|
Post #1
31 Dec 2005, 09:40
Pociągnąłem solidny łyk grogu który rozpłynął się po moim spragnionym gardle. Przejechałem językiem po wargach które skrzepły z pragnienia.
-Ależ niedobry ten grog.- Wykrzywiając usta w grymasie spojrzałem na stojącego obok krasnoluda. – Nie tylko grog jest zły, cały ten statek jest do du... – Przerwał mu cichy i spokojny, nie dający po sobie poznać żadnych emocji, głos przechodzącej elfki. -Czy mam ci przypomnieć że sam zgodziłeś się płynąć z nami?– Na twarzy elfki zagrał lekki, odsłaniający śnieżno białe zęby, uśmiech –Oszukaliście mnie wtedy!- Huknął krasnolud –Mówiliście że to statek handlowy i że dostane się nim bezpiecznie na wyspy Danhe’hur!- -Ależ, Oriku, dostaniesz się tam bezpiecznie- Odparowała elfka -Tak- Odpowiedział z nagłym spokojem krasnolud –Ale kiedy zabieraliście mnie tam nic nie było mowy o hordzie orków i uwięzionych w zamku Krzyżowcach!- Zapanowała cisza. Cała trójka stała w milczeniu, a ich uwagę przykuła przelatująca mewa. Po tej ciszy odezwała się elfka. –Oriku, szlachetny wojowniku, czyż nie czujesz zaszczytu móc pomóc uwięzionym na wyspie Krzyżowcą?- Wszystkie osoby słuchające całej rozmowy, oderwały się od zajęć i spojrzały na małą postać Orika. –Powiedz mi w takim razie, po jaką cholerę oni się tam pchali? Przecież to pewna śmierć!- Orik jakby ugryzł się w język, raptownie spojrzał na mnie. Zresztą oczy całego pokłady skierowały się na mnie. Opuściłem wzrok, przypominając sobie bolesne fakty. –Masz racje Oriku nie powinienem był podstępem zaciągać cię na statek i na tą wyprawę. To moja osobista sprawa by uratować żonę.- Podniosłem głowę, omiatając spojrzeniem każdego na pokładzie. Orik podszedł do mnie. –Myrmidonie wybacz mi, znamy się tyle lat, nie wiem jak mogłem to powiedzieć...- Odtrąciłem go i odszedłem w kierunku kajuty.Za plecami doszedł mnie głos Orika –Wybacz mi, wiesz dobrze że tak nie myślę- Chciałem odwrócić się i cos powiedzieć ale cale zamieszanie przerwał okrzyk marynarza. –Ziemia na horyzoncie!- Wszyscy naraz ruszyli ku dziobowi statku, ci którzy się nie zmieścili na dziobie wychylali się za burty. Każdy chciał zobaczyć co znajduje się przed nami. Marynarze i oficerowie, żołnierze króla i nawet Krzyżowcy ruszyli ku dziobowi. Sam poszedłem w drugą stronę ku sterowi, gdzie stanąłem koło zapatrzonego w dal kapitan naszego okrętu. Podszedłem do niego i zobaczyłem jak jego usta otwierają się pomału –Udało się- wyszeptał. Po jego brodzie spłynęła kropla śliny. Spojrzałem przed siebie i mym oczom ukazał się mały nie wyraźny kształt, zamglony, usadowiony tuż jak by pod słońcem na bezkresnej równinie morza. W śród krzyków i wiwatów załogi i pasażerów statku poczułem że po policzku spływa mi łza…Może jest jeszcze nadzieja… Może odnajdę Katerine… Siedziałem w swej kajucie myśląc nad wydarzeniami z pokładu, może Orik ma racje, może ciągnę wszystkich na śmierć? Przecież jestem jej mężem . Mogłem zabronić jej tam jechać. A jeśli wszyscy zginą przeze mnie? Siedziałem na koji, rękoma wspierając głowę, myśli przewijały się przez moją głowę niczym ludzie na targu. Pokazywały się, odchodziły i znikały. Przez ułamek sekundy byłem gotów płakać nad stratą ukochanej ale doszła do mnie jedna rzecz. Jestem Krzyżowcem! –Jestem Krzyżowcem!- wykrzyknąłem! –To ja powinienem pocieszać ludzi kiedy są w potrzebie, to ja powinienem walczyć ze złem, a nie użalać się nad sobą jak robak- Krzyczałem sam do siebie. Wstałem. –Jeśli Lathander da, wrócimy do domów, a jeśli nie zostaniemy na tej przeklętej wyspie na zawsze. Okryci sławą bohaterów którzy polegli w walecznej walce za: honor, przyjaźń, miłość i ojczyznę Stałem na środku kajuty, ściskając ręce w pięści tak mocno że aż paznokcie zaczęły boleśnie wbijać się w skórę, krzyczałem słowa modlitwy do Lathandera. Zacząłem dygotać na całym ciele w bezsilnej złości że zakręty losu doprowadziły mnie do takiego miejsca. Nagle na ramieniu poczułem dotyk, odskoczyłem jak oparzony, chwytając rękojeść toporu odwróciłem się do tyłu. Stała tam elfka z pokładu. Jej twarz była przyjazna i niewzruszona pomimo tego że stałem z toporem centymetr od jej szyi. Opuściłem topór pośpiesznie wkładając go na plecy –Wybacz- powiedziałem –Nic nie szkodzi- Spoglądałem w jej oczy z których emanował jasny blask. –Słyszałam jak się modlisz- pośpiesznie opuściłem głowę, by nie dać po sobie poznać zawstydzenia. –Nie wstydź się, to normalne że się boisz- Zdziwiło mnie że elfka przyszła mnie pocieszyć –Pamiętaj chodź by nie wiem co.. ja i Orik będziemy z tobą- Odwróciła się i skierowała w kierunku drzwi –Eeee.. Virith- rzuciłem. Elfka odwróciła się z podniesionymi rzęsami. –Dziękuje... bardzo-wymamrotałem. Elfka uśmiechnęła się i odeszła. Zostawiając mnie samego w kajucie z otwartą ze zdziwienia szczeńką Obudziły mnie krzyki za drzwiami. Przez pierwsze kilka sekund nie wiedziałem gdzie jestem, lecz po kilku sekundach przypomniałem sobie co się zdarzyło. –Musiałem się zdrzemnąć- pomyślałem, i wtedy zdałem sobie sprawę że kilka godzin temu Virith okazała się bardzo miłą i opiekuńczą przyjaciółką. Lecz po tych wspomnieniach zdałem sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy: na statku coś się dzieje! Pośpiesznie sprawdziłem czy mam wszystko, -Topór, zbroja, mikstury- wyliczałem w duchu. –Jest wszystko- stwierdziłem, kierując się do wyjścia chwyciłem małe zawiniątko z prowiantem wpakowałem je pośpiesznie za tabard i wyszedłem na zewnątrz. Na pokładzie kłębiły się dziesiątki ludzi. Jedni biegali po całym statku drudzy przenosili rzeczy a jeszcze inni stali przy burcie z łukami i kuszami gotowymi do strzału. Była już noc. Mrok okrył wszystko czarną peleryna zmniejszając widoczność i nadając światu mroczny, złowrogi wygląd. Nawet lazurowa toń wody zmieniła się w mroczną otchłań pragnącą cię pożreć. Podszedłem do Orika –Co się tu dzieje?- krasnolud wskazał palcem jasną plamę na tle spowitej mrokiem panoramy wyspy która rozpościerała się przed nami..- Mój Boże- wydałem z siebie zduszony okrzyk. –A więc spóźniliśmy się!- Na zboczu góry przed statkiem widniał płonący punkt, był to zamek. Na jego murach szalały płomienie. Języki ognia oplatały główną wierze zamku niczym język smoka oplatający swą szamocącą się zdobycz. Na dziedzińcu wrzała walka, widać było siłujących się z orkami żołnierzy. Łuczników na murach którzy pomimo żaru, rozgrzewającego do czerwoności ich zbroje, wypuszczali spod swych cięciw kolejne strzały chcąc nie zawieść swych walczących na dole kompanów. Cały zamek okalały setki trupów, były to orkowe ścierwa naszpikowane strzałami jak jeże. Uśmiechnąłem się lekko na widok orkowych trupów. –Nasi chłopcy się nieźle bronią- powiedziałem. –Tak, ciekawe jak sobie poradzą z następnymi?- Krasnolud wskazał ręką wyłaniający się z lasu szereg orków. Szli oświetlając sobie drogę pochodniami i bijąc w bębny, nad ich głowami powiewały różnobarwne proporce.-Musimy ich zatrzymać! Nie mogą dojść do zamku!- wykrzyknąłem. Orik podszedł do dowódcy Krzyżowców i opowiedział o planie, mężczyzna przytaknął i zaczął wykrzykiwać rozkazy do swych towarzyszy broni. Po kilku minutach statek był już połączony z płycizną drewnianymi kładkami, a wszyscy żołnierze na pokładzie stali w szeregach gotowi do zejścia na ląd. Całe zamieszanie na statku dostrzegli orkowie i poczęli przygotowywać się do odparcia ataku. Stałem koło dowódcy, jako jego zastępca, i spoglądałem na niepewne przyszłości twarze moich braci. Dowódca, Lord Khazar, puścił do mnie oczko znając powód dla jakiego jesteśmy na tej misji, odwrócił się do żołnierzy i wykrzyknął! –Za chwalę Lathandera!- I zbieg na dół po drewnianej kładce dzierżąc w ręku miecz, za nim zbiegło stu pięćdziesięciu mężczyzn z okrzykiem na ustach, pozostawiając galeon za sobą… Gdy skończyła się kładka weszliśmy do płytkiej, sięgającej kolan, wody. Nogi odziane w ciężkie zbroje grzęzły w mulastym dnie. Co kilka kroków czułem pod nogami kamienie. Obok mnie Virith z nadludzką zwinnością przebiegła cały brzeg, po wyjściu z wody poczułem ulgę. Teraz przynajmniej mogę biec szybciej. Lecz po zatopieniu kilku kroków w mokrym piasku zobaczyłem przed sobą, na lekkim wzniesieniu grupę orków. W pierwszym rzędzie stali piknierzy z długimi skierowanymi w naszym kierunku pikami których groty znajdowały się na wysokości pasa. Nie zatrzymując się ani na sekundę ruszyliśmy pod górkę. Gdy byliśmy mniej więcej w połowie zniesienia usłyszałem świst, to orkowi łucznicy otworzyli do nas ogień. Strzała śmignęła mi koło hełmu i ugodziła biegnącego za mną żołnierza który padł na ziemie z głuchym łoskotem, tak jak zresztą kilku pozostałych, ich martwe ciała uderzyły o nogi biegnących za nimi, przewracając ich w kałuże błota i krwi. Pomyślałem ze to pierwsze ofiary misji którą sam zaproponowałem. Byłem już tak blisko orków że mogłem zobaczyć białka ich oczu odbijające światło księżyca. Podbiegłem jeszcze trochę, wziąłem mocny zamach z prawej strony i uderzyłem od dołu pikę, stojącego przede mną wroga która złamała się na pół wyrzucając w powietrze pełno drzazg. Ork został bez broni, szybkim cięciem z lewej do prawej przeciąłem mu klatkę piersiową. Pozwalając by ścierwo swobodnie opadło, wziąłem mocny zamach i ugodziłem stojącego po lewo zielonego olbrzyma w tył szyi. Bezwładne zwłoki opadły na gotowego do walki żołnierza który z obrzydzeniem zrzucił trupa na ziemie. Zasłoniłem toporem uderzenie miecza orka który rzucił się na mnie, następnie za rzuciłem go gradem ciosów które z gracją odparował i w momencie gdy szykował uderzenie samotna strzała przeszyła mu kark powalając go na ziemie. Zabiłem jeszcze dwóch orków i szukając następnego celu zobaczyłem że stoję po środku pola usłanego trupami, przeważały tam trupy orków a około stu dwudziestu Krzyżowców stało jeszcze na nogach. To była dobra walka. Widząc idącą traktem do zamku kolumnę orków, szybko odnalazłem Lorda Khazara i zaproponowałem atak, zgodził się bez wahania. Ruszyliśmy szeroką dwu rzędową linią, bez chodź by szmeru, gdy podeszliśmy na odległość kilku kroków rzuciliśmy się szarżą na nie spodziewających się niczego orków. Potyczka niebyła długa gdyż nim orkowie zrozumieli co się dzieje zdołaliśmy się wgryźć do połowy długości ich kolumny. Każdy żołnierz i Krzyżowiec niemiłosiernie cieli i zabijali, deptali, i niszczyli. Po kilku minutach było już po wszystkim większość orków nie żyła, a ci którzy przeżyli uciekli do lasu. Skierowaliśmy się biegiem do płonącego zamku. Przy bramie przywitała nas płonąca belka która niebezpiecznie zgrzytała wisząc u szczytu bramy. Wszyscy przeszli ostrożnie, spoglądając na nią. Gdy bezpiecznie weszliśmy na dziedziniec naszym oczom ukazał się obraz bitwy jaka musiała się tu rozegrać. Z budynków osadzonych dokoła murów wystawały ręce i nogi będące dowodem kryjących się wewnątrz trupów Dziedziniec pełen był zwłok, odrąbanych członków, broni, zbrój oraz powbijanych w ziemie strzał. Gdzie niegdzie buchały jeszcze płomienie, lub ogień jarzył się rzucając na trupy cienie które rozciągały się po ziemi dając wrażenie że człowiek przebywa w koszmarze. Przechodziliśmy przez dziedziniec ściśnięci w okrąg rozglądając się po okolicy lecz, nie spotkaliśmy żywego ducha. W pewnym momencie zobaczyliśmy łucznika na murze, wymieniliśmy zwyczajowe przywitanie i spytaliśmy się go gdzie jest reszta. Łucznik wskazał drogę w głąb dziedzińca, z wymalowanym szczęściem na twarzy. Idąc tak dalej, natrafiliśmy na dom dokoła którego stali Krzyżowcy z zamku. Gdy podeszliśmy żołnierze zaczęli wiwatować na cześć przybyłych posiłków. Po szybkiej wymianie uprzejmości zaczęliśmy rozmowę. Dowiedzieliśmy się że w tym domu resztka orków zabarykadowała się wraz z dwoma jeńcami. Spostrzegłem ze wśród żołnierzy niema Kateriny. Spytałem się czy jest ona w środku, gdyż po drodze nie spostrzegłem rdzawo włosego trupa, mężczyzna odparł że jest tam kobieta o czerwonych włosach. Moje oczy otwarły się, głosy jakby przestały do mnie dochodzić, nie dostrzegałem niczego prócz jednej myśli: Katerina! –Katerina jest w środku! Musze po nią iść!- wykrzyknąłem. Kierowany jakimś dziwnym transem wbiegłem do domy nie zważając na krzyki i próby powstrzymania mnie przez moich towarzysz. Przebiegłem przez próg, znalazłem się w kulistym pomieszczeniu na ścianach znajdowały się rysunki przedstawiające walczące smoki, Bóstwa, potwory, oraz inne dziwy z mitologii. Po drugiej stronie od wejścia wisiała na ścianie samotna pochodnia, dogasając rozsyłała słaby blask. Cienie kulistej komnaty były niewidoczne w ciemnościach. Spostrzegłem leżące pod ścianą dwie postacie, jedną z nich był brodaty mężczyzna z strzałą w brzuchu a drugą była Katerina! Nareszcie odnalazłem ją! Mojej radości nie było miary. Jej włosy spadały na twarz zlepione brudem jej twarz była wzmagana, oczy pokazywały wielki wysiłek i zmęczenie po policzku spływała jej krew. Ale i tak była piękna. Bez zastanowienia pobiegłem w jej kierunku, i w ułamku sekundy radość zmieniała się w cierpienie. Z cienia wyskoczyli na mnie orkowie ich głuchy okrzyk wojenny odbił się echem po pradawnych ścianach. Jeden z nich szybkim zamachem uderzył mnie w głowę a drugi, długą pika, przeciął mi prawą rękę od ramienia aż po łokieć. Oszołomiony usłyszałem tyko tupot nóg zakutych w blaszane buty i mieczy przecinających powietrze i uderzających o stal z głuchym łoskotem. Opadłem na kolana i przylgnąłem twarz do ziemi, usłyszałem jeszcze jak z oddali wołanie: Myrmidon! I osunąłem się w otchłań gdzie nic już się nie liczyło, i nawet ból nie mógł mnie znaleźć… Ocknąłem się gwałtownie podnosząc głowę i siadając do pozycji wyprostowanej. Lecz gdy tylko wyprostowałem plecy poczułem ból na czole, i opadłem na posłanie. Otworzyłem oczy i odkryłem że uderzyłem się w wystający kraniec półki, zawieszonej nad łóżkiem. Z rozbitej głowy leciała krew, stłuczona potylicza bolała niemiłosiernie. A prawą rękę miałem całą w bandażach mokrych od krwi. Spostrzegłem że jestem w mojej kajucie na statku Krzyżowców. Wstałem z pośpiechem i wyszedłem na pokład w samych slipach. Rozejrzałem się gorączkowo, i zobaczyłem Katerine stała cała i zdrowa trzymając się burty statku. Wiatr rozwiewał jej włosy. A zachodzące słońce oświetlało jej smutne oblicze. –Katerina!- krzykłem. Odwróciła gwałtownie głowę i gdy mnie zobaczyła w jej oczach zakręciła się łza. Podbiegła do mnie i wtuliła się w me ramie szlochając, -Spokojnie- powiedziałem –Teraz już zawsze będziemy razem-… Po dwóch dniach żeglugi poprosiłem kapitana by poprowadził nas do nowej krainy gdzie będziemy mogli rzyć w spokoju i pokoju. Po trzech dniach kapitan wysadził mnie, Katerine, Virith i Orika na wielkim kontynencie. –Co to za miejsce?- spytałem. –Zwą je Kalimdor tu na pewno spotka was szczęśliwe i pełne przygód życie…- I odszedł skąpany w blasku zachodzącego słońca.-Jak i skończył się ten dzień tak i skończył się pewien rozdział w naszym życiu…Tu w Kalimdorze czeka nas spokój, szczęście i przygoda. Teraz już nic nie będzie takie jakie było…- powiedziała Virith. Objąłem mocno Katerine ramieniem.-Zgadzam się teraz wszystko będzie inaczej.- |
|
Post #2
31 Dec 2005, 10:13
Wspaniała, długa historia. Bardzo przyjemnie się ją czyta. Jest tak pełna emocji, że nie można oderwać wzroku zanim sie nie skończy. Bardzp ładnie skomponowane opisy dodają jej barw.
Niestety nie obyło się bez błędów. Jest parę ortograficznych (takich jak np. rzyć. Ja nie wiem czy Ty zdajesz sobie sprawę co to jest rzyć 😛). Nie mniej jednak w oczy rzucają sie inne. Przykładem może być kapitan stojący za sterem lub krzyżowiec biegający w slipach. Ja nie odważyłbym się w taki sposób nazwać bielizny używanej w realiach fantazy. Mimo błędów historia zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Nawet jeżeli opisuje losy kolejnego uciekiniera z Forgotten Realms :/ |
|
Post #3
31 Dec 2005, 12:01
Dziękuje bardzo za pozytywną ocenę. A teraz pójdę się schować... :wstyd:
Pozwalając innym zobaczyć jak się wali orty, zostawię błąd. PS. Wiem co to jest rzyć 😀 |
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |