📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

[Księga poranka]
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 03 Dec 2005, 16:25
[center:3bc4254bfa]Rozdział pierwszy:
Kuźnia
30 flamerula, Rok Dzikiej Magii (1372 RD)[/center:3bc4254bfa]
Kolejne uderzenie młota o kawałek metalu przeszyło ciszę nocy, kolejna iskra lecąca z dogasającego już paleniska rozświetliła mrok pomieszczenia, rozpoczynając kolejny dzień jednego z wielu kowali w Waterdeep. Miasto właśnie budziło się ze snu, gdy Olaff Steelhammer kończył wykuwanie odświętnej zbroi na zamówienie jednego z Lordów Miasta Cudów. Wytarł brudne ręce o długą czarną brodę, podrapał się po swoim płaskim nosie i w pełni podziwu spojrzał na efekt swojej pracy. Tak, był z siebie dumny. Było to jego najważniejsze zlecenie w życiu, a on ciężko pracował, by zdążyć z robotą. W prawdzie zamówienie zostało złożone już pół roku temu, ale on miał ostatnio strasznie dużo zajęć i zaczął pracę dopiero w zeszłym tygodniu, teraz jednak mógł mieć spokój, wszystko było już gotowe.
Pianie koguta wyrwało go z zamyśleń i wtedy zauważył, że spędził nad kowadłem całą noc. Lekko zdziwiony podszedł do wiadra z wodą i przetarł swoje zamglone, podkrążone, czarne jak węgiel oczy, w których brakowało tego codziennego błysku… Olaff był bardzo śpiący. Marząc o miękkim łóżku, poszedł do swojego pokoju, gdzie w swym brudnym od sadzy ubraniu legł na równie brudną pościel.
Ogarnął go bardzo miły sen… Olaf siedział w tawernie popijając kolejny kufel piwa. Otoczony był wiwatującymi kelnerkami, a właściciel tawerny niósł w jego stronę pozłacaną statuetkę w jego ulubionym kształcie. Kształcie kufla. Wygrał Turniej Piwosza…
- TURNIEJ PIWOSZA!!! - wykrzyknął nagle wyrwany ze snu krasnolud. - Zapomniałem!
Zerwał się z łóżka i wyjrzał przez małe okienko
w pokoju. Słońce, które jeszcze chwilę temu majaczyło po jego prawej ręce, ponad warsztatem kołodziejskim Friedricha, obecnie znajdowało się już po drugiej stronie miasta, gdzie powoli niknęło za domem krawcowej Arwelli. Pośpiesznie pobiegł do prywatnej łaźni, jak nazywał komnatę z wielką drewnianą beczułką wypełnioną wodą, w której zwykł się kąpać. Dziś musiał być czysty i świeży. Chciał wygrać turniej
i z godnością odebrać nagrodę.
Ubierając się w odświętne ciuchy, jeżeli można tak nazwać przeszywaną pozłacanymi nićmi, lekko podartą na ramieniu zbroję skórzaną, spodnie z brunatnej wełny i gruby, krasnoludzki pas z metalowymi ćwiekami, rozmyślał
o najbliższych dniach. Zbliżało się święto Śródlecia, czas, w którym noc jest najkrótsza, a w całym mieście odbywają się różnego rodzaju festyny i uroczystości. Dzień Śródlecia to czas, gdy tradycyjnie zostaje przedłużona władza Lordów w Waterdeep. To właśnie na tę okazję Olaff wykłuwał zbroję, która kosztowała go tyle wysiłku. Na szczęście zbliżające się dni niosły ze sobą także miłe dla niego rzeczy. Dziś, w wigilię Dnia Śródlecia, w tawernie „Pod naprutą syreną” miał odbyć się coroczny Turniej Piwosza, który Olaff miał zamiar wygrać. Jutro zaś w „Balladzie Blasku” - tawernie trochę lepszej klasy odbędzie się konkurs bardów, którzy zjadą się z całego wybrzeża, by wspólnie dzielić się opowieściami, oraz by wybrać tegorocznego laureata - króla pieśni. Olaf kochał muzykę, kochał opowieści, przy których mógł oderwać się od swego szarego życia. Często myślał o przygodach, które czekają na niego w szerokim świecie. Już nawet kilka razy spakowany do drogi, brał swego kuca z zamiarem wyruszenia w drogę, ale za każdym razem przy bramie miasta rozmyślał się i wracał do swojej kuźni, gdzie mógł robić to, co kochał: kuć, pić i śpiewać. Z tego powodu zyskał sobie w bliskim otoczeniu przydomek „skrzeczącego pijaczyny”. Jednak on się tym nie przejmował, a reakcje ludzi tym bardziej skłaniały go do drogi.
Z rozmyślań wyrwał go głos jego czeladnika, zaledwie 20-letniego niziołka, który pracował u niego 2 miesiące sprzątając kuźnię, szykując pracodawcy jedzenie i ucząc się podstaw kowalstwa. Tym ostatnim jednak prawie w ogóle się nie interesował.
- Posłaniec od Lorda przyszedł po zbroję, sir. Co mu powiedzieć? - zapytał niziołek.
- Bran, powiedz, że zbroja już gotowa i żeby chwilę poczekał. - na te słowa niziołek odwrócił się z zamiarem odejścia - Czekaj! Od kiedy cię zatrudniłem z kuźni znikają narzędzia, a ze spiżarni jedzenie. Wiesz coś o tym?
- Nie, sir, ależ skąd? Jak może mnie pan o coś takiego podejrzewać?
- Posłuchaj, Bran, twoja matka prosiła mnie, abym cię wyszkolił i bardzo zależy mi abym spełnił tę prośbę, ale jeśli to jeszcze raz się powtórzy, to możesz pożegnać się z robotą. Rozumiesz, chłopcze?
- Tak sir, rozumiem, ale naprawdę, to nie…
- Żadnych ale! Posłaniec czeka na zbroję, idź mu… ee… zrobić kawy, tak, kawy, a potem zaprowadź do kuźni, niech sobie weźmie ten pancerz i niech się stąd wynosi. Po zapłatę zgłoszę się dziś wieczorem.
- Tak jest, sir.
Olaff wiedział, że chłopak nie przyszedł tu by uczyć się kowalstwa, kiedy już pierwszego dnia pracy przyłapał go na kradzieży młotka. Od tamtej pory chłopak kradł różne rzeczy, a Olaff już wiele razy mógł go zaprowadzić przed sąd, jednak nie zrobił tego. Lubił chłopaka i miał zamiar oduczyć go tego paskudnego zajęcia. Mogło jednak być to trudne, bo Bran, jak przypuszczał, zdawał właśnie jakiś generalny test do gildii złodziei. Musiał nauczyć się zlewać z cieniami, opanować podstawy walki, a przede wszystkim wprawić się w kradzieży. Olaff słyszał na ten temat wiele plotek. Zwłaszcza o niejakiej Rose, która zupełnie przypadkiem była matką Brana. Olaff nie chciał robić nic na siłę i pozwalał Branowi wybierać. Ah… jak on lubił tego chłopaka.
Narzucił na siebie swój czarny płaszcz, włożył za pas stary, posrebrzany topór, który dostał w prezencie na swoje 40 urodziny, w dzień, w którym osiągną status dojrzałego krasnoluda. Bardzo kochał swojego ojca. Teraz tylko ten topór pozostał mu z jego dawnego dziedzictwa.
Rozmyślając o swojej smutnej przeszłości, włożył swoje stare skórkowe buty i ruszył w stronę położonej po drugiej stronie miasta tawerny.

* * *

Było już ciemno, gdy Olaff szedł przez miasto w stronę „Naprutej syreny”, by wedle swego planu wygrać Turniej Piwosza. W sakiewce zaś brzęczało 750 błyszczących, zupełnie nowych złotych monet, które krasnolud przed chwilą odebrał od nowego właściciela zbroi.
Jego kuźnia znajdowała się we wschodniej części Waterdeep, więc aby dojść do marynarskiej nadbrzeżnej tawerny, musiał pokonać całe Miasto Cudów.
Idąc przez Dzielnicę Handlową, w której to mieszkał i pracował, mijał wiele zakładów począwszy od szewskich, poprzez krawieckie aż do płatnerskich. Z tą dzielnicą związane były jego pierwsze wspomnienia z Waterdeep. Trafił tu w wieku 41 lat po długiej tułaczce. W mieście, które było zbiorowiskiem wielu ras, począwszy od silnych, aczkolwiek mało inteligentnych półorków, aż po szczupłych, wyrafinowanych elfów, Olaff wreszcie znalazł schronienie. Mieszkał tu już 20 lat, a wciąż nie mógł przyzwyczaić się do miejskiego gwaru. W jego ojczyźnie, w jaskiniach gór Grzbietu Świata, mimo iż żyło ponad 1000 krasnoludów, zawsze panowała śmiertelna cisza. Tylko w najgłębszych, najtrudniej dostępnych tunelach, wciąż pracowały kotły, a ciężkie powietrze niosło ze sobą odległe, milknące dźwięki krasnoludzkich młotów. Dźwięki, które wiele razy kosztowały jego ród setki istnień. Za czasów, kiedy Olaff żył jeszcze wraz ze swym narodem, jego dom cztery razy najeżdżały plemiona goblinów i orków. Cztery razy zło zostało odparte, jednak podczas jednej z podziemnych bitew zginęła dowódczyni krasnoludzkich oddziałów - jego matka. Olaff miał wtedy dopiero 15 lat, więc był za młody żeby walczyć pod rozkazami matki. Gobliny zdobyły część jaskiń, w których znajdowała się jego szkoła, a Olaff został sprowadzony razem z innymi dziećmi do głębokich tuneli, gdzie znajdowały się kuźnie oraz kopalnie złóż mithrilu - metalu, który skłonił obcych do ataku. Olaff był tam wtedy pierwszy i ostatni raz, gdyż tylko dojrzałe krasnoludy miały tam prawo wstępu, a on w dzień swych 40 urodzin musiał opuścić ojczyznę…
Nagle coś wyrwało go z rozmyślań. Z prawej strony ulicy w jednym z zaułków ujrzał poruszający się cień, który od razu znikł, jakby wyczuwając niebezpieczeństwo ze strony krasnoluda. Inny przechodzień uznałby to za przywidzenie i poszedłby dalej, Olaff jednak do takowych nie należał. Zamrugał kilka razy by przestawić swe oczy w strefę infrawizji i natychmiast wychwycił cieplejszy fragment ściany, w którym to miejscu schował się ów cień. Fragment ten był zbyt mały jak na człowieka, zbyt szczupły jak na krasnoluda.
- Bran? - szepnął do siebie zdziwiony Olaff - Tak, bez wątpienia Bran. Ten chłopak przyprawi mnie kiedyś o zawał.
Nie zwalniając kroku uśmiechnięty krasnolud ruszył dalej. Nie chciał dać po sobie poznać, że zauważył początkującego złodzieja. Może nie pochwalał zachowania niziołka, ale musiał przyznać: chłopak był naprawdę dobry. Zachichotał pod nosem, gdy wyobraził sobie minę Brana, gdy jutro zapyta go, gdzie się wczoraj wybierał. Oczywiście
o wyjściu dowie się od krawca, który urzęduje obok jego kuźni, a mama niziołka poskarży się, że chłopak znowu nie wrócił do domu na noc. To będzie piękne.
Olaff minął wieżę Khelbena „Czarnokija” Arunsuna - jednego z najpotężniejszych magów całego Fearunu, co oznaczało, że przebył już grubo ponad połowę drogi, a cień wciąż podążał za nim. Złośliwy krasnolud nagle odwrócił się w stronę wznoszącej się nad miastem czarnej wieży, a przestraszony niziołek wskoczył do stojącego obok niego wielkiego pojemnika na śmieci. Olaff zaśmiał się cicho pod nosem i zaczął „podziwiać” wspaniałą wieżę. Miała kształt zwężającego się w górę walca. Jej gładkiej powierzchni nie zaśmiecały żadne drzwi i okna, na które najprawdopodobniej rzucono zaklęcie, które sprawiało, że z zewnątrz był zupełnie niewidoczne. Wieży nie zdobiły żadne runy, ani glify, nie było żadnych ozdób. Intruzów nie odstraszały żadne gargulce, posągi, ani nawet napisy, jednak każdy, kto przechodził obok, czuł w powietrzu groźbę śmierci. Nie wiadomo, czy był to efekt zaklęcia, czy po prostu sławy, która krążyła wokół maga.
Kątem oka zauważył małą głowę wychylającą się z śmietnika. Niziołek machał wokół siebie rękami jakby odganiał muchy, lub próbował dostarczyć sobie trochę powietrza. To zachowanie wzbudziło w krasnoludzie trochę litości i skłoniło go do pójścia dalej, prosto do tawerny, gdzie miał wygrać Turniej Piwosza.
Budynek tawerny leżał nad samym morzem, w najgorszej dzielnicy miasta. Tu mieściła się siedziba gildii złodziei, wszelkie obskurne gospody i tawerny, w których marynarze topili swe smutki w litrach cormyrańskiej brandy
i krasnoludzkiego piwa sprowadzanego z samej Doliny Lodowego Wichru. Dzielnica portowa była siedzibą największych bandytów i rzezimieszków w mieście. Strażników miejskich było tu jak na lekarstwo, a jak się któryś zjawił, co robił tylko gdy musiał, przemykał z cienia w cień w obawie o własne życie.
Budynek, do którego podążał Olaff, wciąż śledzony przez młodego niziołka, był dwupiętrowy, zbudowany
z drewna. Okna były brudne, jakby nie myte od początków ich istnienia. Zamiast drzwi gruba brunatna zasłona oddzielała gwar towarzystwa od reszty świata. Drzwi pewnie były
w zakładzie jakiegoś stolarza zamieszkałego w Dzielnicy Handlowej, który został wynajęty by naprawić je po ostatniej rozróbie. Mimo, że takie tawerniane walki zdarzały się dość często, szynkarze nie robili nic by im przeciwdziałać. Chociaż naprawy kosztowały ich trochę grosza, tacy awanturnicy przysparzali rzesze klientów, którzy podziwiając walki pili na umór. Koszty naprawy zwracały się, a tawerny jeszcze na tym zyskiwały.
Z drzwi „Naprutej Syreny” śmierdziało rybami, dymem, ale przede wszystkim alkoholem. Widać było, że wielu uczestników Turnieju postanowiło rozgrzać się przed faktyczną walką.
Krasnolud zaśmiał się z cicha pod nosem, położył rękę na swoim toporze, co zawsze dodawało mu otuchy, i przekroczył drzwi tawerny…

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026