📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Recovered topic 4010
« Wróć do forum  •  8 post(ów) w temacie
Post #1 10 Feb 2006, 18:26
Witam, jestem tutaj nowy i mam nadzieję ,że niedługo poznamy sie w świecie Mrocznych Wrót. Ponad tydzień myślałem nad tym opowiadaniem ,a napisanie go zajęło mi dobrych parę godzin. Więc byłym bardzo wdzięczny , gdyby komuś chciało się je całe przeczytać 😊 Pozytywne i negatywne komentarze bardzo mile widziane.


-Więcej Ale dziewko! – krzyknął czarnobrody krasnolud siedzący w rogu głównego pomieszczenia gospody.
Te krępe kurduple nie mają za grosz kultury. Już nie jeden raz skarżyłam się Kethelowi ,żeby zaczął zwracać im uwagę. Ale stary karczmarz odpiera zawsze ,że mimo braku kultury ich sakiewki są pełne brzęczących monet. Ohh, szkoda ,że Korela już tu nie ma, on by na pewno stanął w mojej obronie.
- Ale!
- Już niosę – odparła wyrwana z rozmyślań dziewczyna.
Gospoda „U Kethela” była jedynym bezpiecznym i ciepłym miejscem w promieniu 3 dni wędrówki od Wielkiego Lasu. Niewielki , drewniany budynek znajdował w centrum małej polanki, nieopodal Zachodniego Gościńca. Polanę otaczały wysokie iglaste drzewa , uginające się teraz od ciężaru zalegającego na gałęziach śniegu. Światło wydostające się przez okna gospody nadawały temu miejscu niesamowitego uroku. Wnętrze głównej sali oświetlane było przez duży kominek w rogu , pochodnie na ścianach oraz świece.

Keria postawiła dzban Ale na ławie ,przy której siedziało trzech krasnoludów. Ten , który ją zawołał wydawał się najstarszy i najgroźniejszy. Końcówkę brody miał spleciona w cienki warkocz ,a wąsy zaczesane na boki. Jego twarz szpeciła podłużna blizna ,ciągnąca się od lewego ucha do lewego oka. Krasnolud nazywał się Thor. Przybył do gospody ze swoimi towarzyszami 3 noce temu. Wynajęli pokój na piętrze i całymi dniami tylko piją. Rudobrody rzucił jej niedbale monetę i cała trójka wróciła do ożywionej rozmowy.
- Co za okrutny los każe mi obsługiwać tych brodatych gburów – pomyślała dziewczyna. Po czym chwyciła monetę, odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę kuchni.
Wtem, drzwi gospody skrzypnęły, z wysiłkiem odchylając się do środka. Stanęła w nich wysoka, zakapturzona postać. Wszelkie rozmowy ucichły , a gości gospody przeszyło zimno wdzierającego się do wnętrza powietrza. Nieznajomy wszedł do środka i popchnął drzwi, zamykając je z trzaskiem. Zdjął płaszcz z kapturem i powiesił go na stalowym haku. Dokładnie przyjrzał się biesiadnikom i usiadł przy pobliskiej ławie.

Dziewczyna nie mogła uwierzyć własnym oczom. Widziała go przecież parę dni wcześniej. Tylko włosy … wtedy były krótsze i miały inny kolor… Uśmiech rozjaśnił jej twarz.
- Wiedziałam ,że wróci – pomyślała – jednak mu na mnie zależy.
Uradowana pośpieszyła ku przybyszowi. Już miała go uściskać kiedy cos ja zaniepokoiło.
Niby twarz ta sama ale coś jest nie tak. I do tego jego kompletny brak reakcji. Strój też ma jakiś dziwny. Skromne niebieskie szaty do samej ziemi, przewiązane w pasie grubym pasem. Dziwny, drewniany kostur w prawej ręce. Długie blond włosy, niebieskie, niepokojąco piękne oczy.
- Tak! Oczy! –krzyknęła – Korel miał zielone.
Dziewka zorientowała się ,że krzyknęła i jej twarz oblał szkarłatny rumieniec. Spojrzała na siedzącego przed nią mężczyznę i … zatraciła się w jego spojrzeniu. Jego oczy kusiły ja, przywoływały, nie mogła ruszyć ręką, nie mogła nic powiedzieć. Jakby ją coś pochwyciło w magiczną sieć, nie mogła się przeciwstawić. Keria podeszła do ławy , przy której siedział mag i usiadła naprzeciwko niego.
- Opowiedz mi wszystko co wiesz o Korelu – powiedział Oltar.
I opowiedziała.

……………………………………………………………………………………………….......


Przybył tutaj 5 dni temu, w dniu pełni księżyca. Ubrany był w stary, skórzany strój podróżny. Wysokie buty , czarne spodnie i bluzę z kapturem. Przy pasie nosił krótki miecz i zakrzywiony sztylet. Jego rdzawe włosy były zaczesane za uszami, a z tyłu swobodnie opadały na kark. Długie bokobrody wspaniale współgrały z niewielką bródką. Bacznie rozglądał się dokoła swoimi wielkimi, zielonymi oczami. To one zdradzały głębię jego duszy.
Zasiadł przy ławie obok ściany nic nie mówiąc. Nikt z biesiadników zdawał się nie przejąć nowym przybyszem i rozmowy rozbrzmiewały nieprzerwanie, jakby nic się nie stało. Nikt zdawał się go nie zauważać. Ale ja go widziałam, i był to jeden z najwspanialszych widoków w moim życiu.
Podeszłam powoli, chcąc zaproponować nieznajomemu coś do picia, już miałam się odezwać ,gdy nagle podniósł na mnie wzrok i obdarzył mnie ciepłym uśmiechem. „Chętnie napiłbym się ciepłego wina imbirowego” – powiedział. Nie pamiętam czy cos odpowiedziałam, jego głos był tak szczery, głęboki i przyjazny ,że serce łomotało mi jak szalone. Po chwili wracałam niosąc gorący dzbanek naszego najlepszego wina imbirowego.
- Mam na imię Korel, miło mi Cię poznać …..
- Keria - szybko podpowiedziałam ,
- Miło mi Cię poznać Kerio.
Włożył mi do ręki monetę , uśmiechnął się i sięgnął po gorący dzbanek. Uspokoiłam się trochę dopiero w kuchni. Wkładałam monetę do szuflady ,gdy nagle spostrzegłam ,ze to złoto! Złota moneta, niemożliwe, nie zarabiam tyle nawet przez miesiąc. Zaczęłam się jej przyglądać i spostrzegłam ,że są na niej jakieś nieznane mi symbole. Nigdy wcześniej nie widziałam podobnej monety. Ugryzłam dla pewności, jednak prawdziwe złoto. Szybko schowałam więc skarb do fartucha i nie mogąc uwierzyć własnemu szczęściu wróciłam do pracy.
Drugiego dnia jego pobytu nie zdarzyło się nic specjalnego. Korel siedział w tym samym miejscu co dzień wcześniej i był dla mnie równie miły. Uśmiechał się i patrzył mi w oczy. W nocy , gdy już ostatni z gości padli pod stołami lub rozeszli się do pokoi ,podszedł do mnie, złapał mnie za rękę powiedział: „Chciałbym żebyś poszła dziś ze mną” , patrzył na mnie tymi swoimi bezdennymi oczami i wiedział ,że nie zdołam mu odmówić.
Gdy się obudziłam, leżał koło mnie z otwartymi oczami. Pocałowałam go delikatnie w policzek. Wydawał się taki nieobecny. Po chwili jednak spojrzał na mnie i przejechał palcami po moich wargach, lekko je rozchylając. Pocałował mnie namiętnie i znowu się kochaliśmy. Odpoczywając w jego ramionach zapytałam: „Opowiesz mi cos o sobie kochany?, kim jesteś? , skąd przybyłeś?, chcę wiedzieć wszystko” Milczał , już myślałam ,że go uraziłam, kiedy zaczął mówić:


„Pochodzę z bardzo daleka, z krainy ,o której nawet nie słyszałaś. Moja rodzina była dobrze znana w tamtych stronach, cieszyła się też nieskazitelną opinią i szacunkiem. Ojciec był generałem i jednym z głównych doradców króla. Od dziecka byłem wychowywany w duchu obowiązku i uczciwości. Uczono mnie ,że sprawiedliwość jest najważniejsza. Razem z bratem dorastaliśmy pod czujnym okiem matki , z rzadka widując ojca. W wieku 16 lat ojciec zabrał nas do Akademii na testy predyspozycji. Zadawano nam mnóstwo pytań, kazano biegać, skakać i wertować grube księgi. Okazało się ,że Oltar – mój brat, ma niespotykane talenty magiczne i jego przyszłość związana jest z Sanktuarium Żywiołów. Ojciec pękał z dumy, mag w rodzinie ,to było jego marzenie odkąd zobaczył co magia potrafi zdziałać na polu bitwy. Przyszła kolej na mnie. Egzaminator z przykrością stwierdził, że nie posiadam żadnych specjalnych talentów. Ani magicznych ani bojowych, moja wiara ,tez nie jest nadzwyczajnie silna. Skuliłem się czując na sobie piorunujący wzrok rodzica. Całą drogę do domu panowała cisza. Następnego dnia ojciec zawołał mnie to siebie:
- Synu , zostaniesz Paladynem – oznajmił mi ojciec i czekał na moja reakcję.
- Ależ Ojcze, egzaminator powiedział, że nie mam żadnych zdolności. Ponadto nie interesuje mnie walka z imieniem Boga na ustach.
Pahhh, zostałem zdzielony w policzek. Ojciec wstał , spojrzał na mnie z góry i powiedział ze złością:
- Użyłem prawie wszystkich swoich wpływów i znajomości ,żeby umieścić w Świętym Zakonie, nie zhańbisz mojego nazwiska będąc jakimś zwykłym, przeciętnym człowiekiem! Zostaniesz Paladynem, czy tego chcesz czy nie! Pakuj się, jutro wyjeżdżasz.
No i się spakowałem. Krótkie pożegnanie z matka i bratem, których miałem nie zobaczyć przez najbliższe 20 lat. Zarzuciłem na plecy worek i ruszyłem w stronę portu.

W Zakonie dni upływały na ciągłych ćwiczeniach , modłach i spełnianiu głupawych obowiązków. Przez 5 lat nie nauczyłem się niczego poza zamiataniem podłogi, czyszczeniem stajni, i bieganiem z przesyłkami z jednego skrzydła zamku do drugiego. Ten pierwszy etap miał nas niby nauczyć sumienności i pokory, ale praktycznie nic to nie dało poza moja rosnącą frustracja i znudzeniem. Na plus można zaliczyć jedynie poprawienie kondycji i zwinności własnego ciała. Na szczęście znalazłem przyjaciela. Miał na imię Gavon, był to bardzo szczupły młodzieniec, z podłużną twarzą i szpiczastym nożem. Był też bardzo uduchowiony ,i zawsze uważałem ,że lepszy byłby z niego kapłan niż paladyn .Jego rodzice byli jednak innego zdania. Niestety wojownik był z niego żaden.

W szóstym roku szkolenia, kiedy to zaczęliśmy ćwiczenia z bronią zrobiło się ciekawiej. Nauczyciele pomagali nam dobrać odpowiednie dla nas uzbrojenie. Oczywiście najpopularniejszy był młot. Mi on jednak kompletnie nie odpowiadał. Był bardzo ciężki i nieporęczny. Najlepiej mi szło z mieczem jednoręcznym lub mieczem krótkim. Nie przysparzało mi to sympatyków ani wśród trenerów ani wśród rówieśników. Najgorszy ze wszystkich był Seper – syn barona Albema, bratanka króla. Jego arogancja była nie do zniesienia, do tego wszystkiego był specjalnie traktowany przez nauczycieli i dokuczał komu się tylko dało. Często naśmiewał się z moich „nożyków” – jak on określał miecze jednoręczne, ale najbardziej czepiał się Gravona. Upodobał go sobie na obiekt kpin i konsekwentnie go obrażał. Nic na to nie mogłem poradzić, wszelkie protesty i skargi na Sepera były z góry skazane na niepowodzenie.

Tak więc mijał nam czas ,aż pod koniec 10 roku , na półmetku szkolenia odbyła się inscenizacja bitwy pod Endalą. Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy ,Gwardię Królewską i Siły zbuntowanego Generała Tribdina. Gavon i ja zostaliśmy przydzielenie do tych drugich. Oczywiście wspaniały Seper dowodził siłami królewskimi. Pokaz odbywał się pod okiem wszystkich trenerów i nauczycieli, a tuz przed rozpoczęciem przybył nawet sam baron Albem. Przywdziany w czerwone kaftany, z drewnianym orężem w ręku, mój oddział ruszył do natarcia. Na wzgórzu czekali niebiescy, a na ich czele puszący się jak paw Seper z drewnianym młotem w ręku. Chciałem mu się odpłacić za te wszystkie docinki ale zdawałem sobie sprawę ,że nie mam zbytnich szans w bezpośrednim starciu z tym olbrzymem. Nagle usłyszałem okrzyk „Za Króla!” i czerwona fala ruszyła w naszym kierunku…

Seper biegł prosto na mnie, nie zwolniłem, nie mogłem się teraz zatrzymać. Zacisnąłem dłoń na mieczu , mocniej złapałem tarcze i ruszyłem jeszcze szybciej. Gdy znalazłem się już dwa metry od przeciwnika, wyskoczyłem do przodu, jednocześnie wyprowadzając łukiem najsilniejszy cios na jaki mnie było stać. Seper jednak bez trudu sparował moje uderzenie, obrócił się na nodze i zamachnął wielkim młotem. W ostatniej chwili zdołałem lekko się uchylić ale pędzący z olbrzymia prędkością młot zahaczył moje ramię. Ból uderzył we mnie jak błyskawica, do oczu napłynęły mi łzy i straciłem kontakt z podłożem. Obróciło mną kilka razy zanim upadłem ze stukotem na ziemię. Nie miałem siły się podnieść, zdołałem tylko przewrócić się na bok. I zobaczyłem go, tryumfującego nade mną , z młotem uniesionym ku niebu. Nagle z nikąd wyskoczył Gavon, korzystając z nieuwagi Sepera natarł na niego z niespotykaną zaciętością. Miecz świsnął w powietrzu i trafił w lewy bok wielkoluda. Ten złamał się w pół, ugięły się pod nim kolana i runął na ziemię. Gavon podniósł miecz, chcąc ostatecznie powalić przeciwnika ale zastygł z ręką nad głową. Do dziś nie wiem dlaczego tak postąpił, może z litości, może przebaczył dręczycielowi, a może uznał ,że taka nauczka mu wystarczy. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się porozumiewawczo. I nagle to spostrzegłem, chciałem krzyknąć ale było już za późno. Seper korzystając z okazji podniósł się i posłał młot w kierunku głowy mojego przyjaciela. Przejmującemu hukowi towarzyszył odgłos pękającej czaszki. Gavon padł na ziemię bez przytomności, i co już wiedziałem – bez życia.

Przerwano bitwę , nawet Pierwszy Paladyn nie zdołał uleczyć mojego przyjaciela. Wezwano kapłana z pobliskiego klasztoru lecz ten stwierdził ,że minęło już zbyt wiele czasu. Moja rozpacz równała się tylko wściekłości na Sepera. Miałem ochotę się na niego rzucić nawet z gołymi pięściami. Jednak wpajane mi od dzieciństwa zasady sprawiedliwości wzięły górę. Wszczęto dochodzenie. Złożyłem zeznania, opisałem tylko to co widziałem, nic nie dodałem od siebie. Byłem przekonany ,że to i tak wystarczy ,żeby określić winnego. A wtedy spotka go zasłużona kara. Śmierć, dożywotnie więzienie lub wygnanie, w zależności od oceny sędziego. Jakże się więc zdziwiłem kiedy ogłoszono, że był to nieszczęśliwy wypadek i nikt nie ponosi winy.

Po dwóch tygodniach zakon dostał 12 nowych , wspaniałych wierzchowców. Ogromna wartość takiego podarku wywołała ogólne poruszenie wśród nas – aspirantów. Wszyscy chodzili podekscytowani ,a na korytarzach ciągle dyskutowano o hojnym podarunku. Nikt nie widział kto zdecydował się na taki prezent. Seper , spotykając mnie na korytarzach, śmiał mi się w twarz. Nie zauważyłem ,żeby miał jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Tej nocy zakradłem się do stajni. Lubiłem tam przychodzić kiedy chciałem nad czymś porozmyślać. Obecność koni działała na mnie kojąco. Korzystają z okazji postanowiłem przyjrzeć się nowym wierzchowcom. Były naprawdę piękne. Podszedłem do czarnego jak węgiel ogiera, miał wspaniałą, bujną grzywę, lśniącą sierść i szare, mądre oczy. Widać było ,że został niedawno podkuty. Podkowa była oryginalna, tylko raz w życiu widziałem taki typ. Nie mogłem sobie przypomnieć gdzie i kiedy to było. Dziwne ,że na tych nie było inicjałów właściciela, domyśliłem się ,że ten chciał zachować anonimowość. I nagle mnie olśniło, wszystkie moje mięśnie zesztywniały, stałem bez ruchu z ręką zaciśniętą na uprzęży. To… to były konie ze stajni Barona Albema, ojca Sepera! Elementy układanki ułożyły się w mojej głowie w szokującą całość. I wtedy coś we mnie pękło, jakąś struna charakteru, część mnie odeszła na zawsze.

Wróciłem do swojego pokoju, spakowałem cały dobytek. W ciemnościach zakradłem się do zbrojowni, żelazna kłódka nie stanowiła dla mnie żadnego problemu. Ukradłem długi miecz i dwa sztylety. Ruszyłem w stronę pokoju Sepera.

Ręka mi nie zadrżała, nie miałem żadnych oporów, nie zastanawiałem się. Ciepła ,mazista posoka uwolniła się z ciała w ślad za ostrzem sztyletu. Spływała w dół, okalając szyję czerwonym kołnierzem, nawet w ciemności kontrastowała z bielą pościeli. Seper obudził się w tej samej chwili, Bez skutecznie starał się zatamować krwawienie, chciał krzyczeć , lecz moja ręka i szmata w ustach spełniły swoje zadanie. Po chwili się uspokoił, wyjąłem szmatę i popatrzyłem mu w oczy. Głupiec nie wiedział nawet czemu go to spotkało, patrzył na mnie błagalnie, nawet z wyrzutem. Ostatni raz zachłysnął się powietrzem i jego dusza opuściła nasz świat. Pomyślałem o Gavonie i z satysfakcją w sercu ruszyłem do wyjścia.

Pod osłona nocy wymknąłem się z zamczyska i od tej pory uciekałem. Nie pamiętam ile dni upłynęło od tamtego czasu. Wysłano za mną zabójców i rozesłano list gończy. Musiałem omijać miasta i wioski. Żyłem jak zwierze, chowając się po lasach i śpiąc na ziemi. Później do pościgu dołączył jakiś mag. Parę razy ledwo udało mi się umknąć. Moje życie zmieniło się w ciągła udrękę, nigdzie nie czułem się bezpiecznie. Kiedy dwa dni temu kładłem się spać , bojąc się nawet rozpalić ognisko, nic nie wskazywało na to ,że mój los się odmieni. We śnie przyszedł do mnie nieznajomy. Powiedział ,że zna moją historię i ,że może mi pomóc. Że jeśli chce , to da mi nowe życie. Kiedy się obudziłem ,leżałem w zupełnie innym miejscu. Za sobą miałem strzeliste góry ,a przede mną rozpościerał się wielki, stary las. Na pniu starej, zwalonej sosny siedział czarnopióry kruk. Patrzył na mnie wyczekująco i kiedy tylko udało mi się wstać ,odleciał. Nie wiem co mam o tym wszystkim sądzić. Nie mogę sobie przypomnieć twarzy ani imienia tego człowieka ze snu. Może to wszystko mi się tylko przyśniło… ale nie znam tego miejsca, nie znam tych gór, nie znam tego lasu…"

Skończył swoją opowieść i zasnął. Kiedy rano się obudziłam już go nie było.


……………………………………………………………………………………………….......

Oltar siedział pochylony naprzeciwko dziewczyny. Chłonął każde jej słowo, nie mógł uwierzyć w to co słyszy. Wszystko do siebie doskonale pasowało. Historia płynąca z ust tej dziewczyny idealnie zapełniała brakujące luki w jego wiedzy.

Ojciec zataił przede mną prawdę. Manipulował mną - z goryczą pomyślał mag.
Po morderstwie dokonanym przez Korela nasza rodzina straciła poważanie i cały szacunek. Król za namową swojego bratanka zdegradował ojca do rangi pułkownika. Mnie wyrzucono z Sanktuarium Żywiołów. Myślałem ,że ścigając zbiegłego brata , zmaże hańbę ciążącą na naszym nazwisku. Co za głupiec ze mnie. Muszę z nim porozmawiać, muszę go odszukać.
- Czy Korel mówił coś jeszcze? Robił coś niezwykłego? Zostawił coś? – zwrócił się do dziewczyny.
- Nic szczególnego nie robił. Chociaż , miał w zwyczaju skrobać nożem po ławie przy której zawsze siadał. – odpowiedziała z namysłem.
- Wskaz mi ją – rzucił mag , wstając jednocześnie z miejsca.

Gdy Keria wskazała niewielką ławę przy oknie gospody , mag ruszył pospiesznie w jej kierunku. Z niedowierzaniem spojrzał na swój własny herb rodowy wycięty w jesionowym blacie. Sięgnął do swojej mocy i skupił uwagę na ławie. Poczuł ,że pod spodem znajduje się jakiś przedmiot. Ostrożnie sięgnął ręką , poczuł jakiś kształt, szarpnął, przedmiot oderwał się po przełamaniu lekkiego oporu. To był sztylet, sztylet z insygniami Zakonu Paladynów z jego rodzinnego miasta. I wtedy zrozumiał. Korel wiedział ,że tajemniczy mag nie zaprzestanie swojego pościgu, więc zostawił mu ostrzeżenie. I Oltar wiedział, że następnego nie będzie…

……………………………………………………………………………………………….......




Dwie postacie stały na szczycie góry i spoglądały na Wielki Las.
- Czemu go tu wpuściłaś? – zapytał Raven – Obiecałem temu człowiekowi nowe życie.
- Równowaga, mój drogi kruczku, równowaga – odparła Leith i zniknęła w obłoku dymu.

…………………………………………………………………………………………………...


Imię: Korel
Rasa: człowiek
Klasa: rogue, łotrzyk, zabójca
Wzrost: 182 cm
Waga, postura: około 75 Kg, szczupły ale nie chudy.
Oczy: Zielone
Włosy: Rdzawe
Post #2 11 Feb 2006, 01:28
UFFF sie naczytalem no historia piekna bardzo dopracowa widac ze sie starales i ze naprawde siedziales nad nia kilka godzin mi sie naprawde bardzo spodobala wciaga ta historia 😀 super i tyle
Post #3 11 Feb 2006, 15:58
Cieszę się 😊 Chyba Tobie jako jedynemu udało sie ją całą przeczytać, sądząc po ilości komentarzy :/
Post #4 11 Feb 2006, 17:05
Warning: mysql_connect(): Access denied for user
Post #5 11 Feb 2006, 20:32
Nie znam za bardzo świata Warcrafta, więc uznałem ,że najłatwiej będzie zacząć człowiekiem...
Post #6 12 Feb 2006, 08:50
To nie ma żadnego znaczenia kim zaczniesz grać, nie splamie się jak powiem, że horda może nawet łatwiej 😛 a nas jest mniej więc lepiej by było jak być doszedł do hordy...
Post #7 16 Feb 2006, 07:33
To, to ja rozumiem! Mozna by dać jako przykład jak powinna wyglądać historia! Powiedz mi tylko, że tak grasz jak piszesz a masz Shadowa zawsze po swojej stronie 😀

Niestety prawdą jest, że aliantów masa 😢
Post #8 16 Feb 2006, 12:04
Dzieki za docenienie 😊
Chwilowo pracuję nad historia dla postaci z hordy , więc pewnie niedługo się spotkamy online.

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026