|
Kahar
|
Post #1
06 Mar 2006, 13:00
Nazwa:Kahrion
Rasa:Tauren Klasa:Wojownik Waga:4 koboldy Wiek:24 wiosny Wzrost:około 1 bestia kodo Kolor skóry:Ciemny Płec:Samiec Spod krzaczastych brwi spoglądają dumne, władcze oczy, nieustannie szacując ryzyko w razie starcia. Na ogromnym ciele znajduje się wiele pamiątek po stoczonych dawno temu bitwach. Długie, zaplecione miejscami w warkocze włosy opadają na pokaźne rogi. Zauważasz, że Tauren chełpi się swoimi zwycięstwami – na ramieniu i w kilku innych miejscach wiszą ludzkie, krasnoludzkie i elfie zasuszone głowy. Kahrion był podniecony, jak przed każdą bitwą. Siedział teraz wśród drzew, starając się opanować emocje. Obok niego leżał jego najlepszy przyjaciel – buława, naznaczona nieprzeliczonymi karbami. Sięgnął łapą i chwycił wyrobioną rękojeść. Po dłuższej chwili wyjął ze znoszonej torby kilka ziół, zmielił je w dłoni i wciągnął nosem powstały proszek. Po chwili doznał dobrze znanego uczucia...Już było ciemno, ale my jak od niepamietnych czasów szliśmy przed siebie z pochodniami... Te tereny były wyjątkowo cieżkie do przebycia, to chyba góry ale nie widze za bradzo w tym mroku... Słychać glośny halas, wszyscy wrzeszczą: - Do broni!!!- krzyczeli przywódcy naszego stada- Tylko nie atakujcie naszych! - A ty maly skryj sie tam w skale, tylko szybko!- powiedział wskazując palcem w dosć bezpieczne miejsce. ... Jeszcze słyszałem odgłosy cierpienia, nawet niewiedziałem czy nasi wygrywali, wolałem sie nie wychylać ze skał zeby czasem jakiś wróg mnie nie zatakował... walka trwała do rana, mgła spowodowała, że niewidziałem kompanów. Widzialem tylko setki leżących na ziemi takich zielonych ciał, mówili na nich "Ogry". - Dobra, idziemy dalej! - Tak jest generale! ... Już widziełem droge gdzie szliśmy, to były wysokie góry, bylo zimno a my mimo wszystko szliśmy dalej... Troche chyba przesnołem. - Mały, wstawaj, nie chce mi sie juz ciebie nosić na plecach. Chyba nie miałem wyboru bo chętnie bym se jeszcze poleniuchował. Z czasem przywódca stanął i krzyknął: - dobra, tu w górach chyba jesteśmy bezpieczni, mozemy robić obóz na pare dni. - Tak jest panie Generle!- odpowiedział jeden z wazniejszych. Rozbiliśmy obóz, ja raczej patrzyłem albo byłem chłopcem na posiłki. - Kahrion przynieś troche drewna na ognisko. - Kahrion podaj mój miecz. ... Tak wlaśnie mnie traktowano, a to był dopiero początek. W czasie wolnym wpatrywałem sie jak nasi trenują walke. Paru młodych wojowników z 5 lat starszych ode mnie. -Ej młody, nie stój tak sam, podejdz i weź do ręki mój miecz- powiedział jeden z nich. -Dobra ale ja nie umiem walczyć. Podniosłem oręż, była cięzka, ledwo co ją podniosłem. Zaczołem walczyć, z czasem stałem sie zwinny i troche silniejszy. Teraz w czasie wolnym, sam gdzieś w ukryciu starałem sie władać mieczem jak najbardziej potrafiłem i jeszcze lepiej... Mineło pare dni, niewiem nawet ile bo nie miałem nawyku liczyć, dla mnie była to wieczność... Szliśmy dalej, był to wielki las, po drodze trzymałem miecz i udawałem, ze walcze. Nagle w drzewo wbiła sie strzała, odrazu padłem na ziemie. - Słuchajcie, tu jest strzała!- krzyknołem - Cicho bądz młody bo spłoszyrz nam zwierzęta które śledzimy od kilku dni, idz sie pobaw gdzie indziej - Ale ja naprawde... - Idz mówie! Nikt mnie nie sluchał bo byłem najmłodszy, nagle, niewiadomo skąd, tak naprawde znikąd zginelo duzo naszych kompanów. - Do broni, wszyscy do broni!!! - To Elfy, na Elfy!!!! Popchnął mnie ktoś na ziemie zebym czasem nie przeszkadzał. wstając kopnąlem ze zlości kamień. Niespodziewanie zabolała mnie noga, widocznie los chciał mnie jeszcze bardziej dobić. Schyliłem sie i próbowałem podnieść rzecz, która wydawało sie lezała tam wieki. Był to miecz. Wydawał mi sie znany, jego wygląd przypominał rysunek w książce, jeden z kompanów czytał kiedyś dzieciom na dobranoc opowieści najdzielniejszych. "...Ow miecz był najostrzejszy, najlepszy, niezwycięrzony, ale zgubiono go w lesie..." Przypomiały mi sie właśnie te słowa... Rano było wyjątkowo zimno. Niewidziałem nikogo, jakby zapomieli o mnie. Wziołem nową zdobycz, była bradzo cieżka, Chyba z 10 razy od tego zlomu na którym ćwiczylem dzień i noc i pobiegłem śladami za moimi kompanami. W końcu natknołem sie na obóz. To byli moi. - Gdzie byłeś leszczu???- powiedział jeden- Martwiliśmy sie o ciebie. - Zgubiłem sie, byłem głodny i nadal jestem ale biegłem przed siebie zeby was dogonić. _ To żryj teraz, tylko szybko po za dwie noce musimy ruszać dalej. ... Przez te dwie noce ukrywałem sie i zaczołem trenować nowym mieczem. Zapewne gdybym wspomiał cos o tym mieczu, zabrali by mi go... Szliśmy bez ustanku, do granic wytrzymałości, przynajmniej mojej...Wszyscy szemrali o mieczach wiec zapewne szykowała się jakaś wojna. - Do broni, do broni wszyscy!!!- krzyczał przwódca- Na śmierć! jak wszyscy to wszyscy, wziołem swój miecz ukryty pod ziemią. - Ja też walcze - Nie, ty sie ukryj w tamtym lesie. - Sam sie ukryj- powiedziałem cicho I wtedy podniosłem wysoko do nieb miecz. Swietło z niego rozświetliło mi droge, wszyscy gapili sie na mnie a raczej na mój miecz _ Na śmierć!!!- krzyknąłem jak najbardziej głośno umiałem Ruszyliśmy na wrogów. Mówiliśmy na smierć bo wrogów było wiecej a do tego byli ogromni, kupa mięśni. Nazywno ich Ogrami. Pierwszy raz widziałem walke. Był to chaos. Każdy zabijał kogo mógł. Zobaczyłem pierwszą moją ofiare. Był on 2 razy wiekszy ode mnie a do tego był tak silny, ze chwilowo sparalizował mnie strach ale w końcu uderzyłem mieczem w jego miecz. Ku zdumniueniu moja bron jak by sama przecioła żywcem jego wszerz. Krew polała sie w duzych ilościach. Jak patrzyłem wokół kazdy walczył z wrogiem, albo przegrywał walke, no albo po ciezkiej walce jakoś wygra a ja jednym ciosem pokonałem tego wroga. W jednym momęcie zorientowałem sie, ze wokół mnie są te dziwne olbrzymy a z moich kompanów zostali tylko najlepsi. Jednym slowem na pzerzycie szans nie bylo... Nagle znikad pojawiły sie oddziały, setki a nawet tyiące. Nasi zaczeli krzyczeć: - To chyba nasi, nareszcie po latech w odpowiednm momencie!!! - Wygramy to, gincie ścierwa!!! Nasi zaczeli atakować z nadzieją na przezycie. Wkródce te tyśące wojsk dotarło do nas. Teraz wojna obruciła sie w drugą strone. Mozna powiedzieć, że juz wygraliśmy. Wrogów zostało tylko paru, resztki. Taki styl życia zaczął mi sie podobać. Po wygranej wszscy szli w jednym kierunku i powtarzali: - Nareszcie wracamy do domu!!! - Tak, juz chodzimy tak 10 lat przeszło, że niewiem co to słowo oznacz a teraz wszystko sie zmieni. ...Jako najstarszy syn, zostałem wysłany do wojska, jak nakazywała tradycja. Służyłem chętnie i dobrze... Po latach w wojsku w końcu zostałem Generałem, brałem dział w mniej znaczących bitwach... Pewnego razu zebrłem wojsko, ok. 50 wojowników i wyruszyliśmy w poszukiwaniu łupów albo jakiś Ogrów do niewoli... Było juz późno, kazałem rozpalić ognisko a sam trenowałem troche we władaniu mieczem. - Panie Generale, Ogrowie!!! Cały legion - Niedobrze, nas jest tylko grastka ale mamy przeciesz bestie kodo, mam nadzieje, że kazdy ma swojego? - Tak, oczywiście panie Generale! - Ile zajmie im dotarcie??? - Góra dwie noce - Zbierz wszystkich wojowników, kierujemy sie w góry- powiedziełem zdecydowanie - Tak jest panie Generale!!! ...Juz wtedy wiedziełem, że Ogrów jest 10 razy więcej, że mamy nikłe szanse na przezycie...Dokładnie przejzałem naszą sytuacje, liczyłem mimo wszysto na moją wrodzoną strategie... - Generale, jesteśmy juz prawie na samym szczycie, bestie kodo juz wyżej nie wejdą, mozna powiedzieć, że jesteśmy w potrzasku i niemozemy uciekać dalej, chyba, że...- powiedział ze smutkiem- mozemy uciekać pieszo - Nie, zmierzymy sie z nimi, przygotuj wszystkich do walki ...Po pewnym czasie było juz wszystko gotowe, czekaliśmy tylko na Ogry.... - Już idą, Ogry nadchodzą!!! - No to atakujemy, na śmierć i za Generała!!!! - Czekajcie- zatrzymałem ich- Poczekamy aż wejdą wyżej, wtedy ruszymy bestiami kodo na nich. ...Po jakimś czasie... - Teraz, na śmierć!!!- krzyknołem - Tak jest panie Generale, na śmierć!!! ...Ruszyliśmy całym oddziałem a w zasadzie garstką. Ku wszystkich zdziwieniu bestie kodo, jadąc z olbrzymią prętkością z góry, kąpletnie zmiazdżyły Ogrów wiekszość nawet nie zdążyła wyjąć broni a ci co wyjeli zaraz i tak porzegnali sie z zyciem...Po powrocie do domu kompani z dumą opowiedzieli co przezyli a ja dostałem medal za świetną strategie. Od teraz zaczeli mnie wysyłać na wazniejsze bitwy a ja starałem sie wygrywać...Z czasem stałem sie kimś wazniejszym, teraz stałem się nieprzewidywalnym przywódcą zdolnym do użycia wszystkich środków, żeby wziąć wrogów na ostrze...Niestety, rozeszła się pogłoska, że jestem wstanie poświęcić własnych żołnierzy jeśli zajde taką konieczność. Jedynym powodem dla którego kontynuowali walkę było to, że bali się mnie bardziej niż śmierci. ...Moja siec władzy w starym świecie została zniszczona podczas Kataklizmu legionu, dlatego musze zacząć wszystko od nowa, niestety większość z moich przyjaciół już nie żyje, ale nikt z tych którzy mnie znają, nie ma wątpliwości, że jestem w stanie sprostać wyzwaniu... |
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |