|
Rumun
|
Post #1
03 Mar 2006, 16:22
Imię-Patricus
Oczy- Brązowe Wzrost- 195 cm Karnacja- Jasna Włosy- Czarne Zarost- kozia bródka Postura- Bardzo umięśniony Rasa-Człowiek Klasa-Wojownik Charakter: Nieprzewidywalny, nie zna strachu, mściciel, bystry, zabijanie Sprzymierzeńców hordy sprawia mu przyjemność, małomówny, w walce czuje się jak ryba w wodzie. To było dawno temu. Mieszkałem w małej wiosce nieopodal lasu Byłem wtedy młodzieńcem, któremu życie mijało spokojnie. W każdy dzień biegałem po lesie zbierając zioła dla matki, uczyłem sie kowalstwa od ojca ,było ciężko ale niemogłem narzekac. Byłem wychowywany bardzo dobrej i religijnej rodzinie. Matka zawsze powtarzała abym pomagał każdemu, kogo spotkam na swej drodze. A Ojciec mówił mi ze „czasami mądry wygra z silniejszym”. Pomimo tego, że cały czas to powtarzali ja niezbyt byłem im posłuszny. Byłem bardzo żywiołowym, spostrzegawczym i pojętnym. Ale wszystko to pewnego dnia się zmieniło. Był to piękny słoneczny ranek, kiedy to matka wysłała mnie po zioła do lasu. Pobiegłem z wielką chęcią gdyż lubiłem chodzić po lesie. Kiedy wszedłem do lasu nie było tak jak zawsze, nie słyszałem śpiewu ptaków, Zwierząt też nie było widać ani słychać. Kiedy tak zbierałem te zioła trafiłem na olbrzymie ślady. Nigdy wcześniej takich nie widziałem były takie wielkie ze potrzeba by było czterech moich stóp żeby zapełnić ślad. Byłem bardzo ciekawski i poszedłem po tych śladach. Prowadziły one w głąb jaskini, z której widać było blask pochodni. W pierwszej chwili pomyślałem ze to ktoś z ludzi, też trafił na ten ślad i podążył za nim aż do tej jaskini. Wszedłem do środka. Gdy podążałem w tej mrocznej i zimnej jaskini cały czas wydawało mi się ze ktoś mnie śledzi, ale nie zwracałem na to zbyt szczególnej uwagi, ponieważ strach nigdy mi nie towarzyszył aż do tej chwili, kiedy to doszedłem do wielkiej groty we wnętrzu jaskini i ujrzałem dwóch zielonych stworów wielkich jak młody dąb, ich kły były tak durze że wystawały im z tych krwiożerczych mord. Wiele się nie zastanawiając odwróciłem się i zacząłem biec w kierunku wyjścia. Kiedy widziałem już koniec jaskini nagle przede mną, stanął jeden z tych wielkich przerażających bestii. Ogarnął mnie taki strach ze serce podchodziło mi do gardła nogi trzęsły się jak opętane skórę miałem bladą jak śnieg. Nagle zobaczyłem wielką i potężną łapę która unosiła się do góry i zmierzała w moim kierunku. Straciłem wtedy przytomność. Obudziłem się w klatce razem z innymi ludźmi, elfami, gnomami, i krasnoludami. Zapytałem ich, do czego jesteśmy potrzebni tym stworom. Jeden z elfów odpowiedział mi: jesteśmy przysmakiem ich dzisiejszej kolacji. Nie mogłem w to uwierzyć ze moje życie skończy się tak szybko. Wmawiałem sobie ciągle „tonie tak miało być” jestem jeszcze za młody by umierać. Mówiłem tak, dlatego że gdy byłem małym chłopcem pewna kobieta przepowiedziała mi iż będzie ze mnie wielki wojownik, nie znający strachu, mężny, silny, który walczy o słuszną sprawę. Mówiła też, że zanim to się stanie czeka mnie kilka lat doświadczeń. Na nasze szczęście elf się mylił. Orkowie potrzebowali nas do kopalni, która znajdowała się w samym centrum obozu tych wielkich zielonych stworów i miała takie wejście ze ork nie mógł się tam zmieścić i tylko taki ktoś jak człowiek czy krasnolud, mógł tam wejść. Następnego dnia obudzono nas bardzo wcześnie dostałem w rękę kilof i zaprowadzono nas do kopalni były tam cenne kamienie, które Orkowie wykorzystywali do produkcji magicznych przedmiotów. I tak było dzień za dniem. Dorastałem w kopalni ucząc się przy tym wydobywać różne minerały i robić z nich pożyteczne rzeczy. Od piętnastu lat każdy dzień był taki sam, ale nie ten. I jak w każdy dzień wstaliśmy bardzo wcześnie, by wyruszyć do kopalni. Gdy znajdowaliśmy się niedaleko kopalni jeden z orków upadł nie wiedzieliśmy, co się stało. Potem jeden z dowódców przekręcił ciało na plecy i wtedy zobaczyłem, że ork ma dziurę w klatce piersiowej wielkości głazu. Był to ślad po ognistej kuli. Nagle dowódca orków ryknął a wszyscy orkowie ustawili się w szyku bojowym, my byliśmy całkiem zdezoriętowani, nie wiedzieliśmy co się dzieje nagle oddział orków okrążyli rycerze a na każdym wzgórzu znajdował się mag . Orkowie nie mieli szans. Rozpętała się nierówna walka rycerze wraz z magami starli z powierzchni oddział orków, a nas rozkuli i puścili wolno. Nie wiedziałem, co mam z tą wolnością zrobić. Błąkałem się z krainy do krainy, żeby przeżyć musiałem nauczyć się walczyć. pięć lat w kopalni trochę mnie nauczyło, wykułem miecz tak jak uczył mnie ojciec ale co z tego jak na nic mi się nie przyda bo ja nawet nie umiem trzymać tego oręża w dłoni. Gdy byłem w pewnej wiosce organizowana była jakaś wielka uczta na cześć powrotu jakiegoś już wysłużonego, zmęczonego i starego rycerza. To była dla mnie jedyna szansa. I tak pewnego dnia ów wojownik siedział nad jeziorem, podszedłem do niego i ukłoniłem się przed nim, zapytał mnie czego chce od takiego starego wojownika jak on, odpowiedziałem mu ze chcę aby mnie wyszkolił, i opowiedziałem mu moją historię. Bardzo był zdziwiony, że jako młodzieniec przeszedłem tak dużo. Obiecał mi ze wyszkoli mnie na wielkiego wojownika abym już nie obawiał się orków, troli, taurenów i nie umarłych. Z nastaniem ranka zaczęło się szkolenie trenowałem cały czas, bez wytchnienia, dzień i noc aby przewyższyć mojego mistrza. Uczył mnie determinacji, skupienia, wytrwałości, cierpliwości, rozwijał we mnie takie umiejętności, o których sam nie wiedziałem. W końcu przyszedł czas na praktykę powiedział mi gdzie mogą znajdować się orkowie. Wyruszyłem w drogę. Przedzierałem się przez dżungle, pustynie i góry w poszukiwaniu orka, abym mógł go zabić i przynieść jego głowę do mojego mistrza. Kiedy podróżowałem przez pustynie zauważyłem na piasku te same ślady co w w przeszłości. Nie zastanawiając się nad niczym ruszyłem w kierunku tych śladów byłem przygotowany na walkę z tymi krwiożerczymi bestiami. Nareszcie nadszedł ten dzień, w którym mogłem udowodnić swojemu mistrzowi i sobie, co potrafię. Ujrzałem wielkiego zielonego potwora, który trzymał w ręku ogromny topór, nie zląkłem się nawet na chwile, wyciągnąłem swój miecz i ruszyłem w bój, byłem tak szybki i tak zwinny że ork nie mógł mnie trafić, wreszcie mój miecz wtopił się w jego wielkie cielsko padł na ziemie jak kłoda okropnie jęcząc. Odciąłem głowę stworowi i ruszyłem w drogę powrotną do mego mistrza. Kiedy dotarłem na miejsce zobaczyłem zwęglone resztki domów które tam były i mojego mistrza konającego przy strumyku. Zapytałem, kto to zrobił odpowiedział cicho plując krwią, hooorrdaa, po tych słowach zmarł. Nazajutrz pochowałem jego ciało pod pięknym głazem i przysięgłem mu ze nie spocznę dopóki ostatni ork, tauren, nieumarły czy trol nie będzie martwy będę prześladował ich aż po kres czasów. |
|
Post #2
03 Mar 2006, 16:35
Początek nawet nieźle. Jest jednak dożo logicznych błędów:
1. Jeśli urodziłeś się w chłopskiej rodzinie to życie powinno Ci upływać na pracy w obejściu. 2. Dziecko nie wytrzymałoby 15 lat w kopalni. Nie wytrzymałbyć kilku dni. 3. Co z nadzorem kopalni? Orkowie nie wchodzili to kto pilnował jeńców? 4. Górnictwo nie dawało Ci podstaw do wykucia miecza... jeszcze pięknego. 5. Tarcze robili płatnerze nie kowale, więc tym bardziej skąd mogłeś wiedzieć jak to zrobić? 6. Twoje dzieciństwo przepływało spokojnie. Skąd więc wiedziałeś jak wyglądają miecz i tarcza? 7. Jakiś tam potężny zakon atakował nic nie znaczącą kopalniędla kilku orków i jeńców? Po co? 8. Imię. Artorius Castus. Kto oglądał Króla Artura wie o co chodzi. 9. W zasadzie po ucieczce historia mogłaby się skończyć... ale nie! Ty musiałeś zostać super bohaterem nie znającym strachu :/ |
|
Rumun
|
Post #3
03 Mar 2006, 16:42
dzieki za rade poprawie to
|
|
Post #4
03 Mar 2006, 16:44
Zawsze do usług. Wykorzystaj je dobrze.
|
|
Rumun
|
Post #5
03 Mar 2006, 17:06
wydaje mi sie ze poprawilem ale końcówki nie zmienie 😊
|
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |