - A ty chyba masz mi wiele do powiedzenia, moja panno. – Z naciskiem powiedziała Babcia Gemm, kiedy jeźdźcy już odjechali, a ja powróciłam do zwykłej postaci. – Musimy coś z tym zrobić, – mruknęła właściwie do siebie – trzeba nauczyć cię panować nad przemianą. Pamiętaj, ze nie możesz używać jej ciągle, gdyż możesz zapomnieć kim naprawdę jesteś. Poprzednia Gemma zmieniła się w sowę. – Mrugnęła do mnie przyjaźnie. Tak więc kolejne miesiące stały się czasem wzmożonej nauki. Po skończonej pracy, ćwiczyłam przemianę, pod czujnym okiem Babci. Opanowanie tej sztuki do perfekcji zajęło mi nieomal dwa lata. Pod koniec 14 roku pobytu u czarownicy, wiedziałam już wszystko, co mogła mi przekazać. Każde zioło w lesie, składnik leczniczej mikstury, nie miały dla mnie sekretów. Kociej postaci używałam rzadko, zazwyczaj kiedy potrzebne nam było uzupełnienie zapasów mięsa. Nie trudno jednak było zauważyć, że jestem kilkakrotnie większa od innych kotów, Gemm mówiła, że tak wyglądają leśne pumy. W dniu, gdy wracałam z jednego z polowań, już w odległości dwóch mil od chaty, poczułam zapach spalenizny. Biegłam co sił, kierowana złym przeczuciem. To co zastałam było spełnieniem najgorszych koszmarów. Królik, którego trzymałam jeszcze przed chwilą w zębach, opadł bezwładnie na trawę. Miałam przed sobą zgliszcza chaty w której mieszkałam. Nigdzie nie zauważyłam mojej opiekunki, ale zapachu spalonego ciała nie dało się pomylić. Odwróciłam się, prawie tracąc przytomność i pobiegłam na wprost, przed siebie, nie zważając na nikogo ani na nic. Zwierzęta które pojawiły się na mojej drodze mordowałam w szale, powoli popadając w obłęd. Biegłam wciąż na oślep, łapiąc minuty snu. Nie wiem ile to trwało. Dni? Miesiące? W końcu dotarłam do zimowej krainy. Moje futro było za cienkie, straciłam też wolę walki. Głodowałam tam tygodniami, łapiąc czasami jakiś kawałek padliny który jeszcze nie zamarzł. Byłam na skraju wyczerpania, brnęłam dalej, resztkami sił kierując się na zachód, gdzie było cieplej. Gdy myślałam, że to już koniec, a właściwie czułam, bo myślenie dawno przestało być w mej mocy (trwałam w postaci kota, niezmiennie od opuszczenia domu), zobaczyłam ogień. Normalnie za nic w świecie bym tam nie podeszła, ale powietrze przesycał zapach pieczeni z ogniska. Niewiele uważając rzuciłam się w tamtym kierunku. Zerwałam pieczeń z patyka, zatapiając zęby w tłustym, jeszcze niedopieczonym mięsie. Napełniwszy żołądek zasnęłam wycieńczona. Byłam pierwszy raz od wielu tygodni najedzona, rozkoszne ciepło rozlewało się po całym ciele. Jak można się domyśleć moje wycieńczone ciało źle zniosło taką nagłą zmianę. Następne dni okazały się koszmarem. Na zmianę to budziłam się, to znów traciłam przytomność. Z bólu nie wiedziałam co dzieje się dookoła. Za każdym razem jednak, gdy odzyskiwałam jasność myśli czekał na mnie posiłek i świeża woda. Nie wyszłabym z tej historii cało, gdyby nie mój opiekun. Lecz gdy tylko odzyskałam w pełni świadomość i zobaczyłam go pochylającego się nad moimi pozdzieranymi łapami, wstałam i pognałam w zarośla. Ukrywałam się przez dwa dni, jednak wciąż byłam za słaba i w końcu instynkt przetrwania zmusił mnie do powrotu. W nocy, kiedy ognisko już dogasało, wsunęłam się do malutkiego obozowiska i ponownie ukradłam wbite na patyk mięso. Zjadłam i znalazłam odrobinę czasu by przypatrzeć się śpiącemu mężczyźnie. Był elfem, to nie ulegało wątpliwości, wyjątkowo przystojnym nawet jak na przedstawiciela tej szlachetnej rasy. Nie chcę podawać tu jego opisu, musi wystarczyć wam ta wiadomość. Pojawiałam się co noc, a posiłek zawsze na mnie czekał. Nie ulegało wątpliwości, że nieznajomy doskonale wiedział o mojej obecności i w ten sposób kontynuował opiekę, ale w kociej postaci było mi to zupełnie obojętne. Najedzony zwierz, to szczęśliwy zwierz. Co noc stawałam się trochę śmielsza. Zostawałam dłużej przy palenisku, raz nawet zasnęłam przy nim. Gdzieś tam w głębi, zaczęła o sobie przypominać moja elfia natura, konstruując wnioski i myśli. Z moich obserwacji dowiedziałam się, że wysoki elf, z pewnością jest myśliwym, czym zajmował się przez większą część dnia. W końcu odważyłam się ujawnić swą obecność, i podchodziłam w zasięg jego wzroku, także za dnia, pilnując jednak, by nie przekroczyć bezpiecznej odległości. Wtedy to usłyszałam jak nuci jakąś pieśń i powróciły wspomnienia chaty i Babci Gemm. Zrozumiałam, że nie poluje na zwierzęta, ale leczy te które przetrwały ciężką zimę i chowa te które nie miały tyle szczęścia. Czasami w zaroślach mignęła mi sylwetka innego dużego kota, ale nie odbierałam sygnałów niechęci. Czułam, że zwierzęta akceptują jego tu obecność, że jest częścią lasu tak jak i one. Nie pozostało mi nic innego, jak mu zaufać. Teraz to ja włóczyłam się za nim, dalej zachowując dystans, jednak ten stopniowo malał. W końcu chodziliśmy ramię w ramię, on mówił do mnie w języku elfów, który w jakiś naturalny sposób rozumiałam. Był cierpliwy i łagodny. Dzień po dniu oswajał mnie, tak jak oswaja się każde dzikie zwierzę. Pewnego dnia omal nie skończyło się to tragicznie, gdy na mych oczach dokonał przemiany w owego pięknego, srebrnego tygrysa, jakiego czasami widywałam w gęstwinie. Widocznie pomylił się co do stanu mojego umysłu, który był jeszcze nazbyt koci. Zaatakowałam go z pełną siła, a musicie wiedzieć, że byłam w lepszej formie niż kiedykolwiek wcześniej. Mój napad musiał go zaskoczyć, lecz zareagował prawie natychmiast. Me ciało oplotły grube korzenie, a ja poczułam, że tracę świadomość... Obudziłam się dwa dni później, leżąc pod ciężkimi skórami w tak dawno nie używanej postaci elfa. Otworzyłam oczy szeroko, zamrugałam kilkakrotnie... obrazy poczęły napływać z wielką mocą, mieszając się ze sobą. Dopiero teraz, po upływie tylu lat moje wspomnienia są jasne i uporządkowane. Wtedy było zupełnie inaczej. - Kim jesteś, moja piękna? – Zobaczyłam, że mężczyzna siedzi naprzeciwko, pytanie skierowane było bez wątpienia do mnie. - Ja... nie wiem... – Wyszeptałam, zlękniona, nie wiedząc co myśleć i robić. Patrzyła na mnie w zamyśleniu, skierował wzrok na biodro, z którego zsunęło się przykrycie. Popatrzyłam w to samo miejsce i zaraz zrozumiałam czemu się tak przygląda. Okryłam się szczelnie i czekałam na pytanie które wisiało w powietrzu. - Czy wiesz co oznacza ten znak? – Spytał mnie, w jego głosie dosłyszałam tylko nutę zdziwienia. W odpowiedzi pokręciłam głową. Nikt wcześniej nie potrafił mi tego wyjaśnić. - „Pantera”. Znaczy w dosłownym tłumaczeniu Pantera. Lub też pani cieni... hmm... jak to możliwe? Przecież jesteś elfem, nie ma mowy o wymieszaniu krwi... Wyglądał na głęboko przejętego tym faktem, a ja nie wiedziałam jak mam na to zareagować. W końcu to on pierwszy przerwał milczenie. - Wybacz, straciłem głowę. Jak masz na imię? Mnie zwą Płomień, jestem druidem. - Shadowlady. – Odparłam i uśmiechnęłam się blado. Nie pamiętałam jak wołali na mnie w wiosce, ale skoro mam być „panią cieni”, to nią zostanę! Wędrowaliśmy razem przez długie lata. Nigdy nie udało nam się odkryć tajemnicy mej przemiany, ale za to nauczyłam się życia druida i zdolności jego dziedziny. W końcu jednak musieliśmy się rozstać, abym mogła przybyć do elfiej stolicy i tu zostać przyjęta do Zgromadzenia Druidów. Nie mam wątpliwości, że kiedyś jeszcze się spotkamy... Imię: Shadowlady Rasa: Nocny Elf Klasa: Druid Kolor oczu: Jasnozielony Kolor włosów: Zielone Kolor skóry: Jasna, błyszcząca Znaki szczególne: Znamię „Pantera” na lewym biodrze. [/b] |
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |