|
Post #1
19 Feb 2006, 00:06
Na Stronach tej Księgi zostaną spisane Historie odnalzione przez Braci w bibliotekach lub usłyszane w karczmie śpiewane przez jakiegoś Barda....
Tę Historie opowiedziała nam kiedyś dawno nasza przyajciółka. W nocy gdy postanowiliśy uczcić odrodzenie się ponowne Bractwa przypomniała nam historie Qoen. Ja wszystko pośpiesznie zapisałem... Witam Was, zacni Panowie i Panie, zgromadzonych tu dzisiaj, w dniu tak ważnym dla naszego zgromadzenia. Mroczne Bractwo dziś po raz wtóry odrodziło się. Dlaczego, wiemy chyba wszyscy... Każdy, który pragnie Nas wesprzeć w walce, zjawił się dziś. Ale... czy wszyscy są gotowi? Prawdziwie gotowi na wysiłek, krew, upór i pokorę? Zapewne. Lecz ja, w tych niełatwych dla nas chwilach konfliktu, postanowiłam osłodzić Wam chociaż ten wieczór. I nie będę mówiła o walce, krwi i poświęceniu. Opowiem o Qoen, łotrzyczce z Silverpine. Qoen była półelfką; córką Karharosa, karczmarza, i Vivienn - elfiej kurtyzany z Teldrasill. Nikt nie wie zatem, jakim cudem osoba tak niskiego stanu jak Qoen, w wieku lat 16 znalazła się na książęcym dworze Silverpine i odtąd znana tam była powszechnie... jako szlachcianka (!!) Krążą o tym różne nieprzyzwoite legendy, ale... nie o nich będzie dziś mowa. Lady Qoen, bo z takim tytułem powszechnie ją znano, była mistrzynią zręczności, mistrzynią miecza. Ale była również mistrzynią ciętego języka i zadufania w sobie. Pewnego jesiennego dnia, jak co roku o tej porze, odbywał się na dworze księcia Silverpine Turniej Trzech Ostrzy: sztyletu, miecza i ostrzy naręcznych. I jak co roku, Qoen była pewna zwycięstwa. Nie obchodzili jej zarówno weterani zawodów jak i nowi uczestnicy - każdego roku odchodzili z kwitkiem. Ją obchodziło tylko jedno: kolejny puchar. Kolejna wygrana. Jednak tym razem wszystko miało potoczyć się zupełnie inaczej... Bowiem do zawodów przystąpił nie kto inny, a Aldoran, nocny elf z Shadowglen. Jeden z Czterech. Pustym śmiechem przywitała w finale Qoen ostatniego śmiałka, elfa, który stanął przed nią z pustymi rękami. Nie widział kim on jest. Nie widział tego nikt z zebranych wtedy na trybunach gości, łącznie z księciem Orekiem. - "Czym będziesz walczyć, druidzie? Zębami? Ha Ha!" - zadrwiła dziewczyna. W ręku dzierżyła swój piękny, ostry jak szpony wiwerny, miecz krasnoludzkiej roboty. - "O pani, będę dzierżył miecz" - odparł skromnie jegomość w ciemnym płaszczu. - "A jakiż to miecz będziesz dzierżył??" - "Twój, o pani." W trybunach aż zawrzało. Qoen odebrała tę odpowiedź, jako policzek. Osobliwą zniewagę. Ruszyła z impetem do walki! ...Ale nie zrobiła kroku, gdy przed nią stał już nie nocny elf... a potężny, szary, dumny wilkołak. "Nie zlęknę się", pomyślała. Uderzyła szybko i zdecydowanie, ale po raz pierwszy przeciwnik okazał się zwinniejszy. Zręcznym ruchem odsunął się z linii ciosu. Czuła jego oddech na policzku. Łapa likantropa poszybowała ku broni Qoen, lecz ta, czerwona ze złości, walnęła z całej siły w szponiastą dłoń. Aldoran odskoczył i przyjrzał się uważnie półelfce. Stanęli na chwilę przed sobą. Jego złotej barwy oczy zaśmiały się prowokująco. Dla Qoen zbyt prowokująco. Zaatakowała drugi raz - już bardziej rozsądnie. Wilkołak złączył szpony obu łap i sparował cios miecza , wiszącego tedy tuż nad jego głową. Na trybunach dało się słyszeć co raz okrzyki dogłębnego zdumienia i podziwu. Każdy udany manewr Aldorana kończył się okrzykiem, każdy Qoen - oklaskami. W końcu nawet łotrzycę poczęła bawić ta gra ciała i umysłu. "Równy z równym, nareszcie!", pomyślała z dreszczem emocji. Faktycznie, tak niesamowitej walki jak pojedynek łotrzycy Qoen i druida Aldorana nie widział już nigdy nikt. Na arenie księcia Silverpine robiło się coraz goręcej. I to nie tylko na trybunach, ale i w sercach walczących ze sobą mężczyzny i kobiety... W końcu, po 4 godzinach nieprzerwanej potyczki, w momencie, jak się wszystkim wydawało, rozstrzygającym, gdy dumna, sapiąca Qoen zbliżyła się do dumnego sapiącego Aldorana, spojrzeli na siebie dysząc i ledwo trzymając się na nogach i... coś w półelfce wtedy pękło... Elf, już w swej naturalnej postaci, ciężko, ale zdecydowanie podszedł do niej, bez najmniejszego oporu, wyjął z jej ręki zdobiony miecz. - "Com powiedział, dotrzymałem" - to mówiąc uśmiechnął się i rzucił ostrze na podłogę ,a te odbiło się metalicznym echem po całej sali. - "Nie przyszedłeś, by wygrać..." - nie dowierzała Qoen. - "Przyszedłem." "Ale w trakcie walki, zapragnąłem czegoś cenniejszego, niż puchar..." To mówiąc, Aldoran objął Qoen w pasie, a ta objęła go w karku i spoceni, zdyszani, pocałowali się. - "Rozumiem to za remis!" - zagrzmiał wesoło książę, a publiczność przyklasnęła temu pomysłowi - dosłownie i w przenośni. Po roku, ponoć gdzieś w głębokiej puszczy Teldrasill odbył się ślub i tak piękna szermierka Qoen została wybranką Aldorana, jednego z Czterech, a ten stał się wybrankiem łotrzyczki. |
|
Post #2
19 Feb 2006, 00:12
Kyerme nie był potomkiem wysokiego kapłana, szlachcica czy bogatego kupca, a zwykłego, niewyróżniającego się z tłumu drwala. Przyszedł na świat pewnej wyjątkowo dziwnej nocy ...
Tej nocy nie widać było gwiazd, nie widać było księżyca, niebo było czarne niczym smoła. Powietrze było bardzo gęste, nadciągała potężna burza. Nad doliną Dun Morogh panował jakby nienaturalny mrok. Dhart Utrhan`sten siedział na werandzie, wraz z trzema innymi mężczyznami : - Bedzie burzo, mówie wom. To powietrze jest tok gynste, że mogłbym je ciunć nóżem. - Powiedział jeden z krasnoludów, niski chłopina w brązowym kubraku. - Masz racje Faran, jestem wom wdzinczny ponowie, żeście mimo tokiej pogody, do mej choty w tym dniu zowitali. - Odpowiedział Dhart. Był przygnębiony z powodu zagrożonej ciąży jego żony. Dziecko miało małe szanse na przeżycie, jego żona także... - Nie godoj, przecie syn ci się rodzi! Musim to łoblać! - Odpowiedział inny z krasnoludów, dobrze zbudowany, o bujnej, brunatnej brodzie. - Nie wimy czy syn. I czy przeżyji. - Odpowiedział cicho przyszły ojciec. Nagle zrobiło się bardzo cicho... Tak cicho, że słychać było tylko krzyki matki, oraz pokrzykiwania innych kobiet. Trwało to kilka minut. Burza w tym czasie zbliżyła się znacznie. Słychać już było potężne grzmoty. Witar miotał śniegiem tak mocno, że wszyscy musieli odwrócić się w strone ścianychaty i zakryć oczy. Jednak mimo takiej pogody nikt nie odważyłm się nawet zaprowponowac złamania tradycji i wejeścia do chaty przed końcem porodu. Krzyki kobiet przybrały na sile, a bolesny wrzask, który nagle przeszył noc, sprawił że drwal zacisnął ręce w bezsilnej złości. Gdyby mógł przyjąłby na siebie cierpienie swej żony. Po chwili teren wokół domu rozświetlony został przez kolejną z błyskawic. Mężczyźni spostrzegli sylwetkę postaci, stojącej tuż za granicą światła latarni. Ubrana w czarny habit i kaptur nasunięty na głowę przyprawiła wszystkich krasnoludów o dreszcze. - Widzioliście to! - Wykrzyknął jeden z mężczyzn. - Demun jokiś! - Joki demun! To ino mnich jokis. - Odpowiedział inny. - Podejdź tu dobry wędowcze, jeśliś w dobrych zomioroch przywędrowoł, krzywdo ci wyrzundzona żadna nie bundzie, a i strowo sie może znoleźć. - Powiedział spokojnie Dhart. Wydawało się że jako jedyny nie obawia się przybysza. - Nie - Odpowiedział chrapliwy głos, przypominający tarcie zardzewiałego metalu. - Przybyłem po dziecko, które ma narodzić się w tym domu. - Co pleciesz!? Won stąun włóczyngo! - Zdenerwował się krasnal o wyjątkowo bujnej brodzie. - Oddajcie dziecko. - Powiedział przybysz. Mówił jednolitym, pozbawionym emocji głosem. - Poszedł stund, bo psomi poszczuje! - Odpowiedział zdenerwowany Dhart. Ten szaleniec to zły omen, dziecko zginie - pomyślał drwal. - Powiedziałem to co powiedzieć miałem, wszystko w twoich rękach. - odpowiedział przybysz. Jego głos, a bardziej szept skierowany był do drwala - Wierz mi, właśnie wydałeś na siebie wyrok śmierci. – Po tych słowach mężczyzna zniknął, po prostu zniknął. - Pieprzone czarowniki! Zowsze tylko przez nich kłopoty sa! A niech nos w żyć pocołuja! - Krzyknął łysiejący górnik z pobliskiej kopalnii. - Uwożoj, bo pusłuchają - Odpowiedział ten o bujnej brodzie. Po jego słowach wszyscy prócz Dharta ryknęli śmiechem. Zamilkli jednak po chwili, gdy z chaty dobiegł ich przerażający krzyk konającej kobiety. Drwal wiedział, że to już koniec. Jest sam... Jednak w chwili gdy o tym pomyślał, uszu jego dobiegł płacz dziecka. Zaczął płakać, ale nie wiedział sam, czy ze smutku, czy z radości. Drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem. Mężczyzną ukazała się stara kobieta. Mokre włosy przyklejały się jej do spoconej twarzy. - Już po, masz syna. - Powiedziała do Dharta cichym głosem kobieta. Jednak nikt nie krzyknął z radości, nikt nie powiedział słowa. Świeżo upieczony ojciec i wdowiec powoli przestąpił próg chaty. Na łóżku leżała jego żona. Cała mokra od potu. Usta miała jeszcze otwarte w niemym krzyku, krzyku przepełnionym bólem i cierpieniem. Oczy otwarte szeroko spoglądały w sufit, jakby widziały coś poza nim. Jedna z kobiet myła dziecko w misie. Herst powoli do niej podszedł i spojrzał na syna. Nawet dziecko wydawało się mieć smutny wyraz twarzy. Płakało, jakby żałobnie... Jednak gdy zobaczył zwłoki ukochanej żony, jej tważ zastygłą w agonii bólu. - Zabiłeś moją żonę, pomiocie piekielny... - wycedził przez zęby drwal. Nie jesteś mym synem, jesteś.. jesteś najgorszym koszmarem. Gdybym mógł, ubiłbym jo ci juz tyroz...- Mówił cicho, jednak z taką mocą, że wszyscy milczeli, nawet noworodek przestał płakać. – I nie ubije, ale i życia ci normalnego nie pożałuje. Pozostaniesz kapłanem, ale nie zwykłym kapłanem, ino wychowonym w klosztorze szczytów świata. Tam poznasz co to jest ból i poświęcenie... I od dziecka wychowany w surowej dyscyplinie, do końca swych dni słuchał będziesz innych, nie będziesz miał czasu na własne życie i nie będziesz takiego posiadał. Staniesz się maszyną, a zginiesz w mękach okropnych, jako samotny starzec, który w życiu nie zaznał miłości, za to, żeś mi miłość odebrał... - Po tych słowach blady ze złości Herst zwrócił się do jednego z chłopów, oglądających całe zajście z werandy. - Drogol, ty mieszkasz blisko miasta. Znajdziesz tam kiegoś kleche i dasz mu to... - Ale... Ale toż twój syn, twoja krew - Odparł zdziwiony krasnolud. - To pomiot diabła! Zabierz go, bo ubieja jak stoję! - Drwal już szedł w stronę topora opartego o ścianę chaty. - Wezmę! Wezmę go, nie złość się tok. - Krasnolud powoli podszedł do kobiety i odebrał owinięte już w pieluchy dziecko. - A jeśli spotkam cię kiedyś, pomogę ci spotkać się z matką, którąś zabił... - Na pożegnanie rzucił do dziecka drwal, jakby było ono w stanie go słyszeć. W tydzień później zaginęło jakieś dziecko z wioski, potem kolejne i kolejne. Po miesiącu, gdy zginęło piętnaścioro dzieci ujęto sprawce. Był nim drwal. Wszystkie dzieci znaleziono martwe w jego domu. Jednak nie udało się ustalić tożsamości . Zwłoki zmasakrowane i zgwałcone poświęcono i spalono. Drwal nie dożył procesu, powiesił się w celi. Trzech z mężczyzn towarzyszących drwalowi w dzień śmierci żony, oraz dwie kobiety, asystujące przy owym porodzie powiesiło się, rzuciło z urwisk czy też zostało zagryzione przez wilki się w ciągnie niecałego miesiąca. Dziecko zaś... Dziecko pozostało w klasztorze, najsurowszym klasztorze na całym kontynęcie I sprawdziły się klątwy ojca... Podziękowania i pozdrowienia dla Aniulka za małą korekte 😛 |
|
Post #3
19 Feb 2006, 01:23
Kyerme od kąd pamięta przebywał w kasztorze. Tam dorastał, tam uczył się szacunku dla światłości i wyższych rangą kapłanów (niejednokrotnie z wspomaganiem w spotaci ruzgi) i tam miał spędzieć całe życie. Zakon Szczytów świata był zakonem zamkniętym. Dla młodego krasnoluda nie było nic gorszego, niż myśl, że spędzi całe życie zamknięty za murami klasztoru. Zbyt wiele ksiąg z klasztornej biblioteki mówiło o wspaniałościach świata. Wprawdzie wszystko sporwadzane było do dogmatów wiary, ale Kyerme zawsze potrafił czytać nie z tego co było napisane bezpośrednio w tekście, a z emocji piszącego. Był kimś niezwykłym. Zbyt inteligętny jak na zakonnika. Zbyt niespokojny można by żec. Zwuważyli to wszyscy. Przez całe życie w klasztorze był niewygodny dla nauczycieli. Zbyt wile zadawał pytań, zbyt wiele z owych pytań miało pozostać bez odpowiedzi. Już popierwszysch latach nauki janse było dla wszystkich, że owy krasnolud klasztor prędzej czy później opuści. W klasztorze czasu nie dzieliło się roku na pory, zawsze panowałą sroga zimo, niedziwne biorąć pod uwage wysokość i miejsce usytuowania. Miało to sprzyjać wyciszeniu mnichów. Jednak nie działało na Kyermego...
Został wezwany przez opata tuż po kolacji. Nie wiedział o co możę chodzić staremu grzybowi tym razem. Przez ostatnio kilka dni był spokojny jak baranek. Choć nigdy żadnego nie widział, to stosował ten zwrot, zaczerpnięty z księgi o świętym Grotharze pogromcy. Pokój opata jak wszystkie w kasztorze był urządzony surowo, z gołym kamieniem ze wszystkich stron. Jedynym luksusem były trzykrzesła i stary chwiejący się stół. Młody krasnolud zapukał do drzwi. - Wejść! - Usłyszał ciche zawołanie starego opata. Liczył pewno z tysiąć lat, pomyślał młodzik. Wszedł do komnaty i pochyliwszy z szacunkiem głowe czekał posłusznie na słowa opata. - Wiesz Kyerme, zawsześ się wyróżniał. Zbyteś sprytny, by zakonnikiem być. Od twego przyjścia do naszej społeczności same były z tobą problemy... Zawsześ się trzymał danego słowa, nigdyś nie zmienił zdania. Nawet po ruzgach... Tedy nie moge cię tu dłużej więzić. Jesteś kapłanem światłości i jako owy kapłan powinieneś robić wszystko to, coś w stanie, by uczcić jej chwałe. Przepisywanie ksiąg nie dla ciebie, tak jak cicha kontęplacja. Wyruszysz do Ironforge, do tamtejszej świątynie i porozmawiasz z nim o twym ewentualnym szkoleniu na prawdziwego kapłana. Może ci się uda... Nie mów nic, nie czas na słowa, nie miejsce na nie. Idź i rób to co potrafisz. Idź i niech cię światłość prowadzi... Kyerme widział, że nie ma sensu starać się zapytać o coś opata, czy kogokolwiek innego. Bez słowa wyszedł z pokoju, a potem prosto przez brame wyruszył w strone stolicy jego przodków. Jako zakonnik nie miał własnego dopytku. Nie dostał nawet nic na droge, bo wierzono, że po wyruszeniu z klasztoru zrywa się z nim wszelkie więzy i niekt kto go opuszcza, nie ma prawa prosić innych o cokolwiek. I odszedł, zostawiając za sobą wszystko, i nic z tego ujżeć już nie miał po raz drugi... |
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |