📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Recovered topic 3967
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 07 Feb 2006, 18:44
Imię: Vhailor
Rasa: Elf
Klasa: Łowca
Wiek: Wiek: Dokładny wiek nieznany, młodzieniec w sile wieku
Wzrost: 172 cm
Oczy: Czerwone, zazwyczaj zmrużone
Włosy: Długie, swobodnie opadające, koloru granatowego oceanu w świetle księżyca
Inne: Blizna, a raczej znak na lewym ramieniu

Była noc. W pięknym, elfickim mieście, znanym kiedyś jako Vin'yanar, większość mieszkańców pogrążona była w śnie. Jednak tej nocy miało się wydarzyć coś niezwykłego. Wiedział o tym pewien druid, Grammon. W jego głowie już od paru dni kręciły się dziwne myśli. Czasami słyszał jakieś szepty. Tej nocy to wszystko nie dawało mu spokoju. Czuł, że właśnie teraz musi się coś stać. Nagle ziemia zaczęła się trząść. Po chwili wszyscy w wiosce się pobudzili i z niepokojem wyszli na zewnątrz oczekując tego, co się stanie. W powietrzu czuć było coś tajemniczego. W pewnym momencie, nie wiadomo skąd, jedno z drzew runęło na ziemię. Przerażeni mieszkańcy szybko podbiegli zobaczyć, czy nikomu nic się nie stało. Grammon w tym czasie myślał zupełnie o czym innym. Wyszedł ze swojego szałasu i odwrócił się tyłem do wioski. Jego oczom ukazał się wielki, czarny wilk, idący w świetle dziwnie czerwonego księżyca. Grammon nie obawiał się wilka, wiedział, jak go oswoić. Dostrzegł jednak, że wilk niesie zawiniątko. W tymże zawiniątku znajdował się młodziutki elf. Wilk po chwili zniknął w ciemnym lesie. Druid spojrzał prosto w głębokie oczy młodego przybysza. Coś mu się w nich nie podobało. Były czerwone, co nie pasowało do elfów. Nagle wszystkie bóle i szumy w jego głowie umilkły. Domyślił się, że zwiastowały one nadejście tego właśnie elfa.

Następnego rana wszyscy dowiedzieli się o nowym elfie. Widząc jego oczy i dziwne okoliczności, w których zjawił się on w wiosce, wielu mieszkańców uważało, że może on sprowadzić nieszczęście na ich lud i lepiej byłoby go porzucić. Jednak Grammon czuł, że nie może do tego dopuścić. Przypomniał sobie spojrzenie tego wielkiego wilka. Było w nim coś niezwykłego. Czuł, że została mu powierzona misja, musiał wychować nowego. W końcu, po wielu sprzeciwach i nieustającym niepokoju, zaakceptowano młodego elfa. Wychowywał się dobrze i nie sprawiał żadnych problemów. Grammon bardzo chciał dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Jedynym znakiem, oprócz czerwonych oczu, była blizna na lewym ramieniu. Nie wyglądała ona jak blizna po zranieniu. Wyraźnie była jakimś znakiem. Grammon nigdy wcześniej nie widział takiego symbolu. Zastanawiał się nad imieniem dla tego elfa. Dowiedział się, że księżyc, który w czasie pełni nabiera lekko czerwonego koloru, zwany jest Vhai'llous. Postanowił nazwać go Vhailor. Młody nie wyrażał sprzeciwu.

Mimo, że opiekunem Vhailora był Grammon, ten jednak nie chciał uczyć się sztuki magicznej. Chciał zostać łowcą. Dlatego też dużo czasu spędzał u Ther-Ari, wielkiego łowcy. Uczył się u niego walki, posługiwania się łukiem, a także jedności z naturą. Tłumaczył, że potwory należy zabijać, ale zwierzęta są naszymi sprzymierzeńcami. Nie trzeba z nimi walczyć, a można je oswoić. Nauczył go wiele na temat zwierzyny. Opowiadał mu także o innych rasach zamieszkujących te krainy. O ludziach i krasnoludach, ale także o stworach pochodzących z Tristfall, mrocznych i rządnych krwi.

Dotychczas Vhailor nie widział żadnych innych ras. Grammon wiele opowiadał mu o ludziach, którzy mimo odmiennych zwyczajów, są pomocni. Już od dłuższego czasu wybierali się do ludzkiego miasta, Rottalen. Pewnego dnia, tuż po porannym treningu u Ther-Ari, wyruszyli w podróż. Podczas drogi napotkali wiele niebezpiecznych istot, lecz dzięki swej wiedzy, nie stanowiły one dla nich żadnego zagrożenia. Vhailor myślał, że idą do miasta odwiedzić znajomego Grammona. Tak tez było, lecz Grammon wyjaśnił mu powody tej wizyty. Ten znajomy, zwany Diego, jest potężnym magiem, z pewnością czytał wiele ksiąg. Być może on będzie wiedział co oznacza symbol na ramieniu Vhailora.

Szli tak jeszcze parę chwil. W końcu zza drzew zaczęły wyjawiać się mury miasta. Vhailor niezwykle cieszył się, mogąc wreszcie zobaczyć miasto. Jego oczom ukazały się piękne, wielkie wrota, zbudowane z zadbanego, piaskowego kamienia. Gdzieniegdzie kolorowe kamienie były ułożone w wymyśle wzory. Tuż przy wejściu do miasta stało dwóch strażników, ubranych w ciężkie pancerze. Oboje trzymali wielkie halabardy. Na głowach mieli hełmy, na których były groźnie wyglądające rogi. Dla Vhailora był to widok niezwykły, z wielkim zaciekawieniem wpatrywał się w strażników. Oni zaś nawet nie zwrócili na niego uwagi. Po przejściu przez te potężne wrota nawet Grammon był zafascynowany ogromem miasta. Vhailor zastanawiał się, jak w ogóle możliwe jest zbudowanie czegoś takiego. Bez problemu odnaleźli budynek znajomego. Nad wejściem do pewnego, dosyć wyróżniającego się budynku, wisiała tablica z wyraźnym napisem: "Diego - Nekromanta. Z obu stron drzwi stały ciemne, posępne konary drzew zaokrąglone na końcu. Ta nadawało ciekawy, lecz nieco ponury klimat. Weszli do środka. Tam spotkali wysokiego, lecz zgarbionego mężczyznę, z długą brodą, ubranego w ciemny płaszcz z kapturem. Jego oczy przepełnione były nienawiścią. Wyglądał, jakby przez całe lata pławił się w skondensowanej złości. Z pewnością nie chcielibyście spotkać takiej osoby spacerując po mieście po zmroku. Czarownik spojrzał w stronę przybyszów. Gdy ujrzał Grammona, jego twarz wyglądała, jakby się uśmiechał, bądź kaszlał. Daleko było temu od uśmiechu. Nadal uśmiechając się lub kaszląc, powiedział:
- Ach, to Ty, Grammonie. Wiele liści spadło z drzew od Twojej ostatniej wizyty.
- Witaj, Diego. Rzeczywiście, dawno nie gościłem w Rottalen. Od czasu tego zatargu z tutejszym przełożonym straży...hmm...Omarem, jak pamiętam, rzadko tu bywam.
- Tak, pamiętam. Omar to zły człowiek. Żądny sławy i bogactwa. Wiem o jego licznych machlojkach i kontaktach z orkami, ale cóż mogę zrobić...
Diego spojrzał na Vhailora. Od razu dostrzegł jego niezwykłe oczy.
- Wiedzę, że przyprowadziłeś ze sobą młodego elfa. Chyba nie przyszedłeś do mnie wspominać starych czasów. Powiedz, co Cię sprowadza, choć wyczuwam, że przychodzisz w jego sprawie.
- Nie pomyliłeś się. Ten młody elf, którego ze sobą sprowadzam, jest...cóż...jest w nim coś niezwykłego.
- Faktycznie, wyczuwam u niego magiczną moc. Ale wiele jest takich niezwykłych osób wśród nas.
- Prawda. Interesuje mnie jednak co innego. Spójrz na to.
Grammon odsłonił ramię Vhailora, ukazując jego znak. Diego przetarł oczy.
-To jest znak - zaczął Grammon - który...
-NA BOGÓW!!! - przerwał Diego i szybko zasłonił tajemniczy symbol. - Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego... - Diego ściszył głos - Nie możemy tutaj o tym rozmawiać. Chodźcie za mną.
Diego odsunął wielkie, stare krzesło i zdjął dywan z podłogi. Pod nim ukryte było wejście do piwnicy. Wprowadził gości do środka i zamknął za sobą klapę. Wypowiadając krótkie zaklęcie rozjaśnił podziemne pomieszczenie.
- Tutaj możemy spokojnie porozmawiać. U góry ktoś mógłby nas zobaczyć, a gdyby ktoś się o tym dowiedział, zabito by nas wszystkich.
- Zaraz, nic z tego nie rozumiem! O co chodzi? Dlaczego ktoś miałby nas zabić?
- Ten znak na ramieniu Twojego kompana jest symbolem Sen-nina, uważanego za boga śmierci i zniszczenia. Legenda głosi, że Sen-nin rozkazał swojemu zaufanemu krasnoludzkiemu technologowi stworzyć tejemną broń, wykutą z niezwykle rzadkiego Margantytu i oblaną żywicą z najstarszego elfickiego drzewa. Nazwał ją Brzemię Zemsty. Ów mistyczna broń została stworzona, by pomóc zachować równowagę sił między dobrem, a złem. Można powiedzieć, że służyła do wyrównywania tychże mocy. Posiadała ogromną moc, gdyż dzięki niej można było pokonać nawet bardzo potężnego wojownika z którejś ze stron, oczywiście w imię równowagi. Jednak posiadanie takiej broni wymagało wielkiej odpowiedzialności. Ze względu na swą moc, wielu wojowników pragnęło ją posiąść, by używać jej do własnych celów, a to całkowicie zniszczyło by harmonię. Dlatego też Sen-nin zebrał trzech najpotężniejszych szamanów i kazał im rzucić na tą broń aurę, która sprawiała, że dzierżyć ją mógł tylko ktoś o czystym sercu. Sen-nin był jedyną taką osobą. Przez to broń była bezpieczna. To jednak nie podobało się wielu rządnym władzy i potęgi istotom. Dlatego też jeden z władców zła, mroczny nekromanta Quezbok przybrał formę młodego elfa i zaczął pracować dla Sen-nina. Miał niezwykłą moc, dlatego szybko został osobistym pomocnikiem Sen-nina. Ten, pochłonięty pracą, nie wyczuł złych intencji Quezboka. Pewnego razu, gdy Sen-nin przebywał w pięknej świątyni, gdzie trzymany był miecz, do komnaty wszedł Quezbok. Jego mistrz w tym czasie odprawiał modły, więc był teraz najsłabszy. Zły nekromanta wykorzystał okazję i dzięki potężnej księdze, którą otrzymał do pełnienia swych obowiązków, wyrecytował z niej magiczne zaklęcie:
Ver-Maz'osy qu-bnoAe Torrus eK-librum Rsccuz Ver'Tuo!
Ziemia się zatrzęsła i rozstąpiła na dwie części. Powstała wielka szczelina, a w niej czarna otchłań. Słychać było przeraźliwe piski błąkających się dusz, które bezskutecznie próbowały opuścić miejsce swych wiecznych męczarni. Nagle z tej otchłani wyłonił się wielki wir, który najpierw wciągnął próbujące uciec dusze, a później wessał samego Sen-nina. Ten, porwany w otchłanie nicości, zdążył tylko przeklnąć Quezboka. Następnie ziemia się zasklepiła. Cała świątynia została zniszczona, jednak Brzemię Zemsty było nietknięte. Quezbok myślał, że nareszcie może posiąść moc tego oręża, gdyż nie wiedział o rzuconym na niego uroku. Przedwcześnie uradowany, sięgnął po zdobytą broń. Głupiec. Myślał, że teraz zostanie panem świata. Jednak jego los był jeszcze gorszy od końca Sen-nina. Tym razem gniew bogów był tak wielki, że pól wioski zostało zniszczone w ogromnym kataklizmie. Quezbok zginął, jednak jego słudzy dopilnowali, by większość istot uwierzyła w ich wersję wydarzeń. Według ich historii, Sen-nin chciał wykorzystać swoją broń do zapanowania nad światem. Mówią, że on sam zniszczył pół wioski, a dzielny mag Quezbok go pokonał i uchronił świat przed tyranem. Co gorsza, większość ludu w to uwierzyła i aż po dziś dzień Sen-nin uważany jest za boga śmierci i zniszczenia, Quezbok za dzielnego maga, który ocalił świat przed Sen-ninem, a Brzemię Zemsty za twór demona i narzędzie służące złu.
- To niezwykła historia, ale jaki to ma związek z Vhailorem?
- Nie dokończyłem jeszcze swej opowieści. Legenda głosi także, że znajdzie się ktoś, kto pomści Sen-nina. Istota, która będzie jego wcieleniem. Według pisma, tą istotą będzie elf, noszący znamię - symbol Sen-nina. Ow bohater nadejdzie w świetle czerwonego księżyca, lecz nieznane jest jego prawdziwe pochodzenie ani data przyjścia na świat. Jego nadejście oznaczać będzie powrót trudnych czasów. Gdy ktoś się o nim dowie, siły ciemności za wszelką cenę będą chciały go zniszczyć, tak jak zniszczyły prawdziwego Sen-nina. Wybrany nie będzie miał prostego zadania. Będzie wyklęty przez wielu. Trudno będzie mu znaleźć ludzi, którzy mu uwierzą. Prawie wszyscy wierzą w zakłamaną legendę. Nikt nie będzie chciał go znać. Nie zostanie uznany za bohatera, lecz za heretyka i wcielenie demona. Będzie przed nim stała długa droga, by przekonać innych o swych dobrych intencjach. Zło mają tutaj przewagę. Jednak najgorsze jest to, że Brzemię Zemsty zaginęło i nikt nie wie, gdzie może teraz być. Być może jest w posiadaniu istot piekielnych. One nie mają z tego oręża żadnego pożytku. Jednak znają prawdziwą historię i za wszelką cenę będą bronić legendarnej broni.
Diego zwrócił się do Vhailora.
- Vhailor, wierzę, że to Ty jesteś wcieleniem Sen-nina. Jeśli jest to prawda, życzę Ci powodzenia w twojej niezwykle trudnej misji.
Vhailor nie wiedział, co powiedzieć. Chyba nie do końca docierało do niego to, co przed chwilą usłyszał.
- ...nie wiem, co powiedzieć - odparł Grammon - W życiu nie spodziewałem się czegoś takiego. To wszystko wydawało mi się tajemnicze, ale żeby... No cóż. Diego, dziękuję Ci za pomoc.
- Cieszę się z tych wieści. No cóż, może dzięki temu młodemu elfowi w świecie znów zapanuje ład i porządek. Uważaj na niego, Grammonie. Tak jak mówiłem, wielu istotom może zależeć na jego śmierci. A, i jeszcze jedno. Proszę, nie przychodźcie więcej do mnie, a najlepiej w ogóle nie przychodźcie do Rottalen. Tutaj czyhać może na Was wiele niebezpieczeństw i wiele złych istot.
Diego zwrócił się do Vhailora.
- Vhailor, weź to - Diego podał mu pierścień z jakimś symbolem - Jest garstka ludzi, którzy znają prawdziwą legendę. To nasz ich znak rozpoznawczy. Siły zła o tym nie wiedzą, dlatego noszenie go nie naraża Cię na niebezpieczeństwo, a któryś z naszych ludzi może Cię dzięki niemu poznać. I nie chwal się nikomu tym symbolem na Twoim ramieniu, może Ci to przysporzyć wielu kłopotów. Najlepiej cały czas go zasłaniaj.
- Dziękuję Ci za pomoc, magu.
- No już, idźcie jak najprędzej. Szybko opuśćcie miasto. Grammonie, mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy.
- Także mam taką nadzieję. Dużo ryzykujesz pomagając nam. Dziękuję Ci za to.
- A, jeszcze coś - Diego wręczył Grammonowi małe pudełeczko pełne krasnoludzkich papierosów - U Was takich nie ma. Heh, jak za dawnych czasów.
- Dziękuję. Bądź pozdrowiony, przyjacielu.
Grammon i Vhailor czym prędzej pobiegli w stronę swojej wioski. Chwilkę po ich wyjściu, do domu Diego zawitał Omar wraz ze swymi dwoma sługami.
- Ach, cóż to! - rzekł Omar - Widzę, że był Ciebie ten stary niedołęga, Grapon, czy jak mu tam.
- Nie, musiało Ci się coś pomylić. To był mój stały klient z domu na przeciwko.
- Nie oszukasz mnie, głupi nekromanto. Jeden z moich sług słyszał część Waszej rozmowy. A więc plotki nie kłamały. Wierzysz w te herezje na temat Sen-nina. Słyszałem już o tym, ale uznałem, że nie jesteś taki głupi. A tu proszę...
- Nie, to nie tak. Przecież jestem zasłużonym pracownikiem miasta.
- Już nie długo... Twoja czarna magia przestanie nam tu bruździć. Tylko sprowadziłbyś na nas nieszczęście. Powinienem zrobić to już dawno temu.
Omar zbliżył się do Diego, a następnie szybkim ruchem wyciągnął sztylet i wbił mu go prosto w serce.
- Giń, nędzny czarnoksiężniku!
- ahhh...prze..powiednia...się....wy..pełni... - resztką sił wykrztusił z siebie Diego i wyzionął ducha.
Omar zwrócił się do swych sług:
- Ten elf nie ma prawa przeżyć!

Podróżnicy wrócili do wioski. Vhailor nie do końca zrozumiał całą zaistniałą sytuację, nie mówiąc już o swojej roli w tym wszystkim. Za to bardzo podobał mu się pierścień. Był koloru turkusowego, a wyryty na nim symbol kojarzył mu się z pewnym drzewem, pod którym często odpoczywał po treningu, a które układało się w podobny kształt. Gdy Vhailor bawił się pierścieniem, Grammon rozmyślał o tym, co teraz począć. Nie zdążył zapytać Diego o to, gdzie może spotkać ludzi noszących podobne pierścienie, a ten prosił, by już do niego nie przychodzić. Cała ta historia namieszała mu tylko w głowie. Pomyślał sobie, że co ma być, to będzie. Teraz nie czas na umartwianie się. W ramach odprężenia postanowił wykorzystać towar otrzymany od Diego i sobie zapalić.
- Hmm... krasnoludzkie fajki...moje ulubione. Vhailor, chcesz... - po chwili zastanowienia stwierdził: - a nie, jesteś jeszcze za młody.
Kolejne dni w wiosce wyglądały normalnie. Było całkiem spokojnie. Vhailor pojmował coraz więcej. Uważał, że skoro rzeczywiście jest wcieleniem San-nina, musi być dobrym wojownikiem:
- Skoro mam zdobyć ten cały Brzeszczot Zemsty, muszę być silny.
- nie Brzeszczot, lecz Brzemię Zemsty! - poprawił go Grammon - Poza tym dobry łowca to nie tylko silny łowca. Pamiętaj, najpierw staraj się okiełznać zwierzynę. Gdy to okaże się bezskuteczne, dopiero wtedy z nią walcz.

Mijały dni, a elfy żyły w spokoju. Jednak Grammon spodziewał się czegoś złego. Przeczuwał, że nieuchronnie zbliża się jego koniec. Był już starym elfem. Najważniejsze było dla niego dobro Vhailora. Dlatego pewnego dnia powiedział mu, że idzie pomedytować i nie będzie go przez dłuższą chwilę. Vhailor go rozumiał, wiedział, że medytacja to bardzo ważna część życia każdego elfa. Sam poświęcał na to sporo czasu. Tak naprawdę Grammon udał się do miasta i za całe swoje złoto kupił porządny miecz. Wrócił do wioski i wieczorem przekazał miecz Vhailorowi.
- Proszę, weź ten miecz. Kupiłem go specjalnie dla Ciebie.
- Grammonie, dziękuję, ale nie mogę go przyjąć. Wydałeś na niego całe swoje złoto.
- Młodzieńcze, jesteś już silnym elfem. Potrzebny Ci dobry oręż. Mi to złoto i tak na nic by się nie przydało. Zainwestowałem je najlepiej, jak mogłem. Jestem już stary, żaden ze mnie pożytek. Ty jesteś młody, w Tobie siła.
- Mój przyjacielu, nie mów tak. Tobie zawdzięczam wszystko. Opiekujesz się mną od samego początku. Gdyby nie Ty, reszta wioski wyparłaby się mnie.
- Dziękuję Ci. Ale przyjmij ten miecz.
- Dobrze, będę go używał rozważnie. Nie zawiodę Cię!
- W to nie wątpię.

Pewnego dnia czarne chmury zawisły nad wioską. Grammon wiedział, co to oznacza. Rzekł do Vhailora:
- Vhailor, pamiętasz to wielkie drzewo, pod którym ostatnio opowiadałem Ci o tym, jak to jest być druidem?
- A, wtedy, jak tak przynu...yyy to znaczy, tak, pamiętam.
- ...No dobra. A więc mam do Ciebie prośbę. Udaj się tam i znajdź dla mnie choć jeden grzyb Helius-broceo.
- Że niby co? A jak ja go poznam? Nie znam się na grzybach.
- On jest...taki...fioletowy, ma czarne kropki i blaszki. Taki grzyb jest bardzo rzadki, a wiem, że tam rośnie takich sporo.
- No, dobra, niech Ci będzie. A na co Ci on?
- Z tego grzyba można zrobić świetne piwo. Mniam, po prostu coś niesamowitego!
- Ach, Grammonie, Ty i te Twoje nałogi...
Vhailor wyczuł drżenie w głosie Grammona, ale pomyślał, że ten po prostu czegoś się napił.
- Ach, jeszcze jedno. Proszę, weź ze sobą to. Tak, na szczęście.
- Ależ...to Twój medalion. Mówiłeś, że jest dla Ciebie niezwykle cenny, że jest pamiątką po Twoim dziadku.
- A, wiesz, po prostu jak byłeś młodszy to nie chciałem, żebyś go ruszał, bo pewnie byś zgubił. Ale teraz go weź.
- …No dobrze, dzięki.
Vhailor czuł, że coś jest nie tak. Jednak nie spodziewał się tego, co miało niebawem nadejść. Grammon czuł, że widzą się po raz ostatni.

Droga do tajemniczego drzewa była długa. Grammon specjalnie wybrał tak odległe miejsce, aby Vhailor oddalił się od wioski. W tym czasie w Vin'yanar, gdy słońce powoli kierowało się ku zachodowi, nagle ze wszystkich stron wyskoczyli orkowie. Niszczyli wszystko, co napotkali na swej drodze. Elfy były bardzo zaskoczone tym atakiem, przez co nie mogły się dobrze bronić. Orkowie przeszli przez miasto jak burza. Zabijali wszystkich. Grammon spokojnie czekał w swoim szałasie. Wiedział, że nie zapobiegnie nieuniknionemu i że walka nie ma sensu. Wyczekiwał swojej śmierci. W tych ostatnich chwilach swojego życia modlił się za Vhailora. Nagle do jego szałasu wbiegł ogromny ork. wzniósł w górę swój wielki, zakrwawiony topór i jednym, potężnym ciosem zabił Grammona. Całe zamieszanie nie trwało więcej niż 15 minut. Wszystkie elfy z wioski zostały wybite. Co do jednego. Orków zginęło tylko kilku. W tym samym momencie amulet Grammona, wiszący na szyi Vhailora, zamigotał. Vhailor obawiał się najgorszego. Czym prędzej pobiegł w stronę wioski. Gdy dobiegł, ujrzał, co się stało. Calutka wioska była rozniesiona w pył. Wszystkie elfy zmasakrowane. Ujrzał ciało orka. Ze wściekłości podniósł jego topór, odrąbał mu głowę i nabił na pal, stanowiący niegdyś część konstrukcji namiotu. Vhailor długo obwiniał się o to, co się stało. Wiedział, że to z jego powodu orkowie zaatakowali wioskę. Musiał szybko ruszać w drogę. Przed wyruszeniem pochował jednak ciało Grammona. Chociaż tylu mógł dla niego zrobić. Tego dnia obiecał zemstę na orkach. Musiał wypełnić przeznaczenie. Wiedział, że jeśli mu się nie uda, życie jego przyjaciela i całej wioski poszłoby na marne. Znał swoje zadanie: znaleźć Brzemię Zemsty i przywrócić porządek światu, wysyłając siły ciemności tam, gdzie ich miejsce. Vhailor chwycił amulet Grammona, drugą ręką uniósł swój miecz ku niebu i wykrzyknął:

Jestem Sen-nin, wielki wojownik! Strzeżcie się mnie, siły ciemności!

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026