|
Post #1
25 Dec 2005, 19:35
Postać: Quel… jesteś pewien, że to dobry pomysł? Nie podoba mi się to.
Quelthan: Wiem przyjacielu, ale jeśli… jeśli to jest jedyny sposób, aby uwolnić się od tego głodu to muszę to zrobić. Postać: Nawet, jeśli ma cię to kosztować życie? Quelthan: Każdy kiedyś umrze. Postać: A co z Zakonem? Pomyśl o nich zanim ruszysz na samobójczą wyprawę! Quelthan: Oni… oni zrozumieją… *Twierdza Zakonu… majestatyczna warownia dziś w nocy jest wyjątkowo spokojnym miejscem… wszyscy odpoczywają po wieczerzy w swych komnatach. Tylko w jednej dzieje się coś dziwnego…* Quelthan: Jestem gotów do drogi Książe. Wybacz, że tak nagle muszę opuścić twierdze… Khazar: Nie tłumacz się bracie, rozumiem cię. Niech Lathander cię prowadzi. Quelthan: Hael Książe i do zobaczenia… *Wrota Zamku otwarły się… po chwili wyjechał przez nie zakapturzony jeździec na nightsaberze. Mknąc przez las Elvyn, przez pola Westfall, przez dżungle Stranglethorn postać miała tylko jedną myśl w głowie… myśl, która wysłała go na wyprawę w rodzinne strony* „Wróć tam gdzieś się narodził… wróć do miejsca gdzie elfy królują, gdzie Elune jest królową… wróć, do Kalimdoru… Znajdź tam elfa, który elfem nie jest, znajdź tego, co nie widzi, znajdź tego, w którego żyłach płynie krew demona, znajdź tego, którego Thinusem zwą…, choć się różnicie to jesteście jednością. Śmierć jednego wyleczy drugiego…” *Po dwóch dniach wędrówki postać wreszcie dotarła nad południowe wybrzeże… Szum fal, lekka bryza, dźwięk mew i miasto portowe… tak to Booty Bay. Neutralne miasto otwarte zarówno na Sojusz jak i na Hordę. To miasto słynie także z jednej rzeczy: z karczmy pod Martwym Rekinem – najlepszego miejsca dla znalezienia dobrego statku. Tam właśnie udała się postać* Służka: Witaj panie, mogę ci w czymś pomoc? Quelthan: Piwa, a i powiedz mi który statek jest najszybszy… Służka: Najszybszy? Nie wiem panie… ale chyba „Skrzydło Mewy”. O tam siedzi kapitan *wskazała na mężczyznę w rogu* Quelthan: Dziękuje… *postać spojrzała na starszego mężczyznę siedzącego w rogu… czarny kapelusz… opaska na oku, długa, siwa i niezbadana broda wyglądały dla Quela dziwnie znajomo…* Reggis! Ty stary capie widzę że się nieźle trzymasz. Kapitan: A ty kto? *Postać ściągnęła kaptur, oczom marynarza ukazał się nocny elf o długich, ciemno niebieskich włosach i takiego samego koloru brodzie. Jasno niebieska skóra często występuje wśród przedstawicieli Keldorei, zwłaszcza wśród starszych. Wszystko by było w porządku gdyby nie oczy… tak, te oczy… te oczy straciły swój dawny blask. Gdyby ten elf leżał bez ruchu na ziemi to po tych oczach każdy by powiedział że nie żyje.* Quel! Niech mnie Maelstorm pochłonie jeśli to nie ty! Siadaj! Co cię tu sprowadza? Quelthan: Kopę lat przyjacielu. Nie przewiózłbyś mnie do Twierdzy Feathersmoon? Kapitan: Aż tam?! Hmm… nigdy mnie tam nie było, podobno Orki patrolują południowe wybrzeże i… *Kapitan nie dokończył, Quel położył sakiewkę wypchaną po brzegi złotem. Na ten widok wszelkie wątpliwości kapitana się rozwiały…* Ach Quel, zawsze wiedziałeś jak ze mną gadać! Wypływamy o świcie. Quelthan: Dziękuje. *Minął dzień… Quel udał się do swego pokoju w „Martwym Rekinie”. Pokój był mały, za mały jak na taką cenę. Znajdowała się tam prycza, stół, szafa i jedno krzesło. Noc płynęła spokojnie… do czasu. Quelthana obudził dziwny hałas.* Quelthan: *po cichu* Co jest? *Bez namysłu złapał swoje sztylety i stanął koło szafy… po chwili drzwi pomału otwarły się* Amator… *pomyślał Quel, chwile później do pomieszczenia weszła ubrana na czarno postać.* No to będzie zabawa… *postać nie zauważyła elfa… na jej nieszczęście. Kopniak wystarczył żeby postać padła na ziemie. Cios z rękojeści i zabójca nieprzytomny* Zabójca: Co… co do chol…*nie dokończył. Znajdował się w kajucie statku a nad nim stał Elf z przystawionym sztyletem do gardła. Quelthan: A teraz pogadamy sobie… kto cię najął! Zabójca: Nic ci nie powiem! Możesz mnie zabic! Quelthan: Powiesz powiesz… w zakonie nauczyłem się kilku sztuczek… *Morze było spokojne tego ranka, małe fale, wiatr odpowiedni do żeglugi. Cisze przerwało tylko przeciągłe „Aaaaaa!” Potem już była tylko cisza.* Kapitan: Quel, jesteśmy na miejs… Na Lathandera! Więc to coś tak wyło przez całą podróż? Quelthan: Tak, ale już wszystko wiem… zrób z nim co chcesz. Dziękuje za dowiezienie. Dalej już sobie poradzę. *Twierdza Feathersmoon… ostatni bastion Elfi w Feralas. Przez walki z Hordą Keldorej zostali zepchnięci na małą wysepkę oddając Dire Maul w ręce Hordy… Dire Maul… miejsce gdzie Quel się urodził. Quelthan narzucił kaptur na głowę i ruszył w stronę promu na kontynent* Strażniczka: Stać! Wybaczcie panie ale z powodu walk po drugiej stronie promy zabierają tylko żołnierzy. Quelthan:A poznajesz to? *Elf wyciągnął spod koszuli medalion z symbolem zakonu Srebrnych Krzyżowców.* Jestem tu z ramienia zakonu Strażniczka: Wybacz panie… nie miałam pojęcia… Quelthan: Dość, nie tłumacz mi się, miast tego prowadź do promu. *Strażniczka zaprowadziła Elfa do promu zapełnionego żołnierzami* Dowódca oddziału: Nie grzebać się! Tam nasi bracia i siostry umierają! A ten czego tu? Nie mamy już miejsca na łodzi! Strażniczka: On jest członkiem Zakonu Srebrnych Krzyżowców Dowódca oddziału: Ech… niech wsiada! *Wskazał na Quelthana* A ty… nie obchodzi mnie czy zginiesz czy przeżyjesz, ale jeśli będziesz przeszkadzał moim ludziom to osobiście cię zabije! Quelthan: Oczywiście… *Prom ruszył… z dala już było słychać odgłosy bitwy… wrzask umierających, szczęk broni, świst strzał, odgłosy zaklęć, wydawane komendy… masakra trwała. Nagle na wodę runęły kamienie wystrzelone z katapulty.* Chór: Aaa! *Quel odruchowo rozejrzał się… kamień trafił barkę płynącą obok, teraz zostały z niej tylko strzępy oraz pływające po powierzchni rozerwane ciała. Kolejny kamień uderzył w wode, ale wystarczająco blisko aby wywrócić kolejną barkę. Żołnierze w zbrojach płytowych... nie dostali szansy zginąć jak bohaterowie, miast tego toną w swych zbrojach wszędzie dookoła. Gdy barki dopływały jeszcze bliżej z nieba posypał się grad strzał... Przeraźliwe jęki dało się słyszeć na każdej barce.* *Wreszcie prom dopłynął do przystani… cała pełna ciał i krwi. Elfy, orki, taureny. Ciała każdej rasy walały się po ziemi… Właz promu otwarł się, a w tym samym momencie wypadli z niego wojownicy Elfi.* Quelthan: aen'drean va, eveigh Aine! Aen morvudd! *Wrzasnął Quel i ruszył w stronę hordy* *cięcie, odskok, unik, unik, blok, znowu unik, riposta, piruet, cięcie w gardło, blok, pchnięcie, doskok, cięcie… i tak bez końca. Masakra trwała, ciała padały jak deszcz. Na miejsce zabitego orka pojawiało się dwóch kolejnych. Pchnięcie, odskok, unik, unik, cięcie, unik, riposta, Dos… Quel nie zdążył doskoczyć… coś mocno walnęło go w plecy.* *Gdy Quel się przebudził słońce już dawno zaszło… dookoła nie było żadnego żywego ducha… tylko ciała i zniszczona broń.* Quelthan: Moje plecy… ciekawe kto wygrał… *Quelthan z trudem podniósł się po czym ruszył do twierdzy Dire Maul* *Podróż chwilę trwała… w górę ciągle w górę, w górę aż na szczyt aż w końcu przed oczami Elfa ukazała się majestatyczna budowla. Wysokie mury z białego marmuru, złote posągi, cudowna Elfia architektura górowały nad okolicą.* Quelthan: Dire Maul… mój dom… *Quel ruszył w głąb twierdzy wspominając dawne czasy… Idąc korytarzami starodawnej twierdzy przed oczami Elfa pojawiały się obrazy z dzieciństwa…* Głos: No proszę… Quel’dorei wrócił do domu… *Elf odruchowo rozejrzał się po placu… na samym jego środku stała dziwna postać.* Witaj braciszku, a może powinienem nazwać cię Lordem Quelthanem? *Postać żrzuciła z siebie płaszcz… Elfia budowa ciała cała pokryta dziwnymi symbolami, oczy przesłonięte czarną chustą, miecz w dłoni.* Nie poznajesz mnie? Jestem Thinus… twój brat. Quelthan: Brat? Jak to… to niemożliwe… ja nie mam brata. Thinus: Nasza matka okłamywała cię cały czas… póki jej nie zabiłem. Quelthan: Więc to byłeś ty… to TY JĄ ZABIŁEŚ!!! *Quelthan w furii rzucił się na brata* GIŃ!!! *Pojedynek się rozpoczął… pchnięcie – odbite, cięcie – odbite… piruet i przejście do parady. Blok, blok, unik, cięcie z góry – zablokowane, pchnięcie w tors nożem – Thinus odskoczył i natychmiast ruszył do ofensywy. Cios w ramie, Quel zablokowal, piruet i mocne uderzenie dosięgło lewego ramienia Quela, obrót i cięcie przez tors… Quel chwiejąc się na nogach ledwo unikna i upada na ziemie.* Thinus: A teraz braciszku… GIŃ! *Ostatnie pchnięcie…* *Odgłos odbitego miecza.* Thinus: Co do cholery?! Głos: Znalazłem cię demonie… *Quel otworzył oczy… walka już trwała… cios za cios, pchnięcie za pchnięcie. Nagle demon znikł… dało się tylko słyszeć słowa: Jeszcze się spotkamy!* *Wysoki mężczyzna podszedł do Quelthana. To co go wyróżniało to wielka Blizna na twarzy oraz brak jednego oka.* Postać: Nic ci nie jest elfie? Quelthan: Nie panie… zawdzięczam ci życie. *Postać się tylko uśmiechnęła i nic nie odpowiedziała* Jak cię zwą? Postać: Nighor a ciebie? Quelthan: Quelthan… Nighor: Quelthan… gdzieś już to słyszałem… nie jesteś czasem bratem tego demona? Quelthan: Tak… jestem… przybyłem tutaj żeby go zabić ale nie dałem rady… Nighor: Hmm… mogę ci pomóc przygotować się do kolejnego starcia… tylko chodź za mną… Quelthan:Ale gdzie? Nighor: Przez Mroczne Wrota… Imie: Quelthan Rasa: Nocny Elf Profesja: Wojownik Wygląd: Wysoki (183cm), oczy pozbawione blasku, długie, ciemno niebieskie włosy swobodnie opadające na ramiona. Takiegosz samego koloru broda. Waga: 65kg Wiek: Nieznany I to by było na tyle chyba. Zachęcam do krytyki zarówno pozytywnej jak i negatywnej 😉 |
|
Post #2
25 Dec 2005, 20:56
Heh... opłacało sie czekać na dokonczenie histori tyle czasu bo jest naprawde świetna ! Widać ze długo grałeś wWoWa i niejedno miasto odwiedzieleś... Swietne naprawde świetne
|
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |