📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Opowieść o bohaterach w Loch Modan i Deadmines
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 18 Feb 2006, 23:53

1.Loch Modan

Osadzie Loch Modan zagrażają Ogry które założyły bazę wypadową po drugiej stronie jeziora bardzo blisko tamy w pobliskich jaskiniach. Zaniepokojeni tym faktem mieszkańcy postanowili poprosić o pomoc przechodzących przez osadę bohaterów. W nocy do osady przybylo trzech poszukiwaczy. Dwóch z nich należało do Bractwa Cieni Wspomagani przez napotkanego wojownika ruszyli by zwalczyć siedlisko rosnącego w siłą zła. Po przekroczeniu tamy i dostaniu się na drugi brzeg zauważyli zwiadowcę ogrów. Walka nie była ciężka doświadczenie trzech śmiałków w starciu z rozwścieczonym ogrem zatriumfowało. Ogry nie były w stanie stawić większego oporu szybko ustępowały. W jednej z jaskiń czekał ich przywódca za którego głowę wyznaczono nagrodę. Ogr wydawał się zdziwiony widząc wdzierających się bohaterów do jego jaskini. Nie zdążył nawet wydać jakiegokolwiek ryku. Szybko padł powalony kilkoma celnymi ciosami młota i miecza a jego szczątki tliły się od rzuconego czaru kuli ognia. W jaskini czuć było spalone mięso zapach był tak nieprzyjemny i drażniący, że bohaterowie zabrali trofeum i opuścili jaskinię. Wojownik śpieszył się i szybko oddalił Bracia jednak pozostali i dokładnie przeszukali twierdze ogrów. Kilku z nich chowało się jeszcze w jaskiniach a reszta uciekła. Po powrocie do wioski Bracia oddali trofeum i przyjęli nagrodę. Za otrzymane pieniądze byli w stanie wychylić kilka kufli tamtejszego piwa.

2.Deadmines

Tym razem członkowie gildii przybyli do Westfall zaniepokojeni rosnącymi wpływami bandy Defias. Od namiestnika twierdzy dowiedzieli się, że został wysłany posłaniec od samego Van Cleefa. Dwóch członków gildii wyruszyło by odnaleźć posłańca. Odszukali go niedaleko opuszczonego jak by się mogło wydawać miasteczka Moonglade. List oddali namiestnikowi on już wiedział co z nim zrobić. Ruszyli do Moonglade by dowiedzieć się, gdzie może znajdować się główna siedziba bandy. Tak jak przypuszczali przeszukanie miasta nie było łatwe nawet w osłonie mroku i cienia który był ich sprzymierzeńcem. Miasto w swoich szponach już miała banda Defias. Odnaleźli w jednym z domów wejście do podziemnego korytarza. Zgodnie stwierdzili, że sami mogą sobie nie poradzić. Wrócili po pomoc. Swoim mieczem postanowił wesprzeć ich doświadczony acz troche beztroski wojownik.
Wrócili ponownie do Moonglade z zamiarem przeszukania podziemi. Tym razem nie oszczędzili bandytów, którzy stawiali zacięty opór. Szybko przedarli się do domu w kórym było wejście. Mieli rację już samego korytarza strzegli jedni z najlepszych wojowników bandy. Utwierdziło ich to tylko w przekonaniu, że nie jest to zwykły górniczy trakt. Zapuszczając się głębiej w podziemia odnaleźli wrota strzegł ich ogromny ogr który nawet na moment nie spuszczał z oka klucza do nich. Walka była ciężka ogr nie ustępował. Padł trupem dotkliwie raniąc jednego z członków. Po opatrzeniu ran przekroczyli wrota. Nie mogli wyjść z podziwu a w ich głowach rosło przerażenie...
... W środku odkryli ogromny kompleks, doskonale działającą machine. Bandyci, ogry, i plugawe gobliny razem pracowały. Co ich łączyło jaki ktoś miał cel, jakie były plany Van Cleefa- tego chcieli się dowiedzieć. Nie zastanawiając się postanowili zaatakować tak szybko żeby bandyci nie zdążyli się zorientować, że nad ich głowami czeka już śmierć. Przedzierając się przez kolejne komnaty i spotykając kolejnych popleczników VanCleefa dotarli do podziemnej jaskin która miała wyjście na pełne morze. Wywnioskowali to gdy ujrzeli ogromny statek przycumowany w środku. Mr. Smite ogromny rosły tauren bronił dostępu na pokład. Tauren chyba się nie spodziewał gości był kompletnie pijany, kiwał się na kładce tak jak by miał zaraz spaść. Wojownicy z uśmiechem na twarzy postanowili mu pomóc. Na pokładzie czekali już tylko piraci a na mostku sam Van Cleef z obstawą i mały goblin...

3.SEN

...sen minął leżałem zlany zimnym potem w kryjówce Bractwa... sen o czym był. Pamiętam tylko że zbierałem zioła na miksturę leczniczą dla brata... I ten mroczny straszliwy las... Duskwood. Przybyłem do Darkshire miasteczka położonego w środku tego przerażającego lasu. Nie dało się nie zauważyć popłochu jaki tam panował. Wiedziałem że dzieją się tu straszliwe rzeczy ale dopiero strażnicy wyjaśnili mi co dokładnie się dzieje. Na cmentarzu Raven Hill nieumarli wstają z grobów. Wszyscy poszukiwacze przygód którym nie brakuje odwagi ruszają na cmentarz by skończyć nędzne żywota ludzi po śmierci. W moim umyśle widziałem wizje królowej Banshee wołającej swoje sługi z Duskwood i wydającej rozkaz ataku na Darkshire. Trzeba było wtrącić ich ponownie do swych grobów.

Armia szkiletów i ghuli czekała na kolejne ofiary, które by mogły zasilić ich szeregi. Razem z krasnoludzkim wojownikem zaczeliśmy oczyszczać wschodnie części cmentarza. Przedzieranie prze hordy nieumarłych było dla nas zaskakująco łatwe. Krasnould śmiał się że jeszcze zdązy napić się piwa w karczmie przed zmierzchem. Zapomniał tylko że tutaj w tych lasach nigdy ne wiadomo czy jest noc czy dzień. Za na mi widać było ścieżkę usłaną szcząkami kości i już rozkładjącego się ciała.

W pewnym momencie Ziemia zaczęła drżeć pod naszymi stopami. Zobaczyliśmy jak z grobu na skraju cmentarza podnosi się potężny ghul i z wściekłością rusza w naszą stronę. Kątem oka dostrzegłem napis na nagrobku "Kochanej żonie Elizie". Ghul zaczął walczyć z karsnoludem i wspomagałem go jak tylko potrafiłem zaklęciami.
Krasnolud nie ustępował na początku jednak zaczął opadać z sił jego ataki nie były już tak przemyślane i celne jak wcześniej walka zamieniła się w desperacką próbę obrony. Krasnal otrzymywał coraz więcej ciosów nie wiedziałem jak długo to jeszcze potrwa przeciwnik był bardzo rozśwcieczony i zacięty w walce. Krasnolud nie wytrzymał poległ wydając ostatnie tchnienie krzyknął "Uciekaj". Kiedy do moje świadomośc i dotarła tak myśl i juz zacząłem wymawiać słowa zaklęcia mój bok przeszył ból... Ghul swoimi ostrymi pazurami rozdarł mój pancerz i skórę jak by to było jedwabne sukno. Z bólem dokończyłem inkantacje czaru. Zmrożony ghul zastygł w miejscu ja zacząłem uciekać w kierunku miasta w poszukiwaniu pomocy...

Co się działo dalej nie wiem. Sen był bardzo realistyczny. Tak rzeczywisty jak by to wszystko wydarzyło sie na prawdę. Usłyszałem kroki w obozie. Brat krzątał się szukając ziól. Okazało się, że ukąsił go pająk. Przygotowałem potrzebną miksturę i położyłem Brata z okładem na ramieniu.
- dokąd się wybierasz?? -zapyatał
- do Duskwood
- po co??
- żeby tym razem nie dać się zaskoczyć...


4. Lakeshire

- Te przeklęte orki! Znów napadły na LakeShire! – wykrzyknął potężny mag - Trzeba położyć kres tym barbarzyńskim działaniom – dodał znacznie spokojniej, po czym spojrzał w oczy zebranym. Czaiła się w nich żądza sprawiedliwości. Widzieli to wszyscy bracia i nie próbowali zaprzeczać. Każdy wiedział, iż mag ma racje. Przez pomieszczenie przeleciał powiew chłodnego, świeżego powietrza. W pokoju zapanowało lekkie poruszenie.. Któż mógł zjawić się tutaj, akurat w tym czasie? Po chwili drzwi trzasnęły, a z cienia wyłonił się mały gnom z grymaśną miną na twarzy.
- Znów zginęli niewinni, pobliska wioska płonie...- zabełkotał pod nosem posmutniałym, ale wściekłym głosem – Następne będzie LakeShire. Armia orków już szykuje atak. Nie możemy dłużej czekać! – wrzasnął skrzeczącym głosem. Mag przymknął oczy jednocześnie dotykając rękoma skroni. Na jego twarzy widać było duże skupienie. Ta 5-sekundowa chwila wydawała się o wiele dłuższa...
- Dzisiaj o zmroku w LakeShire. To nie będzie łatwa wyprawa.- nagle wyartykułował mag - Przygotujcie się. – dodał otwierając oczy. Zebrani przytaknęli i szybko rozeszli się w swoje strony. Tego wieczoru miało nastąpić coś wielkiego...


Dzień ciągnął się niemiłosiernie, lecz wszyscy bracia czekali na odpowiedni moment... W końcu całun gwieździstego nieba zakrył Redrige Mountains. W księżycowym świetle postacie gromadzące się nieopodal LakeShire połyskiwały niczym gwiazdy na bezchmurnym niebie. Grupa śmiałków ruszyła w kierunku Stonewatch Keep. Z każdym krokiem wydawało się, iż niebo zalewa czarna smolista ciecz... Nad samą twierdzą rozciągała się ciemna, przerażająca odchłań. Wśród Bractwa zapanowała chwila zwątpienia... Widok był wyjątkowo przerażający... Jednak bracia pchani pragnieniem równości i sprawiedliwości zaczęli skradać się wśród ciężko zniszczonych murów obronnych fortecy. Jakaż to potężna armia mogła sforsować taką twierdzę? Niespodziewanie jeden z braci potknął się o resztki obiadu... Kilka ludzkich kości zagrzechotało doniośle, a dwóch potężnych strażników błyskawicznie rzuciło się w naszym kierunku. Teraz już nie było odwrotu. Dwóch wielkich orków, każdy szeroki na dwoje naprawdę umięśnionych ludzkich wojowników bezlitośnie na oślep machało półtorametrowymi dębowymi maczugami oblepionymi resztkami ludzkiej skóry i zaschniętą krwią. Te wielkie bydlęta nie grzeszyły inteligencją. Dlatego po kilku chwilach ich ciała leżały już w błocie, a obok nich wielkie głowy z przerażeniem na potwornych mordach. Te bestie zrobiły zdecydowanie za dużo zamieszania. Z bramy wybiega grupa uzbrojonych w miecze o dziwnych nieregularnych kształtach. Dzielny paladyn otarł pot z czoła i rzucił się na grupę lekkomyślnych orków. Przed jego oczami eksplodowała nagle kula ognia wprowadzając chaos wśród nieprzyjaciela. Żar zmusił paladyna do zamknięcia oczu na ułamek sekundy. To był jego największy błąd. Nagle ciemne ostrze pojawiło się tuż przed jego głową. Zdołał jedynie odparować cios. Na tyle niedbale, by tylko uratować swoje życie. Cios orka był tak silny, że święty wojownik padł bezwładnie na ziemię. Na całe szczęście zza jego pleców wyskoczyła zwinna puma wyprzedzając następny ruch orka i zatapiając długie ostre pazury w jego szyi. Druid błyskawicznie wrócił do swojej elfiej postaci i ruszył z młotem w ręku pomiędzy poparzonych orków. Nie było czasu na podziękowania. Paladyn energicznie zerwał się z ziemi i dołączył do dzielnego Elfa poruszającego się w walce z wielką gracją. Z oddali nadciągały ogromne pająki. Mały inżynier już z daleka je zauważył i kilka chwil później spada na nie chmura gradu wielkości krasnoludzkich kufli, a jak powszechnie wiadomo nie pili oni w małych ilościach. Ciężko zranione i obolałe pająki zanim dotarły do walczących braci zostały potraktowane podmuchem arktycznego powietrza. Ten gnom naprawdę wiedział co robi. Waleczni bracia kilkoma potężnymi ciosami roztrzaskali te zamrożone kreatury na drobne kawałki. Brama została sforsowana, lecz posiłki z pewnością zostały już powiadomione. Trzeba było działać niezwykle szybko. Grupa Braci wparowała do wielkiego pomieszczenia na parterze. Mrożąca krew w żyłach ciszę przerwał obrzydliwy ryk zza drzwi. Potężny ludzki mag zaczął się koncentrować. Z chwilą otwarcia, a raczej wyważenia drzwi przez orków, w ich stronę mag posłał słup ognia paląc nieprzyjaciół żywcem. Zrobiło się naprawdę gorąco. Zwęglone ciała cuchnęły okropnie. Smród z pewnością długo stąd nie zniknie. Droga do komnaty niegdyś wodza garnizonu, a dzisiaj wielkiego mutanta, wodza orczego pomiotu stała otworem. Grupa śmiałków z przymierza zaczęła podążać schodami w górę. Ku ich zdziwieniu jedne z drzwi buchnęły ogniem i wystrzeliły w ich stronę, a zaraz za nimi wśród gorących oparów wyłonił się niewielki smok. Cóż za bestię hodowali ci orkowie? Momentalnie bez zastanowienia arktyczny podmuch gnoma zmierzył się z piekielnie gorącymi płomieniami smoka. Całe pomieszczenie wypełniła gęsta para. Bracia wiedzieli, iż tylko wspólnymi siłami mogą pokonać to uparte smoczysko. Z dymu wyłonił się miech paladyna, a smok próbując odruchowo uniknąć ciosu uderzył o napierający z drugiej strony młot druida. Bydle padło na ziemię i oszołomione zostało potraktowane niszczącą siła lodu, ognia, natury i światłości. Miażdżąca energia obdarła smoka ze skóry rozpraszając się na murach twierdzy. Ziemia zadrżała... Ufff... udało się... Ale żaden z bohaterów nie chciał myśleć co byłoby za kilka miesięcy. Smok przybrałby takich rozmiarów i siły, że tylko cała skupiona siła przemierza mogłaby go unicestwić. Bracia ruszyli na ostatnie piętro. Druid w biegu zmienił się w postać niedźwiedzia i skoczył na przód wyważając solidne drzwi. Ogromny orczy mutant był już przygotowany, aczkolwiek na jego twarzy (jeśli można to tak nazwać) widać było podziw i lekkie zmartwienie. Rozgorzała walka. Paladyn razem z misiem nacierali na ogromnego mutanta, a magowie próbowali powstrzymać posiłki orków-magów. Wódz nie okazał się zbyt wielkim wyzwaniem. Widocznie miał charyzmatyczny wódz rzadko stawał do boju. Pewnie siedział i obżerał się ‘smakołykami’ w swojej komnacie, wydając okrutne polecenia dla własnej zabawy. Wraz z potężnym ciosem druida roztrzaskującym orkowi pół łba orczy magowie wydali dziwny odgłos zwątpienia. Po chwili eksplodowali lodowatym ogniem dzielnych magów z przymierza. Na twarzach braci pojawił się uśmiech. Mimo wyczerpania byli z siebie dumni. Zebrali znikome łupy, po czym wszyscy zostali teleportowani przez magów do ocalonego LakeShire. Miasteczko spokojnie spało, a na trawie zaczęła osiadać rosa. Nocna mgła powoli zaczęła się rozpraszać.
- Idźcie odpocząć, to była męcząca noc. – oznajmił spokojnym, zadowolonym głosem wyczerpany ludzki mag – spotkamy się tam gdzie zawsze za 3 doby podczas pełni – dodał. Znów lekki uśmieszek pojawił się na twarzy każdego z braci, lecz żadne nie miał już siły nic powiedzieć. Po krótkiej chwili i wymianie radosnych spojrzeń wszyscy w milczeniu rozeszli się w różne strony, zarzucając kaptury na pochylone głowy.

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026