|
Post #1
10 Feb 2006, 13:33
Tego dnia byłem w wyjątkowo podłym nastroju. Teoretycznie był to mój pierwszy tydzień na wolności od kilku lat w więzieniu ale nie byłem szczęśliwy… Zmieniłem się. I to nie tylko z wyglądu. Innym powodem mojej traumy było to, że byłem prawie pewien że to nie był koniec moich kłopotów, ale wręcz dopiero ich początek. Taaa… zaczynały się moje problemy, które niektórzy naiwniacy zwykli zwać „przygodą”.
Stwierdziwszy, że piwo zazwyczaj poprawia mi nastój, postanowiłem wybrać się do karczmy. Ponieważ moimi śladami podążała straż miejska, starałem się wtopić w tłum. W tym odzieniu, które by dużo nie mówić, zakosiłem z pobliskiego straganu, nie powinno to być trudne. Gorzej było z tym pięcioletnim, iście krasnoludzkim zarostem. No i oczywiście tym zapachem, który powodował, że przechodnie mimo iż nienawykli przecież do perfum, trzymali się z dala… Taaa… nigdy jeszcze nie słyszałem o lochach, które by słynęły z czystości. Powinienem znaleźć miejsce gdzie będę mógł się doprowadzić do stanu używalności. Portowa tawerna powinna być odpowiednim miejscem. Przejdę się do dolnego miasta – tam raczej nie będę rzucał się w oczy. Wreszcie na miejscu. Tawerna „Pod krasnoludzką tarczą”. Sądząc po zapachu powinna się raczej nazywać „Nad Taureńskim łajnem”, ale co tam, przeżyję – w końcu o to mi chodziło. Wytrzymać by się dało nawet to, że piwo tu droższe niż krasnoludzkie strzelby a bardziej rozwodnione niż portowe wody. W sumie to jest tylko jeden problem… Otóż wierzcie lub nie ale tutejsi urządzili sobie… wieczorek poetycki. Na dobry początek występował jakiś Erenli'n, w każdym razie jakoś tak. Z tą swoją wielką fają w ustach recytował wierszyk o Nimrodel. Kto nadał takie miano strumykowi, tego sam nie wymyślę. Wiersz ponoć napisały leśne elfy. Nie uwierzyłbym w to w życiu. No ale nie ważne. Po prostu kolejny wierszyk typu „rzeczka płynie, ptaszki śpiewają”. Wydaje mi się, że to powinno wytłumaczyć fakt, czemu w pewnym momencie dałem sobie spokój ze słuchaniem i zatopiłem się we wspomnieniach. ****************** Jeśli myślicie że jestem jakimś bohaterem to się mylicie. W trakcie mojego życia naprawdę nie było się czym chwalić. W sumie pierwsze ważne wydarzenie po moim urodzeniu to najazd orków na moją osadę. Miałem wtedy 10 lat. Zginęli wszyscy… no oprócz mojej rodziny i wszystkich dzieci, które jak to zwykle bywa, orkowie oszczędzili*. Mój ojciec wiedział o tym ataku kilka dni wcześniej (znajomi) więc zdążyliśmy uciec w iście wybuchowy sposób (znajomy ojca – goblin – naprawdę proszę, nie wnikajmy w to, starczy że orcze flaki przez tydzień walały się w promieniu 1000 łokci) Osiedliliśmy się kilka wiosek dalej. Co prawda w pobliżu naszego nowego domu grasowały zombie, ale po jakimś czasie się do nich przyzwyczaiłem. Muszę powiedzieć, że całkiem fajnie się z nimi grało w kosi łapki (na 11 urodziny dostałem mój pierwszy dwuręczny topór). Zabawa się niestety skończyła gdy pewien ghul (znajomy ojca) poskarżył się mu że bawię się jedzeniem. Potem przez jakiś tydzień żałowałem że nie straciłem rodziców w ofensywie orków (spróbuj jeść gorącą zupę na stojąco)… Lata mijały a ja rosłem w tej mojej wiosce. Jak każde porządne dziecko chodziłem do przedszkola**, następnie do szkoły***, czyli wiodłem zwyczajne życie w tym pięknym świecie. Innym z mojej starej wioski nie wiodło się równie dobrze. Wszyscy dziwnym trafem zostali bohaterami. A raczej próbowali zostać. Rodhard Trąbonosy został kolacją warga. Irina Szybkonoga stała się przekąską smoka, a Thora Porywczego rozszarpali orkowie gdy próbował się zemścić. Gdy nadszedł dzień moich 18 urodzin, musiałem zdecydować jaką obiorę profesję. Matka proponowała mi bym został cyrulikiem, a ojciec próbował nakłonić mnie do żołnierki (poznasz ciekawych ludzi i nieludzi). Ponieważ nie chciałem faworyzować żadnego z rodziców, a na dodatek od dziecka lubiłem rżnąć, ciąć i rąbać, zostałem drwalem. Rodziców dość zaskoczył (delikatnie mówiąc) mój wybór, ale dostałem ojcowskie błogosławieństwo mówiące, żeby wiodło mi się tak dobrze bym nigdy nie musiał uciekać się do ich pomocy (w oryginale „a spier**** stąd i nigdy nie wracaj”) *swoją drogą to dziwne. Orkowie, trolle i wszystkie inne dziwne monstra zazwyczaj zostawiają dzieci. Może to jest spowodowane swoistym łańcuchem pokarmowym – ork wyrzyna wiochę, chłopiec(dziewczyna też w końcu mamy równouprawnienie)-który(a)-przeżył(a) wyrzyna orków. Ale może to jest spowodowane po prostu przez to że dziecięce mięso jest niesmaczne? Muszę się kiedyś spytać jakiegoś orka, jeślibym spotkał jakiegoś chętnego do pogaduchy… **wszystkie dzieci zostały porwane przez leśne trolle akurat wtedy gdy ja miałem katar i siedziałem w domu… Czy mnie nigdy nie może nic ciekawego spotkać? ***została wysadzona przez gobliny, choc niektórzy mówią że to był syn sołtysa Bohra Wiatropędnego znanego w całym powiecie z… no nieważne z czego ważne że był sławny… ****************** W tym momencie karczmarz wyrwał mnie z moich sielskich rozmyślań kłując mnie ostrzem sztyletu w brzuch i mówiąc: „Kupujta piwo albo spierdalajta, darmopijców nie będziem trzymać” Chciałem mu odpowiedzieć by wsadził sobie ten nożyk gdzieś (i to głęboko) ale widok stojącej za nim pewnej persony o dziwnie orczych rysach gęby (bo twarzą tego nawet przy najszczerszych chęciach bym nie nazwał), powstrzymała mnie od tej jakże subtelnej uwagi i delikatnie skłoniła mnie do zakupu kolejnego kufla wody z piwem. (Mógłbym przysiąc że zobaczyłem błysk zawodu w oczach orkowego mieszańca, który najwidoczniej był już znudzony poezją i miał nadzieję na jakąś porzadną rozróbę). Na podium występował teraz jakiś bard. Niesamowicie wychwalał jakiś zamtuz. Zapamiętałem nazwę. Będę tam musiał kiedyś wpaść. Pociągnąłem kolejny łyk piwa… Do moich myśli wróciła znów moja przeszłość…. ****************** Osiedliłem się zgodnie z ojcowską radą i życzeniem dość daleko od wioski w której mieszkali moi rodzice. Przez 2 lata oddawałem się jedynie przyjemnościom związanym z rąbaniem drewna. Niemal zapomniałem o otaczającym mnie świecie. Pewnego dnia doszła do mnie wiadomość o nowej ofensywie orków. Postanowiłem przejść się i dowiedzieć się czegoś więcej. Zresztą dawno nie byłem w mieście. I dawno nie piłem piwa. Zarzuciłem więc na ramię mój topór (który znalazłem jakiś miesiąc temu w jaskini ze szkieletami), sakwę z jedzeniem i mieszek i wyruszyłem na wędrówkę. ****************** Z myśli wyrwała mnie mała rozróba. Okazało się, że nie tylko półorkowi znudziła się poezja. Trzy pijane krasnoludy rozpoczęły zabawę. W programie były między innymi rzuty dwuręcznymi toporami oraz przypnij-osłowi-ogon w specjalnej edycji bez ogona, z orkiem zamiast osła i dodatkowo dwuręcznym stalowym młotem. Po lekkim zastanowieniu postanowiłem nie wdawać się w bijatykę. Zazwyczaj chętnie bym to zrobił, ale w tym tygodniu nie czułem się jeszcze na siłach. Cóż, te kilka lat w ciemnicy o chlebie i wodzie robi swoje. Nie byłem już tym samym człowiekiem. Z wysokiego, umięśnionego człowieka stałem się co najwyżej przeciętny. Moje dawne wypracowane muskuły znikły, a włosy ściemniały tak, że teraz są prawie czarne. Oprócz tego mój piękny topór wcięło razem z resztą moich rzeczy w królewskim skarbcu a nie zdobyłem jeszcze nic nowego. Zazwyczaj rzuciłbym się wir walki, ale teraz zmieniła się moja mentalność. Stałem się bardziej spokojny, może nawet melancholijny. I nie interesowały mnie już topory, które darzyłem zawsze takim uwielbieniem… Może to przez ten eliksir, ale teraz wolałbym znaleźć jakiś miecz. Tak, wydaje mi się że to byłby dobry wybór… muszę coś znaleźć, ale w tym momencie najważniejsze jest chyba to by przenieść się w najdalszy kąt Sali, zanim dostanę w mordę. ****************** Kontynuując moją historię… Przez kilka dni wędrowałem bez większych problemów, ale potem jak zwykle musiało się coś zdarzyć. Spotkałem się z dziwną sytuacją otóż pośrodku drogi stał pewien człowiek w długiej szacie, a naokoło niego kręciło się kilka zakapturzonych postaci. Nie było by to wcale takie dziwne gdyby nie to, że co któraś podeszła do postaci pośrodku, odlatywała na 30 stóp. Zdziwiony podszedłem bliżej by się przyjrzeć. Widząc mnie, człowiek krzyknął „Pomóż mi jestem magiem na usługach Jego Królewskiej Mości. Odwdzięczę ci się!” Z bojowym okrzykiem rzuciłem się do walki. Walczyło mi się dziwnie łatwo… Nigdy nie trenowałem sztuki walki a podczas tej bitwy czułem się jakbym ciął powietrze. Dziś wydaje mi się, że to nie byli prawdziwi ludzie, ale o tym później. Wieczorem przy ognisku, zapytałem się uratowanego maga o obiecaną nagrodę. Wręczył mi eliksir, mówiąc: „Jeśli go spożyjesz w najbliższą pełnię, odprawiając wraz z mym przyjacielem pewien rytuał, osiągniesz niebywałą siłę” „A po cholerę mi to?” -odpowiedziałem – „jak na drwala jestem wystarczająco silny, a naprawdę nie zamierzam w życiu nic więcej robić, a na pewno już nie zamierzam zostać bohaterem”. Lekko zdziwiony czarodziej nie dał się jednak zbić z tropu. „W takim razie otrzymasz nadnaturalną inteligencję” – „Eeeee tam panie, a potrzebne mi to jak goblinie ścierwo w ogródku.” Tym razem lekko podenerwowany mag powiedział: „Słuchaj drwalu, chciałeś nagrodę to teraz ją przyjmij. Idź do miasta, odpraw rytuał z moim przyjacielem i wypij ten eliksir.” W tym momencie dziwnie nabrałem ochoty na zrobienie tego, o co mnie ten mag poprosił i odrzekłem – „no dobra skoro pan tak mówisz to tak zrobię” No i polazłem do tego miasta… Z początku nawet się cieszyłem, bo akurat była wizytacja króla no i niezła popijawa mnie spotkała. Szczególnie spodobał mi się kapral tutejszej straży. Miał takie charakterystyczne nazwisko… A tak – Marchewa! Mówił mi że był wychowany przez krasnoludy. Biedak… Przy takim wzroście… Nieźle się z nim gadało, zdążyliśmy nawet nawiązać przyjaźń. Miał coś w sobie, jak on to nazywał, Krismę, co powodowało że się nieźle z nim gadało… No ale cóż wracając do rzeczy. Zrobiłem to co kazał mag. Odnalazłem jego przyjaciela, odprawiłem rytuał, napiłem się eliksiru i… skończyłem w celi nic nie pamiętając. Odwiedził mnie Marchewa. Mówił, że nie wierzył w to co widział. Podczas królewskiej uczty do pomieszczenia wpadł wielki furlog i zabił 16 strażników zanim został zatrzymany. Po jakimś czasie, zmienił się we mnie. Domyśliłem się, że to była sprawka tego eliksiru. Powiedziałem o tym Marchewie. Powiedział, że mi wierzy, ale nie może nic zrobić. Jednak mógł. Nie zostałem skazany na śmierć, a jedynie na dożywotne więzienie. Wrzucili mnie do jednej celi z goblinem. Siedząc w ciemnicy nie przebiera się w przyjaciołach, więc zakumplowałem się z goblinem. Okazało się że ma plan ucieczki. Wykopanie tunelu zabrało nam 2 lata i spowodowało że nasze nerwy stały się jak postronki. W tym czasie goblin nauczył mnie kilku górniczych sztuczek, a także podstaw zabawy materiałami wybuchowymi. W końcu udało się nam! Teraz jestem wolny! Postanowiłem przejść się do najbliższego miasta. Tak tu trafiłem. A kiedy tu już jestem, nie mam co ze sobą zrobić. Oczywiście od razu wdałem się w zatarg ze strażą miejska. Ale nie ma się czym martwić. Chodzi o zwykłą bójkę. Do jutra zapomną… Teraz powinienem się zastanowić co będę robił w najbliższej przyszłości: -Karczmarz jeszcze jedno piwo proszę! Dis is not di end 😀 ------------------------------- Imię: Artiff (dla przyjaciół Krejzy) Rasa: Człowiek Klasa: Wojownik Wzrost: 180cm Waga i postura: 85kg, przeciętnie zbudowany, ale widać ślady dawnego umięśnienia Oczy: Zielone Włosy: Prawie czarne Uśmiech: Raczej rzadki, zmęczony życiem, w pewnych momentach możliwy szczery, rubaszny śmiech jak za starych czasów Charakter: Człowiek zmęczony życiem, nie mający się gdzie podziać. Poszukuje swojej przyszłości, sensu swego życia. Żyje zgodnie z zasadą Carpe diem. Stracił sporo ze swojego dawnego humoru i prostoty. Zdaje się być bardziej doświadczony, jego ważną cechą jest przezorność w podejmowaniu decyzji. Odrzucił walkę toporem. Wybrał miecze jako bardziej mu odpowiadające. Jego zahamowania moralne się trochę zatarły. |
|
Post #2
10 Feb 2006, 13:48
No bardzo fajna hisotria jedna z lepszych jakie tu widzialem naprawde mnie wciagla bylo warta sie pomeczyc i napisac naprawde mi sie spodobala i wciagla a tu ostatnio zadko sie zdarza aby ktos napisa tak dobra historie 😀
|
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |