📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

[Księga poranka]
« Wróć do forum  •  3 post(ów) w temacie
Post #1 03 Dec 2005, 16:26
[center:5f8db8ed48]Rozdział pierwszy:
Kuźnia
30 flamerula, Rok Dzikiej Magii (1372 RD)[/center:5f8db8ed48]
Kolejne uderzenie młota o kawałek metalu przeszyło ciszę nocy, kolejna iskra lecąca z dogasającego już paleniska rozświetliła mrok pomieszczenia, rozpoczynając kolejny dzień jednego z wielu kowali w Waterdeep. Miasto właśnie budziło się ze snu, gdy Olaff Steelhammer kończył wykuwanie odświętnej zbroi na zamówienie jednego z Lordów Miasta Cudów. Wytarł brudne ręce o długą czarną brodę, podrapał się po swoim płaskim nosie i w pełni podziwu spojrzał na efekt swojej pracy. Tak, był z siebie dumny. Było to jego najważniejsze zlecenie w życiu, a on ciężko pracował, by zdążyć z robotą. W prawdzie zamówienie zostało złożone już pół roku temu, ale on miał ostatnio strasznie dużo zajęć i zaczął pracę dopiero w zeszłym tygodniu, teraz jednak mógł mieć spokój, wszystko było już gotowe.
Pianie koguta wyrwało go z zamyśleń i wtedy zauważył, że spędził nad kowadłem całą noc. Lekko zdziwiony podszedł do wiadra z wodą i przetarł swoje zamglone, podkrążone, czarne jak węgiel oczy, w których brakowało tego codziennego błysku… Olaff był bardzo śpiący. Marząc o miękkim łóżku, poszedł do swojego pokoju, gdzie w swym brudnym od sadzy ubraniu legł na równie brudną pościel.
Ogarnął go bardzo miły sen… Olaf siedział w tawernie popijając kolejny kufel piwa. Otoczony był wiwatującymi kelnerkami, a właściciel tawerny niósł w jego stronę pozłacaną statuetkę w jego ulubionym kształcie. Kształcie kufla. Wygrał Turniej Piwosza…
- TURNIEJ PIWOSZA!!! - wykrzyknął nagle wyrwany ze snu krasnolud. - Zapomniałem!
Zerwał się z łóżka i wyjrzał przez małe okienko
w pokoju. Słońce, które jeszcze chwilę temu majaczyło po jego prawej ręce, ponad warsztatem kołodziejskim Friedricha, obecnie znajdowało się już po drugiej stronie miasta, gdzie powoli niknęło za domem krawcowej Arwelli. Pośpiesznie pobiegł do prywatnej łaźni, jak nazywał komnatę z wielką drewnianą beczułką wypełnioną wodą, w której zwykł się kąpać. Dziś musiał być czysty i świeży. Chciał wygrać turniej
i z godnością odebrać nagrodę.
Ubierając się w odświętne ciuchy, jeżeli można tak nazwać przeszywaną pozłacanymi nićmi, lekko podartą na ramieniu zbroję skórzaną, spodnie z brunatnej wełny i gruby, krasnoludzki pas z metalowymi ćwiekami, rozmyślał
o najbliższych dniach. Zbliżało się święto Śródlecia, czas, w którym noc jest najkrótsza, a w całym mieście odbywają się różnego rodzaju festyny i uroczystości. Dzień Śródlecia to czas, gdy tradycyjnie zostaje przedłużona władza Lordów w Waterdeep. To właśnie na tę okazję Olaff wykłuwał zbroję, która kosztowała go tyle wysiłku. Na szczęście zbliżające się dni niosły ze sobą także miłe dla niego rzeczy. Dziś, w wigilię Dnia Śródlecia, w tawernie „Pod naprutą syreną” miał odbyć się coroczny Turniej Piwosza, który Olaff miał zamiar wygrać. Jutro zaś w „Balladzie Blasku” - tawernie trochę lepszej klasy odbędzie się konkurs bardów, którzy zjadą się z całego wybrzeża, by wspólnie dzielić się opowieściami, oraz by wybrać tegorocznego laureata - króla pieśni. Olaf kochał muzykę, kochał opowieści, przy których mógł oderwać się od swego szarego życia. Często myślał o przygodach, które czekają na niego w szerokim świecie. Już nawet kilka razy spakowany do drogi, brał swego kuca z zamiarem wyruszenia w drogę, ale za każdym razem przy bramie miasta rozmyślał się i wracał do swojej kuźni, gdzie mógł robić to, co kochał: kuć, pić i śpiewać. Z tego powodu zyskał sobie w bliskim otoczeniu przydomek „skrzeczącego pijaczyny”. Jednak on się tym nie przejmował, a reakcje ludzi tym bardziej skłaniały go do drogi.
Z rozmyślań wyrwał go głos jego czeladnika, zaledwie 20-letniego niziołka, który pracował u niego 2 miesiące sprzątając kuźnię, szykując pracodawcy jedzenie i ucząc się podstaw kowalstwa. Tym ostatnim jednak prawie w ogóle się nie interesował.
- Posłaniec od Lorda przyszedł po zbroję, sir. Co mu powiedzieć? - zapytał niziołek.
- Bran, powiedz, że zbroja już gotowa i żeby chwilę poczekał. - na te słowa niziołek odwrócił się z zamiarem odejścia - Czekaj! Od kiedy cię zatrudniłem z kuźni znikają narzędzia, a ze spiżarni jedzenie. Wiesz coś o tym?
- Nie, sir, ależ skąd? Jak może mnie pan o coś takiego podejrzewać?
- Posłuchaj, Bran, twoja matka prosiła mnie, abym cię wyszkolił i bardzo zależy mi abym spełnił tę prośbę, ale jeśli to jeszcze raz się powtórzy, to możesz pożegnać się z robotą. Rozumiesz, chłopcze?
- Tak sir, rozumiem, ale naprawdę, to nie…
- Żadnych ale! Posłaniec czeka na zbroję, idź mu… ee… zrobić kawy, tak, kawy, a potem zaprowadź do kuźni, niech sobie weźmie ten pancerz i niech się stąd wynosi. Po zapłatę zgłoszę się dziś wieczorem.
- Tak jest, sir.
Olaff wiedział, że chłopak nie przyszedł tu by uczyć się kowalstwa, kiedy już pierwszego dnia pracy przyłapał go na kradzieży młotka. Od tamtej pory chłopak kradł różne rzeczy, a Olaff już wiele razy mógł go zaprowadzić przed sąd, jednak nie zrobił tego. Lubił chłopaka i miał zamiar oduczyć go tego paskudnego zajęcia. Mogło jednak być to trudne, bo Bran, jak przypuszczał, zdawał właśnie jakiś generalny test do gildii złodziei. Musiał nauczyć się zlewać z cieniami, opanować podstawy walki, a przede wszystkim wprawić się w kradzieży. Olaff słyszał na ten temat wiele plotek. Zwłaszcza o niejakiej Rose, która zupełnie przypadkiem była matką Brana. Olaff nie chciał robić nic na siłę i pozwalał Branowi wybierać. Ah… jak on lubił tego chłopaka.
Narzucił na siebie swój czarny płaszcz, włożył za pas stary, posrebrzany topór, który dostał w prezencie na swoje 40 urodziny, w dzień, w którym osiągną status dojrzałego krasnoluda. Bardzo kochał swojego ojca. Teraz tylko ten topór pozostał mu z jego dawnego dziedzictwa.
Rozmyślając o swojej smutnej przeszłości, włożył swoje stare skórkowe buty i ruszył w stronę położonej po drugiej stronie miasta tawerny.

* * *

Było już ciemno, gdy Olaff szedł przez miasto w stronę „Naprutej syreny”, by wedle swego planu wygrać Turniej Piwosza. W sakiewce zaś brzęczało 750 błyszczących, zupełnie nowych złotych monet, które krasnolud przed chwilą odebrał od nowego właściciela zbroi.
Jego kuźnia znajdowała się we wschodniej części Waterdeep, więc aby dojść do marynarskiej nadbrzeżnej tawerny, musiał pokonać całe Miasto Cudów.
Idąc przez Dzielnicę Handlową, w której to mieszkał i pracował, mijał wiele zakładów począwszy od szewskich, poprzez krawieckie aż do płatnerskich. Z tą dzielnicą związane były jego pierwsze wspomnienia z Waterdeep. Trafił tu w wieku 41 lat po długiej tułaczce. W mieście, które było zbiorowiskiem wielu ras, począwszy od silnych, aczkolwiek mało inteligentnych półorków, aż po szczupłych, wyrafinowanych elfów, Olaff wreszcie znalazł schronienie. Mieszkał tu już 20 lat, a wciąż nie mógł przyzwyczaić się do miejskiego gwaru. W jego ojczyźnie, w jaskiniach gór Grzbietu Świata, mimo iż żyło ponad 1000 krasnoludów, zawsze panowała śmiertelna cisza. Tylko w najgłębszych, najtrudniej dostępnych tunelach, wciąż pracowały kotły, a ciężkie powietrze niosło ze sobą odległe, milknące dźwięki krasnoludzkich młotów. Dźwięki, które wiele razy kosztowały jego ród setki istnień. Za czasów, kiedy Olaff żył jeszcze wraz ze swym narodem, jego dom cztery razy najeżdżały plemiona goblinów i orków. Cztery razy zło zostało odparte, jednak podczas jednej z podziemnych bitew zginęła dowódczyni krasnoludzkich oddziałów - jego matka. Olaff miał wtedy dopiero 15 lat, więc był za młody żeby walczyć pod rozkazami matki. Gobliny zdobyły część jaskiń, w których znajdowała się jego szkoła, a Olaff został sprowadzony razem z innymi dziećmi do głębokich tuneli, gdzie znajdowały się kuźnie oraz kopalnie złóż mithrilu - metalu, który skłonił obcych do ataku. Olaff był tam wtedy pierwszy i ostatni raz, gdyż tylko dojrzałe krasnoludy miały tam prawo wstępu, a on w dzień swych 40 urodzin musiał opuścić ojczyznę…
Nagle coś wyrwało go z rozmyślań. Z prawej strony ulicy w jednym z zaułków ujrzał poruszający się cień, który od razu znikł, jakby wyczuwając niebezpieczeństwo ze strony krasnoluda. Inny przechodzień uznałby to za przywidzenie i poszedłby dalej, Olaff jednak do takowych nie należał. Zamrugał kilka razy by przestawić swe oczy w strefę infrawizji i natychmiast wychwycił cieplejszy fragment ściany, w którym to miejscu schował się ów cień. Fragment ten był zbyt mały jak na człowieka, zbyt szczupły jak na krasnoluda.
- Bran? - szepnął do siebie zdziwiony Olaff - Tak, bez wątpienia Bran. Ten chłopak przyprawi mnie kiedyś o zawał.
Nie zwalniając kroku uśmiechnięty krasnolud ruszył dalej. Nie chciał dać po sobie poznać, że zauważył początkującego złodzieja. Może nie pochwalał zachowania niziołka, ale musiał przyznać: chłopak był naprawdę dobry. Zachichotał pod nosem, gdy wyobraził sobie minę Brana, gdy jutro zapyta go, gdzie się wczoraj wybierał. Oczywiście
o wyjściu dowie się od krawca, który urzęduje obok jego kuźni, a mama niziołka poskarży się, że chłopak znowu nie wrócił do domu na noc. To będzie piękne.
Olaff minął wieżę Khelbena „Czarnokija” Arunsuna - jednego z najpotężniejszych magów całego Fearunu, co oznaczało, że przebył już grubo ponad połowę drogi, a cień wciąż podążał za nim. Złośliwy krasnolud nagle odwrócił się w stronę wznoszącej się nad miastem czarnej wieży, a przestraszony niziołek wskoczył do stojącego obok niego wielkiego pojemnika na śmieci. Olaff zaśmiał się cicho pod nosem i zaczął „podziwiać” wspaniałą wieżę. Miała kształt zwężającego się w górę walca. Jej gładkiej powierzchni nie zaśmiecały żadne drzwi i okna, na które najprawdopodobniej rzucono zaklęcie, które sprawiało, że z zewnątrz był zupełnie niewidoczne. Wieży nie zdobiły żadne runy, ani glify, nie było żadnych ozdób. Intruzów nie odstraszały żadne gargulce, posągi, ani nawet napisy, jednak każdy, kto przechodził obok, czuł w powietrzu groźbę śmierci. Nie wiadomo, czy był to efekt zaklęcia, czy po prostu sławy, która krążyła wokół maga.
Kątem oka zauważył małą głowę wychylającą się z śmietnika. Niziołek machał wokół siebie rękami jakby odganiał muchy, lub próbował dostarczyć sobie trochę powietrza. To zachowanie wzbudziło w krasnoludzie trochę litości i skłoniło go do pójścia dalej, prosto do tawerny, gdzie miał wygrać Turniej Piwosza.
Budynek tawerny leżał nad samym morzem, w najgorszej dzielnicy miasta. Tu mieściła się siedziba gildii złodziei, wszelkie obskurne gospody i tawerny, w których marynarze topili swe smutki w litrach cormyrańskiej brandy
i krasnoludzkiego piwa sprowadzanego z samej Doliny Lodowego Wichru. Dzielnica portowa była siedzibą największych bandytów i rzezimieszków w mieście. Strażników miejskich było tu jak na lekarstwo, a jak się któryś zjawił, co robił tylko gdy musiał, przemykał z cienia w cień w obawie o własne życie.
Budynek, do którego podążał Olaff, wciąż śledzony przez młodego niziołka, był dwupiętrowy, zbudowany
z drewna. Okna były brudne, jakby nie myte od początków ich istnienia. Zamiast drzwi gruba brunatna zasłona oddzielała gwar towarzystwa od reszty świata. Drzwi pewnie były
w zakładzie jakiegoś stolarza zamieszkałego w Dzielnicy Handlowej, który został wynajęty by naprawić je po ostatniej rozróbie. Mimo, że takie tawerniane walki zdarzały się dość często, szynkarze nie robili nic by im przeciwdziałać. Chociaż naprawy kosztowały ich trochę grosza, tacy awanturnicy przysparzali rzesze klientów, którzy podziwiając walki pili na umór. Koszty naprawy zwracały się, a tawerny jeszcze na tym zyskiwały.
Z drzwi „Naprutej Syreny” śmierdziało rybami, dymem, ale przede wszystkim alkoholem. Widać było, że wielu uczestników Turnieju postanowiło rozgrzać się przed faktyczną walką.
Krasnolud zaśmiał się z cicha pod nosem, położył rękę na swoim toporze, co zawsze dodawało mu otuchy, i przekroczył drzwi tawerny…

[ Dodano: 2005-12-03, 17:27 ]
[center:5f8db8ed48]Rozdział drugi:
Turniej Piwosza
Święto Śródlecia, Rok Dzikiej Magii (1372 RD)[/center:5f8db8ed48]

Powietrze w środku było ciężkie i zadymione. Było okropnie duszno, a wstrętny fetor utrudniał oddychanie. Główna pomieszczenie tawerny miało około 15 kroków długości i tyleż samo szerokości. Po prawej stronie znajdowały się schody na wyższe piętro do pokoi zarezerwowanych dla tutejszej arystokracji, czyli kapitanów statków zawijających do pobliskiego portu, złodziei, którym się poszczęściło i znaleźli jakiegoś mało ostrożnego szlachcica, który błądząc trafił do tej wstrętnej dzielnicy, i w ogóle wszystkich, których było stać na wygórowaną cenę. Przy schodach stał młody najemnik, którego wynajęto by zaczepiał i groził każdemu, kto podejdzie zbyt blisko niego.
Chłopak wyglądał dość zabawnie w sięgającej mu do kolan, zardzewiałej kolczudzei z zawieszonym na plecach dwuręcznym mieczu, którego pewnie by nawet nie utrzymał. Wtedy w oczy krasnoluda rzucił się mały, ale bardzo istotny szczegół. Z długich brązowych włosów młodzieńca wystawała para spiczastych, lekko błękitnych uszu. Chłopak był elfem.
- Co elf robi w takim nędznym towarzystwie? - szepnął do siebie Olaff.
I wtedy zrozumiał. Ten biedny, wychudzony chłopiec był niewolnikiem. Oburzony krasnolud zdjął płaszcz, powiesił go na stojącym obok wieszaku i ruszył w stronę elfa.
Gdy trochę się do niego zbliżył, zauważył, że twarz chłopca zeszpecona jest tuzinem blizn, a jego oczy były zupełnie puste i pozbawione tej typowej dla elfów wesołości. Olaff wiedział, że chłopak, a przynajmniej jego dusza, już dawno umarła, a ciało stało się więzieniem.
Olaff bardzo chciały mu pomóc, ale nie wiedział jak. Odkupienie go nic by nie dało. Kapłani potrafią leczyć urazy ciała, ale nie wskrzeszą martwej duszy. Prawdziwą wolnością byłaby już tylko śmierć… Olaff na razie nie mógł mu pomóc.
Pod ścianą w północnej części pomieszczenia ustawiona została długa ława, przy której stało koło czterdziestu krzeseł. U szczytu stołu zasiadł wysoki, gruby mężczyzna. Jego małe świńskie oczka rozglądały się w około jakby szukając osoby, której mógłby przyłożyć. Co chwilę człowiek dłubał w nosie i bekał. Krasnolud rozpoznał w tej osobie Jacka „Drąga” Waltersa - zeszłorocznego zwycięzcę turnieju. Jakieś 15 lat temu Jack odziedziczył po ojcu, jednemu z najbogatszych ludzi w mieście, wielką sieć winnic. Posiadał wielkie pola winne na wschodzie i pełne piwnice butelek z najlepszym winem Fearunu, które zamawiał u niego nawet sam Wielki Pasza Calimportu, miasta położonego daleko na południu. Interes mógł tylko kwitnąć. Mógł… Jack jednak wpadł w smutny i bardzo kłopotliwy nałóg kosztowania swych trunków. Niedługo potem jego winnica zbankrutowała, pola zostały rozprzedane, a Walters trafił na ulicę. Pracował jako wykidajło, często najemnik. Przerzucił się na tańsze trunki, takie jak piwo, na które przeznaczał całe swe wynagrodzenie. Przez te wszystkie lata pił, wszczynał awantury w tawernach, rozrabiał i pił. Z młodego, szczęśliwego człowieka zmienił się w… Olaff nie potrafił tego nazwać. Czuł pogardę dla tego… i znowu brakło mu słowa.
Odwrócił od niego głowę i skierował się w stronę szynkarza, który przyjmował zapisy do turnieju. Barmanem był niski, nawet jak na swoją rasę, gnom. Podłoga za ladą była o jakieś 15 cali wyżej niż na zewnątrz, aby Zook Sharamil, bo tak brzmiało imię owego szynkarza, mógł patrzeć zwykle ludzkim klientom prosto w oczy. Gdy krasnolud podszedł do lady, barman odwrócił się do niego, zmierzył go wzrokiem
i zapytał:
- Cio? Kolejny pijacina chcie wzionć udział w Tujnieju?
- Nie inaciej! - śmiejąc się odpowiedział Olaf, zabawnie parodiując głos gnoma. - Nie inaciej!
- Hihów-śmichów sie zachciało, cio? Tsimaj i sie wpiś. - odparł gnom, podając Olaffowi cienką książeczkę, obrobioną w cielęcą skórę, na której widniał napis w trochę kulawym Wspólnym: „Wbisy na Tórniej Piwosza”.
Olaf podniósł książkę, otworzył na pierwszej stronie i pod kolumną krzyżyków, którymi podpisywali się stali bywalcy, wykaligrafował: „ Olaff Steelhammer, syn Thorora Steelhammera z Veit w górach Grzbietu Świata”. Olaff chciał pokazać się jako krasnolud wysoko urodzony, świetnie wychowany i posiadający iście królewskie maniery. Gdy o tym pomyślał, zaczął z lekka żałować, że żartował sobie z barmana, który przecież nic mu nie zrobił, po czym oddał mu książkę, podziękował i odszedł do ławy konkursowej.
Miał szczęście, gdyż zostało już tylko jedno wolne miejsce. Krasnolud usiadł i zaczął rozglądać się wokół siebie i oceniać swych przeciwników. Większość z nich stanowili ludzie, jednak znalazło się jeszcze dwóch krasnoludów, z czego jeden pijany już w sztorc nie stanowił konkurencji, drugi zaś szydził z innych i zapewniał ich o swoim zwycięstwie, oraz niziołek, a także trzech olbrzymich półorków. Po tej powierzchownej ocenie Olaff uznał, że największą konkurencją będzie Jack „Drąg” Walters oraz ten drugi, trzeźwy krasnolud. Było gdzieś koło dziesiątej, to też Turniej miał się rozpocząć za moment.
Po chwili gnom zaczął krzyczeć by wszyscy zamilkli, wyjął z kieszeni pomiętą kartkę i zaczął czytać:
- „Pjagnę pańśtwa ziapłosić na ciojoćny Tujniej Piwosia!!!” - Na co sala wybuchła gwałtownym śmiechem. Śmiał się chyba każdy oprócz barmana i niewolnika, który śmiać się nie był w stanie.
- Znaczy: „PRAGNĘ PAŃŚT… PAŃSTWA ZAPJO… eee… ZAPROSIĆ NA COROĆ... CZNY TUJ… TURNIEJ PI… PIWOSZA” - Wystękał Zook. Sala znów wybuchła śmiechem, a szynkarz zrezygnował i krzyknął: „Picie cias zaciąć!!!”.
Na ten sygnał zza drzwi obok lady, zaczęły wychodzić kelnerki. Było ich pięć, a każda niosła wielki dzban z piwem, z którego dolewała trunku każdemu uczestnikowi, którego kufel stał się już za lekki i zbyt pusty.
Złocisty napój lał się strumieniami, a sędziowie liczyli kolejki. Co jakiś czas któryś z uczestników „odpadał”, co dosłownie oznacza utratę przytomności lub dyskwalifikację. Ku wielkiemu zawodowi i oburzeniu Olaffa jednym
z pierwszych oszustów, których sędziowie wyprosili z Sali był ów trzeźwy, pewny siebie krasnolud, na którego tak liczył.
Czas płynął, a Olaff, skupiony tylko i wyłącznie na naczyniu przed sobą, pochłaniał litry piwa, jak czynili również jego konkurenci. Minęło niespełna pół godziny, gdy z 40 turniejowiczów zostało już tylko 15.
W pewnym momencie, gdy Olaff pił już 23 kufel, a przy stole oprócz niego zasiadał tylko Jack „Drąg” Walters, a niziołek, który właśnie zemdlał, był wynoszony do sąsiedniej komnaty, do tawerny wszedł przygarbiony mężczyzna. Czarny jak noc płaszcz krył jego sylwetkę, a równie ciemny kaptur ochraniał twarz przed wzrokiem innych. Był zbyt wysoki jak na elfa i porusza się bez gracji, jakby dźwigał ze sobą ciężkie brzemię. Lewą rękę miał schowaną pod płaszczem, a prawą przedzierał się przez tłum. Szedł powoli, jakby w transie. Ludzie rzucali mu pogardliwe spojrzenia, na które on nie zwracał uwagi. Zdawał się być poza tym światem. W końcu dotarł do najciemniejszego kąta tawerny, gdzie, położywszy jakąś torbę, usiadł nie wypowiadając nawet najmniejszego słowa.
Po chwili mężczyzna wstał, nie ospale i powoli jak wcześniej. Wstał szybko i energicznie, uderzając jednocześnie ręką w stół z taką siłą, że ten nie wytrzymał i pękł. To zwróciło na niego uwagę całej sali, łącznie z sędziami i Olaffem.
Wykorzystując ten moment Jack Walters chwycił w dłoń dzbanek z piwem, który położyła obok niego kelnerka, i rzucił nim w głowę krasnoluda. Alkohol dał jednak po sobie znać i kufel zamiast w Olaffa, poleciał nad niego, trafiając w wiszący na ścianie stelaż na pochodnię, który spadł boleśnie raniąc krasnoluda i zwalając go pod stół. Jack uśmiechnął się do siebie i pociągnął ostatni łyk piwa. Właśnie wygrał Turniej Piwosza…
Tymczasem nieznajomy zdjął kaptur i rozejrzał się po sali. Miał ciemne, długie, lekko kręcone włosy zaczesane za uszy. Orli nos dodawał mu posępności i tajemniczości zarazem. Jego cera była nienaturalnie blada, a twarz wykrzywiały spazmy bólu. W jego oczach nie było źrenic, na miejscu których, widać było tylko bielma. Mężczyzna był przerażający. Nagle zaczął się trząść, i wydał z siebie przeraźliwy okrzyk. Źrenice na chwilę wróciły na swoje miejsce, a on resztką swego człowieczeństwa krzyknął: „UCIEKAJCIE!!!”.
I wtedy zaczęła się przemiana. Skóra jego twarzy zaczęła pękać, a na jej miejscu pojawiły się łuski koloru krwi. Mężczyzna upadł na podłogę a jego ciało urosło do olbrzymich rozmiarów, rozrywając okrywający je płaszcz. Na klatce piersiowej pojawiła się druga para ramion, a na plecach wyrosły olbrzymie, podobne do nietoperzych skrzydła. Jego twarz przybrała kształt wielkiego, jakby zdeformowanego psiego pyska, a w szczęce zamiast zwykłych ludzkich zębów, widniały teraz olbrzymie, ostre i na pewno śmiercionośne kły. Obcy zamienił się w demona.
Olaff wydarzenia te oglądał spod stołu, wciąż nie będąc pewnym czy to jawa czy sen. Głowa okropnie go bolała po zderzeniu ze stelażem pochodni i z początku nie mógł się podnieść, teraz nawet nie chciał. Czuł się bezpieczniej tu, schowany w cieniu pod stołem, niż gdyby stał odsłonięty wraz z tłumem.
Wtedy rozpoczęła się procedura zniszczenia. Demon chwycił stojącego najbliżej niego młodego, szczupłego mężczyznę i rzucił nim w stronę baru. Gnom dostał nim
w głowę i natychmiastowo sturlał się pod ladę. Czart, owładnięty wściekłym szałem, zabijał dalej. Cios za ciosem ziemię pokrywały sterty trupów, a podłoga nabrała koloru świeżej krwi. Nikt z tawerny nie odważył się uciekać, co bardzo zdziwiło Olafa, i wtedy zrozumiał. Demon wytwarzał wokół siebie aurę strachu, która otaczała go jak mroczny płaszcz. Każdy, kto ujrzał potwora nie mógł ruszyć się z miejsca i stał jak kamienny posąg czekając na okrutną śmierć. Ale czemu Olaff mógł się poruszać? Czemu jego strach nie dosięgnął? Tego krasnolud nie wiedział i, szczerze mówiąc, nie bardzo go to interesowało. Wiedział, że nie może tu zostać. Wiedział, że demon prędzej czy później zabije go.
Z tym przekonaniem Olaff powoli wyczołgał się spod stołu i ruszył w kierunku zaplecza. Cała tawerna stała, a on czołgał się po ziemi, dzięki czemu, zajęty rozrywaniem na strzępy kolejnej ofiary, jaką stał się młody elficki niewolnik, który jako jedyny z całej sali przyjął śmierć z uśmiechem na twarzy, nie zauważył go. Olaff wiedział, że demon mimo całego zła, jakie niewątpliwie w sobie zawierał, spełnił dziś choć jeden dobry uczynek - pozwolił umęczonej duszy bezpiecznie wrócić do domu.
Pomału zbliżał się do drzwi dzielących go od zaplecza tawerny, gdy nad głową przeleciał mu Jack Walters, przy okazji niszcząc owe drzwi, które dzieliły go od szansy przeżycia. Krasnolud mimowolnie uśmiechnął się. Właśnie został zwycięzcą turnieju.
Gdy mijał próg, nagle jakiś cichy głos odezwał się do niego. Olaff odwrócił się i zobaczył leżącego na ziemi faworyta zawodów. W jego brzuchu widniała dziura wielkości pięści, z której powoli przestawała sączyć się krew.
- Krasnoludzie… krasnoludzie… - wystękał Jack - powiedz mej rodzinie, że… przepraszam… powiedz, że żałuję tego, kim się stałem… powiedz…
- Gdzie… - zaczął pytać Olaff
- Everlund – rzekł. Jego oczy zaszły mgłą i zdawały się patrzeć gdzieś daleko, poza ten świat.
Olaff otarł łzę spływającą mu po policzku. Czuł dla tego mężczyzny pogardę, jednak teraz zaczął darzyć go szacunkiem. On wyraził skruchę, żal za swe grzechy… i ocalił mu życie. Krasnolud zobaczył w jego oczach nie starego nieudacznika, pijaka, jakim Walters się stał, a człowieka, którym kiedyś był - młodego, szczęśliwego syna bogatego winiarza z Waterdeep. Olaff wiedział, że Jack wrócił do krainy swego szczęścia, gdzie może zacząć od nowa nie goniony przez demony przeszłości. Demony… DEMON!!!
Krasnolud wyrwał się z rozmyślań i popędził w stronę stojącej w rogu drewnianej szafy, w której najprawdopodobniej obsługa „Naprutej syreny” trzymała fartuchy oraz inne robocze ciuchy. Otworzył drzwiczki i wskoczył do środka. Otulił się ubraniami i z przerażeniem słuchał jęków zabijanych klientów.
Przeżył, a ta noc zmieniła całe jego życie…

[ Dodano: 2005-12-03, 17:27 ]
[center:5f8db8ed48]Rozdział trzeci:
Kapłan
Tarczowy Wiec, Rok Dzikiej Magii (1372 RD)[/center:5f8db8ed48]

Nigdy dotąd nie czuł się gorzej. Bolała go głowa, co było efektem zderzenia ze stelażem pochodni, stresem, strachem oraz łykiem piwa za dużo. Oprócz tego strasznie łamało go w krzyżu, co jest chyba normalne po nocy spędzonej w ciasnej, niewygodnej szafie. Chciało mu się płakać…
Nigdy dotąd nie widział, aby ktoś zabijał z takim okrucieństwem. Nigdy nie widział tak strasznej śmierci. Nigdy nie widział tak wielkiego zła.
Nigdy dotąd…
Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Bogowie nie mogli pozwolić, by jakiś demon wszedł do pierwszej lepszej tawerny i wybił wszystkie znajdujące się tam osoby… Prawie wszystkie. On jednak przetrwał.
Czy cały poprzedni wieczór był wytworem jego wyobraźni? Czy gdy pijany zasnął, wszystko mogło mu się przyśnić? Ale w takim razie skąd wziął się w tej szafie?
A może teraz również śni? Nie… tego było już zbyt wiele na jego obolałą głowę. Musiał wyjść ze swego drewnianego schronienia i trochę odetchnąć. Miał nadzieję, że właśnie obudził się z koszmaru.
Powoli uchylił drzwiczki szafy i lekko przez nie wyjrzał. Zaczął się wysuwać i chwilę później, opierając się o mebel, próbował złapać równowagę, co wbrew pozorom było dla niego bardzo trudne.
Cisza, która panowała w tawernie coraz bardziej przekonywała go, że ma bardzo bujną wyobraźnię. Cisza… Cisza? O tej porze w tawernie powinno być gwarno. Ale może dzisiaj niedziela? Wszystko zdawało się potwierdzać przekonanie krasnoluda. Nie widział nic dziwnego. Ta sama szafa, w której spędził noc, ten sam stolik, który wczoraj widział, te same drzwi… Gdzie są drzwi?! I wtedy przypomniał sobie okrutną śmierć Jacka, który niszcząc drzwi dzielące Olaffa od zaplecza uratował mu życie. Przypomniał sobie złożoną mu obietnicę. Zobaczył jego zmaltretowane ciało…
A jednak to była prawda…
Wiedział, że musi stąd iść. Chciał szybko zapomnieć
o wczorajszych wydarzeniach, ale nie mógł. Wciąż miał przed oczyma krew zabitych. Wciąż słyszał ich pełne bólu jęki. Wciąż czuł zapach śmierci.
Z każdym chwiejnym krokiem zbliżał się do drzwi. Hamowany przez strach i popędzany tęsknotą za swoją przytulną kuźnią przekroczył próg. Wiedział, że jeśli
w komnacie obok wciąż znajduje się demon, z pewnością zginie, lecz jeżeli czarta już tam nie ma, przetrwa, ale na zawsze pozostanie więźniem swoich krwawych wspomnień.
Rozejrzał się i zobaczył to, czego w głębi duszy się spodziewał. Mimo to był wstrząśnięty. Rzeki krwi, zwały trupów… jednak nigdzie nie było demona. Ruszył przed siebie. Po lewej stronie zobaczył wystające ze szczątków lady zwłoki Zooka Sharamila. Olaff żałował, że ten sympatyczny, niczemu winny gnom zginął tylko dlatego, że kilkanaście lat temu postanowił założyć tawernę.
Nagle na środku sali, pośród stosu ciał coś się poruszyło. Krasnolud, mimo iż okropnie się bał, podszedł bliżej.
Na zalanej krwią podłodze klęczał nagi mężczyzna. Jego ciało było czerwone od krwi, a głowa nisko pochylona, przez co Olaff nie widział jego twarzy. Na ramieniu mężczyzny zauważył dziwny tatuaż, nie… bliznę. Była to czaszka bez żuchwy z pustymi oczodołami na tle słońca. Tułów mężczyzny poruszał się w rytmicznych skurczach, oddech był nierówny,
a z ust wydobywały się dziwne żałosne jęki… Mężczyzna płakał.
- Skąd się tu wziąłeś? - zapytał z cicha Olaff - Ten demon cię oszczędził?
Mężczyzna podniósł głowę i z niewiarygodną prędkością podbiegł do krasnoluda. Jednym ruchem ręki chwycił go za szyję i podniósł na wysokość swoich oczu. Wtedy krasnolud rozpoznał w nim człowieka, który wczorajszej nocy wkroczył do tawerny w czarnym płaszczu i zamienił się w bestię.
- Pożegnaj się z życiem parszywy krasnoludzie, bo zaraz zgi… to ty? Tak… to musisz być ty… Widziałeś mnie? - zapytał mężczyzna.
- Błagam pana… panie demonie… Niech pan mnie… oszczędzi… Niech pan mnie… nie zabija...
- MILCZ!!! Tak… „panie demonie”… widziałeś mnie,
a jednak wciąż żyjesz… To musisz być ty…
- Tak, tak… To ja. Z całą pewnością ja…
- MÓWIŁEM MILCZ!!! Nic nie rozumiesz durniu… Przeżyłeś… Pójdziesz ze mną!
- Gdzie? - wystękał krasnolud.
- Dowiesz się w swoim czasie kundlu! - ryknął nieznajomy - Widzę w twoich oczach strach… Całe życie się bałeś… Tak… Wiem o tobie wszystko. Teraz musisz go pokonać! Potrzebuję Cię! Musisz iść ze mną!
Na te słowa Olaff zbladł. Nie chciał przyjąć słów mężczyzny, choć dobrze wiedział, że są prawdziwe. Całe życie uciekał… To właśnie przez strach musiał opuścić swoją ojczyznę.
Olaff był synem Thorora, króla Veit oraz Derethiany, dowódczyni tamtejszych patroli. Mimo iż był księciem, jego życie wcale nie było lekkie. Królewskie dzieci były traktowane tak samo jak dzieci zwykłego żołnierza. Zaszczyty przychodziły dopiero ze śmiercią ojca, kiedy to najstarszy syn był koronowany na króla. W jego przypadku jednak sprawa nie była prosta, gdyż Olaff był jednym z trojaczków. Krasnoludzkie prawa nie przewidziały takich okoliczności i, gdy stary król poczuł już nadchodzącą śmierć, przyszłość rodziny królewskiej stanęła pod znakiem zapytania. Każdy
z trójki braci pragnął tronu, jednak nie wiedziano, komu on się należy. Wtedy brat Olaffa, Oldrag zaproponował rozwiązanie za pomocą pojedynku. Olaff był przeciwny rozlewowi krwi, ale Oldwin - trzeci z braci - z braku innych pomysłów przystał na tę propozycję.
Jako pierwszego Oldrag wyzwał Olaffa. On jednak, kierowany strachem przed silniejszymi braćmi, odmówił. Ogłosił, że miłość do braci nie pozwala mu na walkę. W głębi serca miłował jednak tylko Oldwina. Gdy rozpoczęła się walka pomiędzy braćmi Olaffa, on przyglądał się tylko z boku. Pojedynek trwał ponad godzinę, a wciąż nie było rozstrzygnięcia. Krwawy topór Oldraga pozbawił wroga oka. Młot bojowy łamał żebra. W końcu jednak uderzenie Oldwina pozbawiło przeciwnika równowagi, a kolejny cios również przytomności. Oldwin pomimo ran zwyciężył. Pozostało już tylko dwóch kandydatów do tronu. Olaff dalej nie chciał walczyć...
Tej nocy stary Throror zmarł, a Oldwin został koronowany na króla. Za namową ludu zgodził się na pozostanie w królestwie swego brata, który okazał honor
i odwagę w pojedynku... Tylko dla tego brata... Olaff został wygnany ze społeczeństwa nie znających i nienawidzących strachu krasnoludów, a przeciwny temu Oldwin nic nie mógł zrobić, bo prawo nie tolerowało tchórzy. Chociaż było to ponad 20 lat temu, wciąż pamiętał wyrzeźbione w skale kamienne miasto. Wciąż widział mithrilową bramę do zewnętrznego kręgu, gdzie mieściły się posterunki oraz jego szkoła. Miejsce, gdzie wiele lat uczył się machać toporem i roztrzaskiwać goblińskie czaszki, ale także czytać i pisać w wielu językach. Dzięki temu, oprócz krasnoludzkiego i wspólnego, poznał język gnomów, z którymi od lat jego plemię prowadziło handel, oraz orczy i gobliński, które miały być przydatne podczas walk z tymi plemionami.
Ostatnią rzeczą zapamiętaną ze straconego królestwa był pisk zamykanej bramy, pogardliwe krzyki pobratymców i nienawistne spojrzenia, które wykuły wieczną skazę w jego sercu. Długo stał i wpatrywał się w zamknięte drzwi oddzielające go od dawnego życia... W końcu odwrócił się i powoli odszedł...
Z rozmyślań wyrwał go świst powietrza i twarda, czerwona od krwi powierzchnia podłogi, gdy człowiek-demon puścił jego kołnierz. Krasnolud skulił się na ziemi zasłaniając rękami twarz, jednak po chwili podniósł się na ramionach, jedną ręką chwycił za swój topór i spojrzał nieznajomemu
w oczy.
- Nie masz prawa zabijać... nie wolno ci... nie... nie boję się ciebie... - Mężczyzna uśmiechnął się pokazując śnieżnobiałe zęby i lekko przymrużył oczy.
- Więc idź... odejdź stąd... Z przyjemnością rozerwę twoje marne ciało na tysiące kawałków, gdy będziesz przekraczał próg tawerny...
Olaff zaczął już się podnosić by odejść, lecz po plecach przebiegł mu straszliwy dreszcz... Ponownie skulił się na ziemi i zaczął coś chlipać pod nosem. Mężczyzna zdarł ubranie z jakiegoś trupa i włożył na siebie. Popielaty płaszcz i pantalony koloru zgniłej zieleni były trochę za małe i wyglądał w nich dość zabawnie, o ile ktoś taki jak on może być zabawny.
- Za chwilę będą tu straże. - rzekł i wypłacił Olaffowi mocnego kopniaka w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę (jak to powiedział kiedyś pewien sympatyczny obserwator). - Podnoś się i wychodzimy.
- Gdzie? - odparł krasnolud podnosząc się z ziemi.
- Po moją duszę... - powiedział mężczyzna i ruszył
w stronę drzwi.
- Czekaj, kim jesteś? - ponownie spytał Olaff.
- Jestem... Byłem... byłem kapłanem. A teraz... teraz jestem wyrzutkiem i zdrajcą... Możesz do mnie mówić Aerion.

[ Dodano: 2005-12-03, 17:28 ]
[center:5f8db8ed48]Rozdział czwarty:
Ucieczka
Tarczowy wiec, Rok Dzikiej Magii (1372 RD)[/center:5f8db8ed48]

W milczeniu przeszli przez salę trupów i minęli zastępującą drzwi zasłonę. Olaff odwrócił się jeszcze i po raz ostatni spojrzał na rzeź uczynioną przez jego nowego znajomego. Krew znów zakotłowała mu się w żyłach i z wielką chęcią strąciłby głowę z jego karku. Gdyby tylko mógł... Niestety był sam, a sam nie poradziłby sobie nawet z ogrem,
a co dopiero z wielkim, rozwścieczonym demonem. Jak zwykł mówić jego zmarły tata: "Jednym kilofem nie przewrócisz góry...". Przekroczył próg.
Poczuł świeży orzeźwiający wiaterek, który usunął
z jego nosa zapach krwi i śmierci. Zrobiło mu się bardzo zimno i zauważył, że zapomniał płaszcza. Wrócił się do budynku,
i spojrzał na puste wieszaki.
- Gdzie na Dziewięć Piekieł mój płaszcz? - zaklął z cicha. – O cholera!!! Moje złoto!!! – poprawił dużo głośniej.
Nagle usłyszał z zewnątrz czyjś krzyk, szybko zduszony przez jęknięcie. Wyciągnął topór i pobiegł w stronę, z której dobiegły głosy. W stronę, w którą poszedł Aerion.
- Więcej krwi nie może zostać przelanej!!! – zakrzyknął.
Przebiegł kilka przecznic ogarnięty szałem i nagle się zatrzymał. Przecież i tak nie zdoła nikogo ocalić przed wściekłym mężczyzną. Może jedynie sam postradać życie. Lepiej będzie, jeśli zawróci i ukryje się gdzieś. Poszuka pomocy u kogoś potężnego, kto zdoła zniszczyć Aeriona.
Z pewnością ludzie mu pomogą. Może Khelben… Jednak czy on zdoła powstrzymać potężnego demona? Nie, nie może narażać innych na takie niebezpieczeństwo. Sam musi znaleźć sposób by uwolnić świat od tego zła… lub godnie zginąć. Z tą myślą ruszył dalej.
Po chwili skręcił w boczną uliczkę, na końcu której dojrzał ciemne sylwetki. Podbiegł kilka kroków i znów się zatrzymał. Aerion stał odwrócony do niego tyłem
i najwyraźniej trzymał kogoś za szyję kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią.
- Ma więc zajęte ręce i nie spodziewa się ataku… - szepnął do siebie Olaff – Jeśli teraz pobiegnę i… a cholera
z tym! ARRRRRRGH!!!
Z okrzykiem na ustach krasnolud ruszył w stronę ciemnych sylwetek. Był już kilka kroków od Aeriona, gdy naprężył się z całej siły i z toporem nad głową wyskoczył w stronę zakapturzonej głowy demona. Mężczyzna zdawał się go nawet nie zauważyć, co w przypadku biegnącego i krzyczącego głośno krasnoluda, było co najmniej dziwne. W ostatniej chwili, nie odwracając się nawet wysunął lewą rękę do tyłu, a jego blada dłoń zastygła pomiędzy szarżującym Olaffem, a jego potencjalną ofiarą.
W ciągu ułamka sekundy krasnolud zatrzymał się i upadł na ziemię, uderzając głową w płytkę chodnika. Jakby kac nie wystarczył! Do pisku ofiary Aeriona dołączyło przeciągłe dzwonienie. Przed oczami zrobiło mu się ciemno i poczuł się słaby. Stracił przytomność. Tylko dlaczego wciąż słyszy dzwonienie i piski? Otworzył oczy i zobaczył nad sobą mężczyznę stojącego w dokładnie takiej samej pozycji jak przed atakiem krasnoluda.
- Zostaw go!!! Zbyt wiele krwi już dziś przelałeś! - krzyknął Olaff, podnosząc się z mokrej ulicy - Na wszystko co święte! Parszywy psie Cyrica! Zostaw go!
Na te słowa Aerion upuścił dziecko, które kaszląc odczołgało się na bok, i spokojnie odwrócił się w stronę krasnoluda.
- Jak śmiesz wymawiać przy mnie te słowa karle! – odwarknął mężczyzna. Nie jestem psem Cyrica! Nigdy nie byłem! Nie wolno ci! Nie możesz!
- Nie jesteś i nigdy nie byłeś?! Więc dlaczego nosisz jego nieświęty symbol, Aerionie?! Tak go nienawidzisz, że postanowiłeś odbić sobie jego znak na ciele by jeszcze bardziej go nienawidzić? Wiesz, nawet do niego pasujesz! Obaj jesteście zakałami tego świata! Że też bogowie pozwalają byś istniał. Niech słońce wypali ci oczy Cyriczy psie!
- Zamilcz! Nic nie rozumiesz! Nie mów o słońcu! Milcz! – odrzekł. Mówił coraz ciszej, jakby słowa sprawiały mu wysiłek. Podniósł rękę w górę i naciągnął kaptur płaszcza na oczy.
- A to czemu?! Nienawidzisz go tak samo jak Cyrica? – Z coraz większą pewnością zakrzyknął krasnolud.
- Milcz! To nie mój wybór! Moje życie nie należy do mnie! – wystękał mężczyzna. Zdawał się maleć. Jego głos stał się delikatny i czysty od złości, po raz pierwszy od wielu lat…
- No pewnie że nie do ciebie! Do twego psiego pana Cyrica! – z uśmiechem na twarzy kontynuował Olaff. Czuł, że zdobywa przewagę, czuł się potężny. – Cyrica, którego jesteś marione…
- Nie!!! To nie tak… ja… - przerwał Aerion przyklękając z wysiłkiem na jedno kolano. Zdawał się tracić siłę, jakby coś go przygniatało.
- Więc co oznacza ten znak?
- Ja… ja… – próbował odpowiedzieć – Nie będę się przed tobą tłumaczyć!!! – Podniósł się z ziemi, a jego głos powrócił do normalnego stanu – Spróbuj jeszcze raz o tym mówić a staniesz twarzą w twarz z Moradinem.
- Wyznaję Dumathoina… - odpowiedział dużo ciszej Olaff.
- Milcz!!! – krzyknął Aerion – Co masz robić?
- Milcze…
- Mówiłem milcz!!!
- Chyba bardzo lubi to słowo – wyszeptał do siebie krasnolud.
W tym momencie na końcu uliczki pojawiła się jakaś odziana w czarną koszulkę kolczą postać. Odwróciła się
i krzyknęła coś do swoich towarzyszy stojących najwyraźniej w pobliżu tawerny. Machnęła ręką i znów spojrzała na Olaffa i Aeriona. Zrobił krok w ich kierunku i krzyknął.
- W imię Lordów! Stójcie!
W tej samej chwili coś mocno szarpnęło Olaffa za szyję, nogi mu się uniosły, a strażnik szybko zaczął się oddalać. Aerion, mimo ciężaru w postaci pokaźnych rozmiarów krasnoluda i dziecka w drugiej ręce, rozwijał przerażającą prędkość. Wybiegł z uliczki i skręcił w lewo. Przed nim rozciągała się długa na całe Waterdeep ulica Targowa. Przedzierając się przez tłumy ludzi, udających się jak co dzień na Rynek, biegł wciąż na zachód. Nagle drogę zajechał mu wóz z naczyniami. Aerion jeszcze przyspieszył, aby następnie przeskoczyć nad zaskoczonym sklepikarzem. Ruszył dalej nie odwracając się do tyłu. Olaff, wciąż wiszący nad ziemią, mógł jednak zobaczyć oddział straży, podążający kilkadziesiąt metrów za nimi.
Niestety bieg w zbroi złożonej najlżejszych połączonych ze sobą stalowych pierścieni do najlżejszych zajęć nie należy. O wiele łatwiej jeździć konno, toteż pożyczenie kilku wierzchowców od jednego z kupców nie wydawało się złym pomysłem. Kilka chwil później straż wznowiła pościg. Tym razem na nieco korzystniejszych warunkach.
Nagle przed biegnącym Aerionem pojawił się kolejny oddział żołnierzy. Olaff rozpoznał w nich garnizon broniący bram miasta. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Tak! Nareszcie wolny, pomyślał.
- Zapłacisz za swoje grzechy, Aerionie! – krzyknął do wysokiego mężczyzny. Tuzin zbrojnych z pewnością poradzi sobie z demonem. Demonem… O cholera! - UCIEKAJCIE!!! – krzyknął w stronę strażników.
Strażnicy nie słysząc go zawęzili krąg i zmusili Aeriona do zatrzymania się. Mężczyzna podniósł ręce w powietrze. W tej samej chwili głowa Olaffa ponownie trafiła w ziemię. Przyłożył rękę do włosów z tyłu czaszki i odkrył, że są mokre
i się lepią. Co ja bym dał za kufel dobrego piwa, pomyślał. Wtedy dostrzegł czołgającą się obok niego postać. Oczy zaszły mu mgłą, lecz nie mógł pomylić tej twarzy z żadną inną.
- Bran… - Jego usta poruszyły się bezgłośnie, wylewając z siebie strumyczek krwi. Straże krzyczały – Bran… nie… - Nagle wszystko ucichło. Jeszcze przez chwilę spoglądał na zbliżających się żołnierzy. Potem nastała ciemność.

[center:5f8db8ed48]Rozdział piąty:
Truchło Moandera
Tarczowy wiec, Rok Dzikiej Magii (1372 RD)[/center:5f8db8ed48]

Cliff był nowy w tym mieście. Uciekł z Luskan przed biedą i prawem, które nie było zbyt przyjemnie do niego nastawione. Kilka razy został przyłapany na kradzieży. Najpierw siedział trochę w więzieniu, później wygnano go. On kochał to miasto i wrócił. Znów go złapano i wydano na niego wyrok śmierci. Wtedy, gdy czekał w celi na jego kolej,
a kolejka była pokaźna, pierwszy raz w życiu ,i jak dotąd jedyny, udało mu się otworzyć zamek. Drzwi zostały za nim, a on biegł przez korytarz prosto ku wolności. Był tak szczęśliwy, że nie zauważył rozwiązanego sznurowadła. Upadł i w tym momencie kilka strzał wbiło się w ścianę obok niego. Dalej posuwał się ostrożniej, chociaż na próżno, bo i tak nie potrafił rozbrajać pułapek. W końcu udało mu się uciec i trafił do Waterdeep - Miasta Wspaniałości. Tyle sakiewek czekało tu na jakiegoś zręcznego łotrzyka, który okaże się na tyle odważny by spróbować.
Obecnie stał przyczajony w ciemnej uliczce, z której widać było rynek. Rynek – miejsce, gdzie przetaczają się legiony naiwnych, bogatych ludzi. Przebrał się w strój żebraka, by nie wyglądać podejrzanie i czekał.
Nagle dojrzał zbliżającego się z prawej strony mężczyznę. Był dość wysoki, wyższy od Cliffa i pewnie silniejszy. Ale moc kieszonkowca kryła się w jego zręczności. Mężczyzna szedł powoli, a z każdym krokiem jego płaszcz odsłaniał grubą, przypiętą do pasa sakiewkę. Człowiek zatrzymał się chwilę przy żebraku, rzucił mu złotą monetę i poszedł dalej.
- Niech Tymora ma cię w swojej opiece! – wykrzyknął za nim złodziej – Albo Cyric… - dodał ciszej wysuwając spod łachmanów stary, wysłużony sztylet.

* * *

- Na truchło Moandera! Ależ tu śmierdzi! – Wykrzyknął kapitan straży miejskiej przekraczając drzwi gospody.
I rzeczywiście odór w środku był okropny. Rozkładające się już ciała leżały na całej prawie powierzchni podłogi, ściany zachlapane były krwią, większość mebli była zniszczona i porozrzucana po całej komnacie. W środku znajdowało się już kilku strażników, którzy zostali by pilnować miejsca zbrodni.
- Jaka szkoda… - wyrzucił z siebie kapitan – takie piękne meble… - Kto tu zrobił ten bałagan?
Żaden ze strażników nie kwapił się do odpowiedzi. Rozejrzeli się po sobie i wrócili do uprzątania ciał.
Z sąsiedniego pomieszczenia wyszła młoda kobieta odziana w w czarną kolczugę. Jej dłonie były ciemne od zaschniętej krwi a twarz przecinał grymas obrzydzenia.
- Musiała tędy przejść armia – rzekła odgarniając z twarzy kosmyk blond włosów – nigdy nie widziałam takich zniszczeń.
- Co ty tu robisz Naumaril? – westchnął kapitan.
- To mój rewir, a poza tym mam prawo być, gdzie mi się tylko żywnie podoba Ned.
- Zwracaj się do mnie z szacunkiem, do cholery! Jestem twoim przełożonym! - Jak zawsze gdy był zdenerwowany, na jego łysej głowie pojawiła się charakterystyczna żyłka.
- A mój ojciec twoim, więc pilnuj tonu, bo stracisz tą robotę.
- Niech cię Bane!!! – wykrzyknął kapitan.
- Ton Ned. – spokojnie odrzekła Naumaril.
- Niech cię Bane. – powtórzył tym razem dużo ciszej. Jego głos był pełen zrezygnowania.
Mijał już drugi miesiąc od kiedy Naumaril Telmaryne, przybrana córka miejskiego dowódcy straży Claviusa, wstąpiła do straży miejskiej. Były to najgorsze dwa miesiące w życiu Neda. Naumaril była rozwydrzoną, rozpieszczoną dziewuchą
z bogatym tatusiem, który spełniał wszystkie jej zachcianki. Kaprysów było wiele. Gdy chciał związać się z muzyką, ojciec musiał wykupić cały magazyn instrumentów, bo żaden jej nie pasował. W końcu wybrała flet, który po dwóch tygodniach wylądował w koszu na kuchenne odpady. To jeszcze nie koniec. Kilka miesięcy później zobaczyła na bazarze występ jakiegoś nędznego iluzjonisty i co jej przyszło do głowy? Jasne! Zostanie potężną czarodziejką przewyższającą mocą Elminstera. I znów ojciec wydał fortunę na najlepszych nauczycieli. Teraz przyszła kolej na wojaczkę…
Twarz Neda rozchmurzyła się gdy pomyślał o przypadkowym sztylecie przypadkowo odcinającym jej język. Spojrzał na sztylet przypięty do buta i uśmiechnął się. Jak bym chciał się jej pozbyć – wyszeptał do siebie w myślach. Schylił się powoli i wyciągnął sztylet. Był mały, ostry i śmiertelnie niebezpieczny. Rzucony, z łatwością przebiłby się przez czyjeś gardło. Podniósł głowę i zbadał wzrokiem odległość od Naumaril, która obecnie stała do niego tyłem i oglądała czyjeś ciało wbite w ścianę. Jeden szybki ruch…
- Na truchło Moandera! Ależ tu śmierdzi! – ktoś krzyknął trochę głośniej niż powinien. Młody żołnierz w troszeczkę za dużej kolczudze wszedł do byłej tawerny.
- Jankins! O co chodzi?! – zapytał z wyrzutem kapitan. Był zdenerwowany zachowaniem Naumaril, siedział w pełnej trupów budzie, a ktoś właśnie przerwał mu chyba jedyne przyjemne dziś myśli.
- Panie kapitanie! Melduję, że strażnicy zauważyli trójkę osób uciekających z… - rozejrzał się i przełknął ślinę - …miejsca zbrodni.
- Kto? – odparł kapitan. Jego głos przeszedł
z wściekłości w ciekawość.
- Wysoki człowiek w popielatym płaszczu. Pozostali to niziołek i krasnolud. Uciekają w stronę bramy miasta…
- Jak to uciekają?!!! Jeszcze ich nie złapaliście?! I co ty na bogów tu robisz?! Złapać ich i natychmiast tu przyprowadzić! - Żyłka po raz kolejny ozdobiła jego czoło.
- Kapitanie… ale było tylko pięć koni, a nas…
- Nie obchodzi mnie to! – warknął Ned - Chcę mieć głowy tych morderców na tacy!
- Uspokój się Ned – wtrąciła Naumaril – zachowujesz się jak jakiś… paranoik. Oddział straży z łatwością poradzi sobie
z trójką przestępców.
- Panie… Jak oni to – Jankins pokazał na stertę ciał
w pobliżu połamanej lady – zrobili?
- Skąd ja mam do cholery wiedzieć?!
- Oni w trójkę wybili całą tawernę? Nie chcę nic sugerować, ale do takich miejsc jak ta speluna nie chodzi się bez broni.
- Ci tutaj byli pijani… Tamci wbiegli i ich wybili.
- A tego rozerwali na strzępy… - stwierdził z ironią Jankins.
- Daj mi już spokój… - westchnął Ned kładąc rękę na czole i wykonując gest jakby odgarniał włosy. Jeszcze dziesięć lat i przejdziesz na emeryturę, pomyślał od siebie. Uspokoił się, podniósł głowę i zaczął się rozglądać po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakichś śladów, które pozwoliłyby mu chociaż zgadnąć co tu się wydarzyło.
- No, Ned! Kapitanie! Skoro jesteś tak wyszkolony i mądry, to co tu się stało?! – zapytała z typową dla niej pogardą Naumaril
Jeszcze dziesięć lat, powtórzył sobie w myślach, choć teraz ta perspektywa nie wydawała mu się pomyślna. Odchrząknął, rozejrzał się jeszcze raz po pobojowisku i zaczął z cicha:
- Najwyraźniej sprawcą tego całego zamieszania jest…
- Wielki rozszalały demon rodem z Dziewięciu Piekieł – ogłosił gruby gardłowy głos. Do tawerny wszedł średniego wzrostu mężczyzna odziany w płaszcz koloru liści. Długie brązowe włosy miał spięte w kitkę. Jego skórę, ciemniejszą niż u tutejszych, co wskazywałoby na południowe pochodzenie, znaczyły dziwne znaki. Lewa strona pociągłej, przystojnej twarzy była naznaczona fioletowymi zawijasami. Gdzieniegdzie pojawiał się liść, lub kwiat. Na każdym palcu prawicy miał wytatuowaną brązową strzałę. Przez ramię przewiesił sobie łuk. Przy pasie wisiał mu sejmitar o zielonej rękojeści i srebrnym jelcu. Zrobił kilka kroków, skrzywił się, po czym dodał – I na truchło Moandera! Co tu tak śmierdzi?
- A kim ty jesteś? – westchnął kapitan ponownie łapiąc się za głowę – I o czym ty do cholery gadasz? Jaki demon?
- Co wy robicie głupcy?!!! – wykrzyknął mężczyzna – zostawcie te ciała! Niszczycie ślady!
Strażnicy odwrócili się, spojrzeli na nieznajomego, po czym skierowali pytający wzrok na kapitana. Ten od niechcenia machnął ręką.
- Dobra! Zróbcie sobie przerwę.
Nieznajomy tropiciel stanął na środku komnaty i zaczął się rozglądać. Kapitan podbiegł do niego przeskakując po drodze zmiażdżone ciał kobiety i złapał go za ramię.
- Co to ma znaczyć?! Jakiś obcy, wymalowany fircyk wchodzi sobie bez pytania na zamknięty teren i ogląda zwłoki! Co to jest?! Muzeum?! – wyrzucił z siebie Ned tracąc resztki cierpliwości.
- A czy to wygląda na muzeum? – odparł spokojnie tropiciel wskazując ręką stłuczoną ladę i stertę trupów obok niej.
- Nie, a… - próbował wtrącić kapitan.
- No właśnie. Kapitanie Straży Miejskiej Dzielnicy Doków Miasta Waterdeep! Twój obszar pracy nawiedziły diabelskie siły. – z powagą stwierdził tropiciel.
- Nie… to robota człowieka, niziołka i krasnoluda, którzy wtargnęli tu w nocy i…
- Czy to wygląda na robotę człowieka? – przybysz wskazał na pożarte w połowie ciało jakiegoś półośka.
- Nie.
- Krasnoluda?
- Nie.
- Niziołka?
- Nie.
- Więc o czym pan mówi kapitanie?
Nedowi opadła szczęka.
- No dobrze. Ale to jeszcze wcale nie oznacza, że do tej tawerny wtargnął demon. Chyba, że chciał się napić piwa. – Kapitan wybuchnął śmiechem, ale gdy spostrzegł, że nikt inny się nie uśmiecha, szybko się uspokoił – Masz jakieś dowody?
- Z przyjemnością ci ich dostarczę, jeśli tylko pozwolisz mi się tu dokładniej rozejrzeć, a potem ruszyć za tą bestią..
- Skąd będziesz wiedział panie tropicielu – kapitan odrzekł przesyconym powątpiewaniem i pogardą głosem – dokąd udał się ów demon?
- Uciekł w kierunku bramy miasta. Ma nade mną godzinę przewagi. Doścignę go – odrzekł spokojnie tropiciel.
Kapitan uśmiechnął się i powtórzył – Skąd wiesz?
- Ścigam tę istotę od samego Riatavin. Słyszałeś o rzezi więźniów w tym mieście?
- Tak… Jakaś bestia wtargnęła do wię… - przerwał, a jego twarz przybrała wyraz zrozumienia pomieszanego z przerażeniem. Zawiesił wzrok na przeciwległej ścianie.
- Teraz rozumiesz, co tu robię. – rzekł po chwili mężczyzna. Kapitan przytaknął.
- Zaczekaj! Przecież to niemożliwe, żeby demon spokojnie spacerował sobie po mieście. Demon to… demon. – wtrąciła Naumaril.
- Ma przebranie… mężczyzny. – wyjaśnił powoli tropiciel - Wiem jak wygląda. Widziałem go.
Ned oderwał wzrok od ściany i spojrzał łucznikowi
w oczy.
- Ten mężczyzna? Bez obawy. Moi ludzie już się nim zajęli.
- Raczej on zajął się nimi. Kapitanie, pańscy ludzie nie żyją. – bez zmrużenia okiem odparł tropiciel. – A teraz pozwól, że już was opuszczę. Muszę pomścić twoich żołnierzy. – odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę drzwi.
- Zaczekaj! – Ned złapał go za ramię – Nie mogę cię tak po prostu puścić. Będziesz mi potrzebny przy pisaniu raportu. Będziesz też musiał zeznawać… - mężczyzna wyrwał się i ruszył dalej. – Czekaj! Wywalą mnie jak cię puszczę!
- Wrócę! – odrzekł tropiciel nie odwracając się.
- Nie, czekaj! Ktoś z moich ludzi musi iść z tobą. Taki regulamin. Proszę!
- Niech ci będzie. – stęknął tropiciel zatrzymując się w progu – tylko szybko.
Kapitan uśmiechnął się i spojrzał na swoich ludzi. – Jacyś ochotnicy? – Kilka osób cofnęło się pod ścianę – Żadnych?
Nagle jedna ręka podniosła się w górę, jeden głos wybił się ponad panującą ciszę.
- Ja pójdę! – wykrzyknęła Naumaril. Jej twarz zdobił malowniczy, szyderczy uśmiech. W oczach błyszczała złośliwość i drwina.
- Naprawdę nikt? – stęknął Ned ze smutkiem. Nie mógł jej wysłać i ona dobrze o tym wiedziała. Gdyby spadł choć jeden włos z głowy córki Claviusa, ten zrobiłby z kapitana straży pokarm dla królików. – Na pewno?
- Ja mogę pójść – z wyraźną satysfakcją powtórzyła Naumaril.
Ned z wyrzutem spojrzał na dziewczynę. – Dobrze wiesz, że, choćbym nie wiem jak chciał, nie mogę tego zrobić. Twój ojciec by mnie zabił.
- Jaka szkoda… - odrzekła Naumaril. – Taka okazja, żeby się mnie pozbyć. Może udałoby ci się…
Nagle do tawerny wbiegł kolejny żołnierz. Jego twarz była przerażona, a oddech urywany.
- Na truchło Moandera! Ależ tu śmierdzi! – Wykrzyknął. Przystanął na chwilę, nabrał powietrza w płuca i rozejrzał się po pomieszczeniu. Gdy dojrzał trupy jego twarz wykrzywił grymas obrzydzenia.
- Panienko! Wszędzie pani szukałem! – wykrzyknął do Naumaril, gdy tylko napotkał ją wzrokiem. – Niech panienka ze mną idzie.
- Gdzie chłopcze? I po co? – odrzekła dziewczyna wciąż uśmiechając się od ucha do ucha.
- Wytłumaczę panience po drodze… Szybko!
- Nie ruszę się stąd do póki nie powiesz o co chodzi! – stanowczo powiedziała Naumaril krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
- W porządku – odpowiedział żołnierz zrezygnowanym tonem pełnym smutku. – Niech panienka usiądzie…
- Mów!
- Uff... więc… - mężczyzna wahał się – Jakby to powiedzieć…
- Mów!!! – zaczynała się denerwować.
Żołnierz ponownie wciągnął powietrze.
- Ojciec panienki nie żyje. – wystękał szybko.
Jej twarz przeszła od złości, poprzez zaskoczenie aż do głębokiego smutku. Uśmiech zniknął. Zawiesiła oczy na ścianie. Nie chciała uwierzyć… a jednak to zrobiła.
- Jak… Jak to się… - próbowała wystękać.
- To zabawne… - powiedział z lekkim uśmiechem posłaniec. Ned zmierzył go wzrokiem. Twarz żołnierza natychmiast stała się poważna.
- Napadł go kieszonkowiec. – kontynuował. – Panienki ojciec szedł uliczką w pobliżu rynku. Jakiś facet w stroju żebraka uznał jego sakiewkę za łatwy łup i poszedł za nim ze sztyletem w ręku.
- Zabił go kieszonkowiec… - w jej oczach pojawiły się łzy.
- Nie całkiem. – posłaniec wzruszył ramionami i pokiwał głową. - Mężczyzna chwycił go za sakiewkę. Twój ojciec to spostrzegł i odwrócił się łapiąc kieszonkowca za nadgarstek. Wtedy złodziej próbował dźgnąć go sztyletem.
- Sztylet… - łkając wystękała Naumaril.
- Nie. – znów pokiwał głową - Twój ojciec uchylił się przed ciosem po czym wykręcił rękę złodzieja. Wyrwał mu sztylet i przewrócił go na ziemię. Złodzieja ma się rozumieć, nie sztylet. Zaczął go kopać. Wtedy ten niezdara skulił się na ziemi i zaczął wołać o pomoc. Usłyszała go jakaś grupa kupców, którzy szli w stronę rynku. Podbiegli i ujrzeli mężczyznę ze sztyletem w ręku kopiącego żebraka. Zrobili to, co każdy zrobiłby na ich miejscu. Przewrócili twego tatę i zaczęli go okładać pięściami i narzędziami, którymi mieli handlować. Twój tata miał pecha… Nie dali mu się wytłumaczyć… A jeden z kupców przyjechał do miasta z dostawą siekierek do sklepu Starego Redgara.
- Zatłukli go na śmierć… - wciąż płakała - Kupcy…
- Niech panienka nie płacze… - Chłopak próbował ją pocieszyć. Naumaril zaczęła oddychać trochę regularniej. - On… nie czuł bólu… Stracił przytomność kiedy oberwał młotkiem w głowę.
Dziewczyna znowu wybuchła płaczem.
- Ten kieszonkowiec… Wyrwę mu język… - jęczała przez łzy. – Dajcie mi go tutaj…
- Prawo już go ukarało. – odrzekł pewnie posłaniec. Dziewczyna spojrzał na niego z nadzieją.
- Tak panienko. – ciągnął dalej. – dostał miesiąc za próbę kradzieży.
Ned spojrzał zaskoczony. „Miesiąc? Zamknij się już!” pomyślał. Naumaril otarła łzy. Na twarzy jej pojawił się mściwy uśmiech.
- Poczekam.
- Nie – Przerwał jej kapitan. Uśmiech dziewczyny zniknął i pojawił się na twarzy Neda. Teraz on się zabawi jej kosztem… Za te wszystkie lata. – Właśnie zgłosiłaś się jako ochotniczka, by towarzyszyć… - Spojrzał na tropiciela.
- Ravenowi.
- Towarzyszyć Ravenowi w czasie pościgu za demonem. Jutro z rana wyruszacie.
Raven chciał się kłócić, by nie tracić czasu, ale spojrzał na Naumaril i zrezygnował. Dziewczyna spojrzała na kapitana z niedowierzaniem.
- Jak możesz Ned? – odrzekła tłumiąc łzy. Znów była wściekła.
- Mów do mnie z należnym szacunkiem! – powiedział tym razem spokojnie. To była chwila jego tryumfu. – Jestem od ciebie trzy dekady starszy i jestem twoim przełożonym do cholery!
- A… - Naumaril próbowała coś odszczeknąć.
- A twój ojciec BYŁ moim. – dokończył za nią.
- Niech cię szlag Ned – wykrzyknęła. Znów zaczęła płakać. – Straciłam ojca! Nie masz za grosz współczucia?!
- Ja straciłem ojca jak miałem 15 lat. Zabito go na moich oczach. Moja żona i dziecko zginęli w pożarze 10 lat temu. Nie mów mi o współczuciu. To nawet nie był twój prawdziwy ojciec. – powiedział zanim zdążył ugryźć się w język. Naumaril spojrzała na niego, po czym schowała twarz
w dłoniach. On westchnął cicho i kontynuował. – Jesteś rozwydrzonym bachorem, który żeruje na innych wszędzie szukając korzyści. Żyjesz tyko w nadziei, że wszyscy będą spełniać twoje kaprysy. Nie stać cię nawet na podziękowanie. Ale teraz widzisz, że nie zawsze będziesz…
Naumaril wybiegła z płaczem z tawerny. Raven spojrzał z pogardą na Neda i poszedł za nią. Ten odwrócił się do swoich ludzi.
- No co się tak gapicie? Do roboty! – wykrzyknął. Żaden z nich nie zareagował. Dalej patrzyli z niedowierzaniem. – Do roboty, mówię!
- Kapitanie… Jak pan mógł? – odezwał się do niego jeden z żołnierzy. Drugi tylko pokiwał głową.
- Zmarł jej ojciec… - dodał trzeci.
- Już mówiłem, że ja straciłem ojca jak miał… - Ned próbował się wytłumaczyć.
- Jak długo zajęło panu dojście do siebie? – przerwał mu pierwszy żołnierz. – Po jakim czasie zagoiły się te rany?
Kapitan opuścił głowę i cicho wyszeptał:
- Nigdy…
Po chwili podniósł się i krzyknął do ludzi:
- Trzeba być twardym! A teraz do roboty! Trzeba to uprzątnąć przed zmrokiem!
Żołnierze wrócili do pracy. Nikt nie kwestionował słów kapitana, choć był dopiero wczesny ranek. Ned usiadł na jednym z całych krzeseł, oparł głowę o rękę i nie ruszał się aż do zakończenia prac w tawernie. Gdy skończyli wynosić ciała na wóz, który miał wywieźć je na cmentarz, stanęli jeszcze raz przed kapitanem, by zameldować ukończenie zadania. Ten tylko machnął ręką. Żołnierze minęli go tylko i porozchodzili się do swoich domów, gdzie na każdego czekała rodzina
i najpewniej ciepła kolacja. Żaden z nich nie zauważył łzy na twarzy Kapitana Straży Miejskiej Dzielnicy Doków Miasta Waterdeep. Pierwszej łzy od wielu, wielu lat.
Kilka godzin później kapitan podniósł się wreszcie
z miejsca i wyszedł. Zdąży się jeszcze spakować by następnego dnia wyruszyć z Ravenem i Naumaril. W głowie przemknęła mu myśl, którą przyjął ze smutnym kiwnięciem głowy. „Niech to już będzie ostatnia podróż. Żegnaj Waterdeep”. Po chwili odrzucił ją jednak. Kochał życie, mimo tego, że dostarczyło mu tyle cierpień. Zawsze los może się odwrócić. W końcu nie jestem jeszcze taki stary, powiedział sobie w myślach. Nagle przed oczami stanęła mu Naumaril. Może teraz ty będziesz moim tatusiem?, usłyszał w głowie wyimaginowany, szyderczy głos.
- Nie… Co to, to nie… Los nie jest taki okrutny - wyszeptał. I ruszył w kierunku kwater Straży.
Post #2 04 Dec 2005, 19:38
Piszcie dalej panoćku! Macie moje pozwolenie!
Post #3 04 Dec 2005, 19:42
[center:07b7fb65af]Rozdział szósty:
Sen i jawa
1 eleasis, Rok Dzikiej Magii (1372 RD)[/center:07b7fb65af]

Olaff stał w długim, ciemnym, wilgotnym tunelu. Pod sufitem pełno było pajęczyn, a nierówną podłogę pokrywała gruba warstwa kurzu. Z każdym krokiem chmura krztuszącego pyłu wzbijała się w i tak duszne powietrze. Jedynym dźwiękiem jaki słyszał było regularne bicie własnego serca. Stuk! Stuk!. Już jakiś czas szedł przed siebie, ale nie napotkał nikogo. Nie widział żadnych bocznych korytarzy. Żadnych szybów w górę, żadnych w dół. Żadnych drzwi, żadnych niszy na ścianach. Tylko wciąż ten sam prosty tunel. Tunel, kurz i on. Stuk! Stuk! Nie wiedział, gdzie jest ani gdzie idzie. Stuk! Stuk! Nagle usłyszał za sobą coś jakby chichot. Odwrócił się gwałtownie sięgając ręką topora. Pusto. Olaff, weź się w garść, rozkazał sobie. Iść dalej, to jedyne co mógł teraz zrobić. Stuk! Stuk! Jego oddech stał się ciężki, a serce biło coraz mocniej, coraz głośniej, z każdym krokiem. Ha! Ha! Ha! Zerwał się do biegu. Nie, to nie są halucynacje… Wzbił się za nim nieprzenikniony obłok kurzu, gdy pośpiesznie przebierał swymi krasnoludzkimi nogami. Stuk! Stuk! W pośpiechu nie zauważył nawet gorącego podmuchu powietrza na twarzy. Tunel zaczął opadać. Korytarz za nim był cichy. Mimo tego, nie miał wątpliwości, że ktoś go goni. Stuk! Stuk! Coraz głośniej. Stuk! Stuk! Stuk! Stuk! To nie serce tak biło. Dźwięk dochodził z tunelu. Olaff prawie uśmiechnął się, gdy pomyślał jaki był głupi. Przecież dobrze znał ten dźwięk, pamiętał… młoty. Teraz rozróżnił wyraźnie szczęk metalu. Od czasu do czasu syk chłodzonej broni. Znał ten dźwięk i znał ten tunel… dom. Stuk! Stuk!
Nagle zobaczył przed sobą blade niebieskobiałe światło,
a korytarz otworzył się na olbrzymią komnatę o łukowatym, podpartym kamiennymi kolumnami suficie. Aby go dosięgnąć piętnastu rosłych krasnoludów musiałoby stać sobie na barkach. Podłoga pokryta była małymi kolorowymi kamykami. Układały się one w mozaikę przedstawiającą wielką górę
i różnokolorowy klejnot ukryty w jej wnętrzu. Kiedyś musiało być to piękne dzieło, ale obecnie w wielu miejscach była wytarta i zniszczona. Również to miejsce znał. Kiedyś tętniło tu życie. Tłok krasnoludów zawzięcie pracował przy olbrzymich piecach naginając metal wedle swych myśli. Najznamienitsi kowale wykuwali pancerze, miecze i topory znane ze swej wytrzymałości i piękna w całych chyba Krainach. Ojciec mówił mu, że zawdzięczali to Dumathoinowi, Milczącemu Strażnikowi, który podarował swym ulubieńcom mithril i klejnoty. Krasnoludy nauczyły się ujawniać ich siłę
i piękno, a w ich kuźniach nigdy nie gasły płomienie. Teraz jednak ognia nie było.
Gdzieś w odległym kącie pomieszczenia nad nieczynnym już paleniskiem stała zgarbiona sylwetka otoczona błękitną aurą. Podniosła głowę i Olaff rozpoznał w niej siebie. Nie, nie siebie… - Bracie… - wyszeptał. Oldwin zdawał się go nie zauważać. Pusty oczodół zakryty miał ciemną opaską
i wydawał się dużo starszy niż powinien. Jego wyraz twarzy przedstawiał wiele smutku i cierpienia. Wyjął z paleniska świecący na niebiesko kawałek metalu i zaczął kształtować go na kowadle. Stuk! Stuk! Dźwięk był cichy, jakby z bardzo daleka. Oldwin podszedł do kubła z wodą i zanurzył w nim ostrze. Idź do niego póki jeszcze możesz mały pokurczu!!! Ha! Ha! Ha! Olaff rozejrzał się szybko, ale nie dostrzegł nic poza starymi paleniskami, stertami kurzu i warstwami pajęczyn.
Zrobił krok w kierunku sylwetki brata i znowu wydawało mu się, że słyszy złowrogi chichot. Zatrzymał się tylko na chwilę, po czym ruszył dalej. Odgłos jego ciężkich powolnych kroków odbijał się echem pośród gigantycznej, prawie pustej komnacie powracając do uszu Olaffa niczym dzwony obwieszczające jego powrót. Jedynym co go zdziwiło, było to, że Oldwin nie podniósł wzroku by go przywitać, uściskać za te wszystkie lata, gdy byli rozdzieleni. Nie uśmiechnął się nawet. Stał tylko wciąż pochylony nad trzymanym w ręce ostrzem,
z głębokim smutkiem w lśniącym od łez oku. Olaff nigdy nie widział go w takim stanie. Ta twarz przyzwyczajona do śmiechu i radości nie powinna płakać.
- Wróciłeś Olafie – wyszeptał grobowym tonem Oldwin gdy brat zbliżył się do niego na dziesięć kroków. Chociaż wypowiedział to bardzo cicho, grube mury spotęgowały jego głos. Olaff przystanął.
- Tak, bracie. Me wygnanie skończyło się. Wróciłem do domu. – odparł Olaff stawiając krótki krok w stronę drugiego krasnoluda. Dostrzegł wtedy, że skóra jego brata jest nienaturalnie przezroczysta. – Dlaczego nikogo tu nie ma? Dlaczego Gorkan nie przyszedł przywitać starego przyjaciela?
- Czasy młotów minęły, bracie, a pustka zagościła
w sercach naszej rasy. Odszedłem, tak jak uczyniło już wielu
z nas. – odrzekł wciąż nie podnosząc głowy znad ostrza. Po jego policzku popłynęła obfita łza.
- Co ty mówisz bracie? Przecież stoisz tu obok mnie jak
i ja stoję obok ciebie. Ramię w ramię przekonamy naszych ziomków by powrócili w te mury i aby młoty znów zaczęły bić. – huknął radośnie Olaff robiąc kolejny krótki krok.
- Nic nie rozumiesz Olafie. Ci, którzy odeszli, nie powrócą. – odwrócił się powoli w stronę zaskoczonego brata. Jego oczy jaśniały smutną bladoniebieską łuną, a w dłoniach ściskał z każdą chwilą coraz mniej rzeczywiste ostrze. – Tak jak znika stal i srebro, by rdzy uniknąć, tak i prawe serce odchodzi do Dumathoina, by nie dosięgło go zepsucie. Czy twe serce jest prawe bracie? Czy żyłeś jak na krasnoluda przystało dbając o honor klanu i dobro swej rasy?
- Ja… - Olaff opuścił głowę. Jego życie od kiedy opuścił ojczyznę było puste niczym łeb goblina. Nie uczynił nic, czym mógł zasłużyć na miejsce Pod Górą – w wiecznej kuźni Milczącego Strażnika. Teraz widział wyraźnie, ile błędów popełnił, a raczej ile dobrego nie zrobił. Przez dwadzieścia lat siedział zamknięty za murami, karmiąc gorycz swego serca litrami piwa i zagłuszając wołanie świata uderzeniami młota
o stalowe kowadło. Ta egzystencja nie miała sensu. Również jego oczy zaszkliły – Ja… Naprawię to, naprawię braciszku. Bym mógł do was dołączyć.
Z tymi słowami rzucił się w stronę brata by wziąć go
w objęcia. Jego dłonie przeszły jednak przez niego jak przez mgłę, a jego ciało jednocześnie dotknęło uczucie przeraźliwego zimna. Zimna, które było gorące niczym płomienie kuźni w porównaniu z lodowatym sercem Olaffa, który dopiero teraz zrozumiał, co stało się z jego bratem. Jednocześnie do jego nozdrzy dotarł odór śmierci. Smród, od którego zakręciło mu się w głowie, a żołądek zapulsował w nagłych skurczach. Zatoczył się do tyłu i z niedowierzaniem patrzył na rozpływającą się, przejętą smutkiem sylwetkę jego brata.
Przeraźliwy chichot jak igła wbił się w jego umysł,
a dokoła zaczęły pojawiać się duchy jego ludu. Twarze, które tak dobrze pamiętał. Twarze, które już całe lata temu wyganiały go z domu jego ojca. Twarze, które zatrzasnęły za nim wrota, uniemożliwiając mu powrót do domu.
- Wróciłeś Olaffie – szepnął szyderczy głos pochodzący od krasnoluda o jasnej brodzie i błyskotliwym spojrzeniu – Jak cudownie.
- Tchórzu, jak śmiesz się tu pokazywać?! – huknęła młoda krasnoludzica. Cała sala była już pełna jej ziomków.
- Olaffie!
- Przebrzydła świnio! Wyrzutku ludu krasnoludów! Wróciłeś tylko po to by cierpieć! – ktoś zakrzyknął. Duchy otoczyły Olaffa i zaczęły się zbliżać. Ten wyciągnął topór
i zaczął nim wymachiwać przed sobą, próbując odgonić agresorów.
- Elfi pomiocie! Zdrajco klanu! Tu czeka cię zasłużone cierpienie!
- Olaffie!!!
- Gobliński psie! Dołącz do nas!!!
- Umieraj! – okrzyki narastały, a ich echo powracało do uszu jedynego żywego krasnoluda z tysiąckrotną siłą prawie rozsadzając mu bębenki i przyprawiając o coraz większe zawroty głowy.
Olaff uderzył toporem z całą swą siłą. Ostrze przeszło przez szyję przeciwnika nie robiąc mu najmniejszej krzywdy. Ten wyszczerzył się tylko i zbliżył o kolejny krok.
- Olaffie!!!
- Gnido!!! – ból w jego głowie osiągnął stan krytyczny. Wiedział, że nie ucieknie. Żaden z ciosów nie mógł nic zrobić tym przerażającym widmom, a tylko kosztował go wiele wysiłku. Upuścił topór i zdobył się na desperacki krok. Szurnął lewą nogą o zakurzoną podłogę i zaszarżował w kierunku wrót, którymi tu przybył. Całun kurzu zakrył pole tej nierównej bitwy. Olaff bieg,ł choć jego mięśnie paraliżowała nieustająca fal przenikliwego zimna. Biegł. Wrota majaczyły już kilka kroków od niego.
Nagle zakręciło mu się w głowie, zatoczył się, potknął
i upadł jak długi ponownie wzbijając w powietrze chmurę pyłu. Sylwetki wciąż się zbliżały, a on nie mógł nic zrobić. Czuł się taki stary i słaby. Nachyliła się nad nim znajoma postać. Jej twarz była pokryta gniewem i nienawiścią, nie… strachem?
- Olaffie!!! Obudź się!!! Olaffie!!!
Otworzył oczy. Po zakurzonej, pokrytej pajęczynami komnacie nie zostało śladu. Duchy wyparowały, a chmura kurzu zniknęła. Ciemny, popękany sufit zastąpiło bezchmurne letnie niebo. Ból głowy oraz uczucie przenikliwego zimna jednak pozostało. Spostrzegł, że leży na miękkiej, zielonej trawie w jakimś zagajniku. A może to była polana w jakimś lesie? Umysł Olaffa szybko odrzucił jednak tą kwestię, gdy spostrzegł, że teraz uśmiechnięta twarz nad nim odwraca się, krzyczy coś jakby „Obudził się!!!” i ponownie patrzyła niego. Któż tam jeszcze jest?
- Bran… - fala bólu zalała jego zdrętwiały język. Ponownie na chwilę go zamroczyło.
- Nic nie mów, odpoczywaj. Coś musiało ci się przyśnić. Krzyczałeś i cały się trząsłeś. Ale już po wszystkim. – odrzekł uśmiechnięty niziołek. Jego twarz miała lekko brązowy odcień, a barwę tę pociemniała jeszcze mocna opalenizna. Brązowe włosy miał zaplecione w cienkie warkoczyki i spięte z tyłu głowy. Roześmiane, piwne oczy patrzyły z współczuciem na rannego krasnoluda. Jakiś głos w tle o coś zapytał. Bran odwrócił się i pokiwał głową.
- Zaraz poczujesz się lepiej. – szepnął mu do ucha brązowowłosy niziołek. Jakaś postać stanęła nad nim, włożyła rękę pod płaszcz i wyciągnęła mały, niebieski flakonik. Gdy Olaff ujrzał kamienną. zasępioną twarz, wydarzenia z ostatnich dni stanęły mu przed oczami. Ponownie ujrzał pełną śmierci tawernę. Sterty ciał leżały na ciemnoczerwonej od krwi podłodze. A pośród nich ten mężczyzna. Sprawca całego zła – BYŁY kapłan Cyrica, jak rzekł. Demon w ludzkiej skórze. Jak on się zwał? Aerion?
Mężczyzna nachylił się nad nim i bez słowa przyłożył mu butelkę do ust. Cholera! Trucizna. Jasnoniebieska ciecz o smaku migdałów przesączyła mu się przez gardło. Poczuł gorąco rozchodzące się po całym ciele. Mgła, przesłaniająca do tej pory jego oczy zniknęła niczym Waukeen w Czasach Niepokojów. Drgawki oraz uczucie chłodu opuściły go, a pęknięta czaszka zaczęła się zrastać. Ból głowy jednak pozostał i Olaff był pewien, że żadna magia nie zdoła go stłumić. Przynajmniej przez jakiś czas.
- Musimy ruszać. Może iść? – zapytał mroczny kapłan. Jego kamienna twarz jak zwykle nie zdradzała żadnych uczuć.
- Wątpię. – odparł niziołek kręcąc nieznacznie głową. – Musimy dać mu trochę czasu na wydobrzenie.
Wąskie usta mężczyzny wykrzywiły się w ponurym grymasie. Zaczął pocierać brodę w wyrazie głębokiego zamyślenia.
- Nie, nie możemy czekać. – rzekł po chwili. – Pewnie już wysłali za nami pościg. Gdyby wyruszyli wczoraj, pewnie już by nas złapali. Wyruszyli więc o świcie. Nie wiedzą w którą stronę się udaliśmy, co oznacza, że mamy jakieś cztery, pięć godzin przewagi, zanim zbadają teren obok miasta. Pewnie mają konie, więc spada to do dwóch. Trzeba ruszać.
- Poczekamy, a ty ich wszystkich zabijesz. – stwierdził cicho Olaff. – Jak tamtych.
Niziołek spojrzał pytająco na Aeriona, a ten opuścił
z westchnieniem głowę i mruknął ponuro:
- Nie będę ci się tłumaczył z tego zajścia w tawernie. Poza tym, oni zasłużyli sobie na śmierć. No, prawie wszyscy.
- „Zajście”. Trafne określenie. – odrzekł z grobową miną Olaff.- Poza tym chodziło mi raczej o tych strażników.
Były kapłan uniósł lekko brwi, po czym odwrócił się
i odszedł z pola widzenia krasnoluda. Bran dalej nie wiedząc
o co chodzi odwrócił się w stronę Olaffa.
- Co się tak gapisz chłopcze? Podaj mi lepiej coś do picia. – stęknął mrużąc oczy i kładąc rękę na gorącym czole. Mikstura pomogła ale i tak będzie potrzebował dzień, może dwa, zanim będzie mógł funkcjonować normalnie. – Najlepiej wodę… tak, zimną wodę.
Bran nie ruszył się z miejsca. Wciąż patrzył na ogorzałą Olafa. Ten już miał go złajać za nieposłuszeństwo, gdy niziołek otworzył usta i zapytał:
- O co chodzi z tym „zajściem”? I jacy strażnicy? – Krasnolud patrzył na niego zdumiony. Czyżby ten chłopak nie zauważył jak ten kapłan rozrywa strażników na strzępy? Całą grupę, która blokowała im drogę do bram miasta? Bran źle odczytał minę Olaffa i pospiesznie dodał - …Sir!!!
- Jaki tam ze mnie sir… Nie wiem nawet, czy mogę zwać się krasnoludem. Ale nieważne. – wystękał krasnolud
i podniósł się na łokcie. Zaciekawione oczy niziołka nie odrywały się od jego oczu. Naprawdę tego nie widział? A może ten demon użył jakichś przeklętych czarów, żeby wymazać to z jego pamięci? W takim razie czemu oszczędził moją? – Nie mów mi, Bran, że nie widziałeś jak on to zrobił. – Tu powoli, z wysiłkiem na twarzy uniósł rękę w kierunku siedzącego na skraju polany Aeriona.
- CO zrobił, sir? – uparcie pytał niziołek.
- Zabił strażników!!! – warknął gniewnie Olaff. Kapłan Cyrica poruszył się nerwowo jakby miał wstać, ale odwrócił tylko wzrok. - Nie mów mi, że straciłeś przytomność, bo w to nie uwierzę.
- O czym pan mówi, sir?! – niziołek krzyknął trochę zbyt głośno i nerwowo, co spowodowało zmarszczenie się brwi krasnoluda. - Przecież on nie zabił żadnych strażników. – dodał ciszej.
- To jak się stamtąd wydostaliśmy? Tam był tuzin żołnierzy! – odrzekł gwałtownie ranny krasnolud.
- Ja… nie wiem… Pamiętam tylko rozbłysk światła.
A potem byliśmy tutaj… - niziołek spuścił głowę.
- Magia. Zwykłe zaklęcie teleportacji. – wtrącił Aerion wciąż siedząc na skraju polany. – Nie zabiłem tych cholernych strażników!!!
- Kłamiesz! – rzucił pośpiesznie Olaff – Nie jestem magiem, ale wiem, że kapłani nie potrafią rzucać takich czarów.
- Mam… miałem pierścień teleportacyjny. – rzekł spokojnie kapłan, po czym dodał ostrzej - Ostatni, poza miksturą, którą wypiłeś, magiczny przedmiot jaki znajdował się w moim posiadaniu.
- Pokaż go!!! – warknął Olaff.
- Jesteś głuchy krasnoludzie, czy głupi?! Mówię ci, że już go nie mam! Wyczerpaliśmy ostatni ładunek! A teraz rusz tylną część twego cherlawego krasnoludzkiego ciała, bo jeśli tamci strażnicy dorwą nas piknikujących sobie na polance, wyłupię ci oczy i będziesz żałował, że nie zginąłeś uderzając głową
o chodnik!!!
Olaff chcąc, nie chcąc zamilkł i zaczął się podnosić. To się nazywa siła perswazji, pomyślał. Wstał, a jego ciało zalała fala tępego bólu. Zachwiał się i byłby najprawdopodobniej upadł, gdyby nie przyjazne ramię Brana, na którym znalazł oparcie.
Aerion ruszył już, a jego sylwetka majaczyła daleko na ścieżce. Nie oglądał się nawet, czy dwójka jego towarzyszy (więźniów?) podąża za nim. Szedł tylko długim, pewnym krokiem, a przetłuszczone kruczoczarne włosy falowały na wietrze, niczym wodospady płynnego onyksu spadające
z wysokich szczytów.
Olaff stał i patrzył tępo na kapłana, który wyrwał go
z zacisza kuźni, by w ciągu ostatnich dwóch dni przeżył więcej, niż pisane mu było przez całe dotychczasowe życie. Tyle śmierci, cierpienia i bólu, ile doświadczył, sprawiło, że czuł się słaby, nic nieznaczący. Bolała go głowa, dusza, serce. To było zbyt wiele jak na krasnoluda, który przez dwadzieścia lat nie wystawiał nosa poza własną komnatę, który od dwudziestu lat nie słyszał szczęku stali uderzającej o stal. No, może poza odgłosem kowalskiego młota, który w deszczu iskier opada na… no właśnie, na co? Na nowy pogrzebacz? Nowy kufel? Kawałek ogrodzenia dla Toldryna Cieśli? Żadnej mocy, żadnego piękna. Zdrada krasnoludzkiej sztuki. Zmarnowane siły i nic co można by poświęcić Dumathoinowi. Ojciec Olaffa byłby zawiedziony.

* * *

- Bran, uciekajmy! Taka okazja już się nie nadarzy! - szepnął Olaff, gdy zły kapłan zniknął z pola widzenia. – Wrócimy do miasta. Twoja mama pewnie się martwi.
Bran spojrzał na niego ponuro. W jego oczach widać było żal, a jednocześnie jakiś dziwny błysk. Patrzył teraz
w ziemię, jakby zastanawiał się nad czymś. Po chwili podniósł głowę i powiedział.
- Panie Olafie. Powiem teraz coś panu, ale niech pan przysięgnie, że nie powie pan tego nikomu, a zwłaszcza mojej mamie. – Jego wzrok napotkał oczy Olaffa.
- W porządku. Jeśli tak ci na tym zależy, chłopcze. – Odparł z lekkim uśmiechem krasnolud.
- Dobrze… W Waterdeep… – Przerwał na moment, jakby wciąż się trochę wahał. Nabrał powietrza w płuca
i kontynuował. – W Waterdeep istnieje pewna… ee… tajna organizacja. Jakby to powiedzieć… Gildia osób, które… eee… które czasem… no… no… jeśli muszą, to…
- No? – zachęcił go Olaff.
- …No gildia złodziei!!! – powiedział zrezygnowany niziołek.
- Co takiego?! Nie może być! – odkrzyknął w udawanym zdziwieniu Olaff chichocząc w duszy. Będzie miał kilka minut dobrej zabawy. – Gildia złodziei?! W naszym mieście?! Trzeba szybko donieść Lordom! Musimy wracać.
Wyraz bólu i strachu przeszedł przez napiętą twarz niziołka. - Ja zgłosiłem się do niej i… Niech się pan nie gniewa… I oni kazali mi przynieść im pański… ee… topór. - Olaff zmrużył oczy w udawanym gniewie. – Ja bym go oczywiście nigdy nie wziął… i… tego ja… miałem go przynieść wczoraj wieczorem. I teraz już nie mogę wrócić.
- A to dlaczego? – Olaff złapał się rękami za biodra „oburzony” – Mały złodziej podpadł swoim panom?
Słowa uderzyły w twarz Brana niczym bicz, a oczy zaszkliły się od siły ciosu. – Ja… Oni… Zabiją mnie, jak mnie złapią. A gdy się dowiedzą, że mama też o nich wie, to ona też zginie. I pan… Ja… nie chciałem tak nabroić. – Olaff w duszy spoważniał. Więc sprawa był poważniejsza niż myślał.
- Czyś ty durniu zmysły postradał? Po co ryzykujesz życiem dla takich głupot? Życie ci niemiłe? – pytał zachmurzony. Niziołek ze wstydem opuścił głowę. Po policzku spłynęła pojedyncza łza. Wyglądał jak dziecko przyłapane przez rodziców na strzelaniu z procy do nieznajomych ludzi. – Zastanów się, co sobie pomyśli twoja matka, gdy się dowie…
- Przepraszam… - skamlał łamiącym się głosem Bran.
- Nie przepraszaj. Przynajmniej nie mnie. Wrócimy do miasta i poprosimy o audiencję u Lorda Piergeirona. Albo u kogoś z jego podwładnych. Pozbędą się tej… - zamilkł na chwilę w zastanowieniu. Jego twarz złagodniała - …organizacji, tak, jak zrobili to z Gildią Xanathara. A ty może nawet dostaniesz jakiś order… - znów się zamyślił, a jego mina momentalnie nabrała srogiego wyrazu. – Tylko żadnych więcej szaleństw! Lordowie zadbali, żeby każdy w mieście miał… no…tego… w miarę dobrze i nie trzeba się posuwać do kradzieży. To jest złe i może zepsuć życie. Co by zrobiła twoja matka, gdyby cię złapano i skazano na śmierć albo wygnanie? Załamałaby się z rozpaczy. A jeśli faktycznie brakowało ci pieniędzy na… nie wiem… kwiatki dla jakiejś pięknej młodej niewiasty, mogłeś przyjść do mnie. Na pewno bym ci nie odmówił. Zresztą chciałem zacząć ci płacić za… ee… - zawahał się. – sumienną pracę jako czeladnik. Dostałem ostatnio trochę złota za tą zbroję i… cholera!!! – Jego i tak czerwona i opuchnięta twarz nabrała bordowego koloru, przez co wyglądał jak duży, dorodny burak z południowych pól.
W oczach pojawiły się iskry jakie widać u wojowników w sercu bitwy. Wargi wykrzywiły się w mściwym grymasie. - Mój płaszcz!!! Pełna sakwa złota!!! Cholera!!! Widzisz?! To po to krasnolud przez dwa tygodnie wypruwa sobie flaki, żeby jakiś obśliniony pijak w tawernie podwędził… Na cycki sukkuba!!! Kradzież jest zła i dostarcza dużo cholernych nerwów! Zrozumiano?
- Tak, panie Olaffie… - odparł zaskoczony gwałtownością już nie tak chętnego do dzielenia się krasnoluda. Pewnie gdzieś w Planach Abbathor (krasnoludzkie bóstwo chciwości, przyp. aut.) zacierał sękate pełne pierścieni dłonie, ciesząc się, że jego dziedzina wciąż tkwi mocno zakorzeniona w kamiennym ludzie.
- Wszystko przez tego przeklętego kapłana!!! Całe zamieszanie i tak dalej!!! Cholera!!! Cały mieszek!!! Mogłem sobie za to kupić pięć tuzinów becz… - zatrzymał się przypominając sobie twarz brata i pustkę swego dawnego życia. Zawiesił oczy w powietrzu i znów przemierzał wymarłe sale Velt - …młotów, toporów i kilofów by lud mych braci powrócił do swych kopalń i kuźni i obrabiał skarby ziemi ku czci Pana Tajemnic Spod Góry! Bym mógł dołączyć…
Niziołek opuścił szczękę i z nieukrywanym zdziwieniem patrzył na nieobecnego Olaffa.
- Panie Olaffie!!! – krzyknął przerywając potok słów wypływający z popękanych ust Steelhammera. – Uderzył się pan w głowę… Opuchlizna widać jeszcze nie zeszła. Niech pan się położy, a ja pobiegnę po Aeriona. Skoro jest kapłanem, może ma jakieś czary leczące. – powiedział spanikowany niziołek. Albo usypiające, pomyślał. Olaff spojrzał na niego groźnie. Zmarszczył brwi i zacisnął pięści.
- Nie traktuj mnie jak szaleńca smarkaczu! Nie trza mnie leczenia, a porządnej walki… – rozpogodził się trochę. Na twarzy pojawił się mroczny, mściwy uśmiech. Przyspieszył kroku i wysuną się przed niziołka. – Na przykład
z demonicznym kapłanem Cyrica.
- Cyrica?! – wrzasnął niziołek. – To niemożliwe! Przecież panu pomógł. Dał panu miksturę i…
- Najpierw rozwalił mi głowę! Ma na ramieniu nieświęty symbol Księcia Kłamców! Czerep bez szczęki na czarnym słońcu! Zrobił rzeź w tawernie. Zamienił się w demona i wszystkich pozabijał. Jest zły do szpiku kości. Cholerny szuja. Przez niego straciłem złoto! Jakbym miał czas, to pewnie znalazłbym mój płaszcz. Pewnie był jeszcze
w tawernie. Ale musiałem stamtąd lecieć, żeby ratować twoje życie. Przed nim! Kto wie, czy gdyby nie ja, nie skręciłby ci karku. A teraz go zabiję!
Niziołek przewrócił oczami, czego odwrócony Olaff na szczęście nie zauważył. A więc głowa krasnoluda ucierpiała bardziej niż się wydawało. A teraz zrobi coś bardzo głupiego. Przypomniał sobie stare powiedzenie, że z szaleńcem dogada się tylko szaleniec. Już wiedział co zrobi. Odchrząknął, podbiegł do krasnoluda i złapał go za ramię. Ten odwrócił się gwałtownie.
- Czego? – spytał grzecznie Olaff.
- Panie Olaffie. Głupotą nie zaskarbi pan sobie łaski Dumathoina. – zaczął niziołek. Twarz Steelhammera rozluźniła się. – Jeśli to, co pan mówi jest prawdą, tamten tylko pana zabije.
- Co sugerujesz, Bran? – spytał zaciekawiony.
- Lepiej pobyć z nim trochę, poznać jego słabości
i mocne strony i zaatakować, gdy będzie się tego najmniej spodziewał. W otwartej walce nie mamy szans. Zobaczymy dokąd zmierza, może nawet uda nam się znaleźć jakichś sojuszników. A potem oddamy go … - zmrużył oczy – albo jego ciało w ręce straży i dostaniemy... dostanie pan w nagrodę dwa razy tyle złota, ile pan stracił.
Krasnolud podrapał się po głowie i skrzywił się, gdy ból znów rozlał się z rany. Po dłuższej chwili mina mu się rozjaśniła. Spojrzał na niziołka, klepnął go mocno w ramię
i zaśmiał się głośno.
- Mądrze prawisz smyku! – krzyknął niziołkowi w ucho, na co ten tylko cofnął się o krok przestraszony. Krasnolud odwrócił się i ruszył przed siebie lekkim krokiem pogwizdując sobie jakąś skoczną melodyjkę.
Bran stał jeszcze chwilę patrząc na swego kompana.
- Tylko szaleniec… - uśmiechnął się z dumą i pobiegł za krasnoludem.

***

- Ile można czekać! – warknął Ned.
Stał już przeszło godzinę przy wschodniej bramie miasta, a Naumaril jeszcze się nie pojawiła. Spojrzał na tajemniczego tropiciela, który co chwilę chodził w koło z posępną miną. Jego kaptur rzucał cień na i tak posępną minę. Po jego krokach widać było, że też jest zdenerwowany. Jego zwierzyna uciekała, a on czekał na jakąś dziewuchę. Ned mu się nie dziwił. W prawdzie już parę razy próbował opuścić Waterdeep, ale na szczęście strażnicy otrzymali stosowne rozkazy i Raven został zawrócony.
Dzień był piękny, ale przypominające nici jedwabiu chmury nad zachodnim niebem zapowiadały szybką zmianę pogody. Kapitan straży westchnął myśląc o ulewie, jaka go najprawdopodobniej czekała. Od lat nie opuszczał miasta dalej niż na kilkanaście staj, dokąd to sięgały granice obszaru patrolowanego przez oddziały Straży. Jeszcze kilka dni temu, jeśli ktoś powiedziałby mu, że porzuci to względnie spokojne życie, jakie toczył w mieście, ten wyśmiałby go. A jednak…
Ludzie zaczynali już opuszczać swoje domy i sunąć powoli na rynek, gdzie zarabiali, w sposób legalny lub mniej, te kilka monet na ciepłą strawę dla rodziny, czy opłacenie domu. Nie spieszyli się zbytnio, ciesząc się pięknem poranka. Miasto budziło się do życia. Grupka dzieci zaczęła walczyć drewnianymi mieczami, wyzywając się od orków i goblinów. Kobiety, nie widząc ewidentnego symbolu zmiany pogody, beztrosko wieszały pranie na przeciągniętych gdzieniegdzie sznurkach rozmawiając. Mały biały pies przebiegł przez ulicę trzymając w pysku dorodną, białą kość, pewnie podarunek od jakiegoś dobrego karczmarza.
Rozbrzmiał dźwięk trąbki grając dobrze mu znaną wojskową melodię, sygnalizując zmianę warty przy bramie. Oznaczało to, że ta pyskata dziewucha spóźnia się o przeszło dwie godziny.
Nagle z ulicy prowadzącej do południowo-zachodniej części miasta, gdzie do niedawna mieszkał sir Clavius Telmaryne, nadjechał dwukołowy wóz, ciągnięty przez szarą, wychudzoną szkapę. Wóz obładowany różnymi zdobionymi skrzyniami i kuframi posuwał się wolno, a woźnica nie starał się popędzać konia, który gdyby przyspieszył, pewnie padłby po kilku metrach. Nagle puścił lejce poniósł się trochę i pomachał do kapitana. Poranne słońce zatańczyło na długich blond włosach opadających na ramiona, a kpiący uśmiech był widoczny z daleka. Ned po raz kolejny westchnął kręcąc głową.
Kilka minut później wóz zatrzymał się przy łysym mężczyźnie. Naumaril roześmiana zeskoczyła z kozła.
- Gotowi do drogi? Piękny dzień nas czeka.
Ned myślał, że wybuchnie. Wiedział, że dziewczyna szydzi z niego i z Ravena.
- Miałaś tu być jakieś… - spojrzał na wschód, gdzie słońce było już w połowie drogi pomiędzy horyzontem
a szczytem nieba. – dwie godziny temu, do cholery!!!
- O co ci chodzi? Przecież musiałam się spakować. – powiedziała spokojnie Naumaril. Kiwnęła głową w kierunku skrzyń na wozie i uśmiechnęła się szeroko, od ucha do ucha. Bez sztyletu szerzej się nie da, pomyślał Ned.
- Zwariowałaś? Chcesz TO brać ze sobą?! – uniósł ręce do góry, jakby krzyczał do bogów o litość.
- Mam tam same potrzebne rzeczy. – powiedziała spokojnie – Ubrania na zmianę. Na wypadek deszczu, wiatru, śniegu…
- W lecie?! – ryknął z niedowierzaniem czerwony kapitan.
- Nigdy nic nie wiadomo. – pokiwała palcem jakby zwracała się do małego dziecka. Przymknęła oczy i wyliczała dalej. – Na wypadek gradu, mgły, ładnej pogody. Trochę jedzenia, jeszcze trochę ubrań. Teleskop, mapę, składaną drabinę, trzydzieści łokci liny, suknię balową, wędkę, kilka płaszczy, futro, piłkę, dwa worki piasku, tuzin par butów, dwie butelki wina, zastawę, koc, kilka książek, mydło, perfumy, szlafrok, koszulę nocną…
Ned nie słuchał. Patrzył tylko na twarz Naumaril, na swoją zaciśniętą pięść, znów na jej twarz. Odchylił rękę za siebie i zrobił krok do przodu. Rozmarzony uśmiech na jego twarzy rozpłynął się, gdy silna ręka chwyciła go za przedramię.
- Co do… - zaczął.
- Na koń! Ruszamy! – powiedział dobitnie tropiciel
i jakimś cudem nikt, tu Ned pomyślał o tej parszywej blondynce, nie zaprotestował.
- Cóż za siła perswazji – wyszeptał pod nosem. Odwrócił się w kierunku swego konia, karej klaczy, która beztrosko skubała kępki trawy rosnące gdzieniegdzie na poboczu drogi, i podszedł do niej. Z dużą wprawą wskoczył na grzbiet, po czym poklepał ją po krytej sierścią szyi. Ściągnął lejce i odwrócił się w kierunku kompanów.
Był co najmniej zaskoczony, gdy ujrzał Naumaril odczepiającą przeładowany wóz od marnej szkapy. Nie uśmiechała się już, a jej twarz spochmurniała niczym zachodnie niebo. Ned zrozumiał, że przed chwilą chciała się po prostu zemścić na kapitanie, który wczoraj potraktował ją okropnie. Próbowała ukryć swój smutek pod fasadą pychy
i bezczelności. Biedna, samotna, pokrzywdzona przez los Naumaril. Prawie było mu jej żal. Prawie…
- Zapowiada się dziś na piękną pogodę! Najprawdopodobniej będzie gorąco przez cały najbliższy tydzień! – zakrzyknął wesoło kapitan, dotykając jedną ręką worka przy siodle, gdzie jego płaszcz przeciwdeszczowy, schludnie zapakowany, leżał czekając na chwilę, gdy będzie bardzo potrzebny. Rzucił okiem na pierzaste chmury, po czym wyszczerzył zęby w poczciwym uśmiechu, szerokim od ucha do ucha. Naumaril podniosła głowę znad sterty skrzyń. Podeszła do swej chudej szkapy i, ku wielkiej radości Neda, rzuciła coś na wóz.

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026