📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Historia Relwira Mafexa - Tropiciela Wielkiego
« Wróć do forum  •  5 post(ów) w temacie
Post #1 07 Mar 2006, 17:49
Imie : Relwir
Nazwisko : Mafex
Zawód : Tropiciel


Wielki zielono-skóry ork który zawsze walczył był niezwykłym rycerzem o mięśniach niczym skały taranie jak tir pędzocy 200 km / h i sile uderzenia nie mniejszej niz piorun .
Zwał sie Mafex
a o to jedna z histori która z pewnością wielu z was juz słyszało bo takie wieści rozchodzą sie szybko



ZOBACZ NAPRAWDE WARTO

:: Pędź, ja spróbuję ich zatrzymać – stanowczym tonem powiedział Bhorg.

Taerg spojrzał na swego przyjaciela i zrozumiał, iż nie zmieni jego decyzji. To było najlepsze rozwiązanie. Ściągnął mocniej wodze i popędził konia. Bhorg odprowadził go wzrokiem i kiedy ten znikał już za zakrętem, zmobilizował się do działania, a działać musiał bardzo szybko.

Wiedział, że nie ma wielkich szans. Najeźdźców było czterech, a na dodatek wszyscy byli Łowcami. Z początku myślał, że to posłaniec pędzący gościńcem z ważną wiadomością, ale zaraz za nim, zza wzniesienia, wyłoniło się trzech następnych jeźdźców. Wojownik doskonale wiedział, kto się do niego zbliża. To byli ci sami, którzy rozpytywali o nich w Czerwonej Karczmie ci, którzy podążali za nimi od trzech dni. Do tej pory, udawało im się umknąć pogoni, tym razem było inaczej. Taerg czół się coraz gorzej. Jego rana nie chciała się goić, a o medyka w tych okolicach było niełatwo. Próbowali mikstury, którą Bhorg zakupił u goblińskiego kupca w zeszłym tygodniu, ale ta rozgrzewała tylko wnętrzności i uśmierzała, na jakiś czas ból, lecz rana wcale się nie zasklepiała. Spróbowali dotrzeć do Fontanny Zdrowia, ta jednak okazała się dobrze strzeżona. Pozostała im jeszcze jedna szansa - trollski znachor Meritto, znany z niesamowitych zdolności. Służył on niegdyś z ojcem Taerga w jednym pułku. On powinien im pomóc. Tymczasem Taerg miał się źle i trudniej mu było podróżować. Gdyby nie dopadła ich pogoń dotarliby do mistrza jutro na wieczór.

Zrzucił z siebie podróżną, niedźwiedzią skórę, ukazując swoje umięśnione, zielonoskóre orcze barki. Tak, był orkiem i wcale się tego nie wstydził, wręcz przeciwnie dumny był z tego, kim jest. Na piersi pod kamizelą nosił amulet. Dwa siekacze splecione w wirze otaczającym postać orka, dostał go w rok po wstąpieniu do Świątyni Miecza, kiedy to adepci składali przysięgę. Jeszcze siedem lat i sam zostałby Mistrzem Ostrzy. Los jednak okazał się mniej łaskawy. Trzy miesiące temu, w środku nocy, świątynia została napadnięta. Połączone siły ludzi i elfów zakatowały ich świątynię. Wielu dzielnych wojowników zginęło tamtej nocy. Część z nich zaskoczono jeszcze we śnie, ci nie mieli żadnych szans, ale wielu, jak przystało na orków, poległo w walce. Jemu i Taergowi udało się zbiec. Nie byli jednak tchórzami, własnymi rękoma powalili, co najmniej z tuzin wojowników, ale napastników było wciąż więcej i więcej. Wycofali się do jednej z komnat i podziemnym korytarzem wydostali się poza świątynię. Potem jeszcze przez chwilę spoglądali na płonącą budowlę i biegiem ruszyli leśnymi ścieżkami. Okazało się, że wiele świątyń zostało zniszczonych tej nocy, a za niedobitkami rozesłano liczne patrole. Komuś zależało na tym, aby znacznie osłabić siły Hordy. Od tego czasu on i jego przyjaciel włóczyli się po bezdrożach Anrenu.

Ork poluzował ostrza i rozejrzał się szukając dogodnego miejsca na przyjęcie przeciwnika. Rozpadlina, w której się zatrzymali na popas była doskonałym miejscem do odpoczynku dla strudzonych wędrowców. Była zielona i zamieszkiwał ją mały, ale gościnny strumyk. Liczne ślady stóp świadczyły, że była również często odwiedzana. Nie nadawała się jednak do walki. Potrzeba było mu odpowiedniego miejsca, jednak w najbliższym otoczeniu takiego nie było. Postanowił przyjąć przeciwnika na ubitej, piaszczystej polance, odległej o dwadzieścia kroków na wschód od rozpadliny, w której popasali. Biegiem pokonał dystans dzielący go z polaną.

Spojrzał przed siebie. Napastnicy byli już niedaleko. Czterech rosłych mężczyzn na koniach uzbrojonych w piki, miecze i okrągłe tarcze, charakterystyczne dla lekkiej jazdy. Na głowach mieli szyszaki, a rozwiane płaszcze ukazywały pobłyskujące kolczugi. Bhorg tak, jak go wyuczono studiował uzbrojenie przeciwników. Wiedział, że ta wiedza jest częścią sukcesu odniesionego w walce. Jeden z jeźdźców miał miecz przypięty u prawego boku – to znaczy, że jest leworęczny – pomyślał.

Skrzyżował ręce sięgając po jatagany przymocowane na plecach i jednocześnie je wyciągnął. Przyjął pozycję obronną i w myślach układał warianty walki. Łowcy zeskakiwali z koni jeden po drugim. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że ze zwinnym orkiem, konno mają małe szanse. Poodrzucali piki i w biegu wyciągali miecze. Bhorg stał nieruchomo.

- Zajdźcie go od tyłu – wykrzyknął jeden z nich, zataczając jednocześnie półokrąg lewą ręką i wskazując pozycje, jakie tamci mają zająć.

To był ten moment, na który Bhorg czekał. Rozdzielili się. Przygotowując w myślach słowa zaklęcia, wyczekał jeszcze chwilę, aż tamci dwaj znajdą się za nim,.

- Jarg unt ergagh – precyzyjnie wyrecytował.

- Zniknął – wykrzyknął zdziwiony jeden z napastników, który był za jego plecami.

- Niech szlag trafi tych przeklętych magów – parsknął drugi.

- To nie jest żaden mag – warknął najroślejszy z nich, widocznie przywódca – to jest...

Za jego plecami zmaterializowały się dwa jatagany krzyżowym ruchem odcinając mu głowę. Ciało wojownika upadło na kolana i tak pozostało, a głowa potoczyła się przed niego. Razem z ostrzami pojawił się cały orokuen, ze swoimi ognistymi oczyma, wyszczerzonymi kłami i gotów bezwzględnie zabić każdego, kto stanie mu na drodze.

Spacer po Wietrze był jedną z pierwszych umiejętności, z jaką zapoznawano młodych adeptów w Świątyni Miecza. Pozwalał on na krótką chwilę stać się niewidzialnym i jednocześnie dawał możliwość szybkiego poruszania się.

Jak każdy młody ork, również i Bhorg, na początku nauk w świątyni nie przykładał wielkiej wagi do zajęć z magii. Pragnął tylko jak najprędzej nauczyć się posługiwania bronią i wszystkich technik walki, ale jego mistrz zawsze mówił, że wygrana to nie tylko szybkie i precyzyjne ciosy, lecz przede wszystkim praca umysłu. Powiadał, że pojedynek jest jak gra w szachy, w której każdy ruch musi być dokładnie zaplanowany, przewidziany i wykonany z doskonałą precyzją. Przeciwnika, od początku należy zmusić do obrony i nie odpuszczać dopóty, dopóki w ostatnim posunięciu ostatecznie nie zostanie pokonany.

Po latach spędzonych w świątyni, wola i umysł Bhorga doskonale współpracowały z jego ciałem, czyniąc go wspaniałym wojownikiem. Wojownikiem, który bezwzględnie potrafił wykorzystać każdy, nawet najmniejszy, błąd przeciwnika by zadać śmiertelny cios. I tym razem udało mu się wykorzystać swoje umiejętności. Stał teraz nad klęczącym, bezgłowym ciałem łowcy dzierżąc w dłoniach dwa zakrwawione ostrza.

Ludzie szybko jednak otrząsnęli się z odrętwienia i już chwilę później spadł na Bhorga pierwszy cios. To wojownik, który stał obok zaatakowanego człowieka, rzucił się na niego. Cios był silny i precyzyjny, jednak orkowi udało się go sparować. Ork spojrzał na prawo miał jeszcze chwilę zanim tamci dwaj podbiegną. Złapał głęboki oddech.

- Nath urgn wertdu – wypowiedział precyzyjnie trzy słowa...

- To miecznik – wykrzyknął jeden z ludzi.

Teraz przed łowcami stało dwóch identycznych orczych wojowników. Każdy z nich wyglądał jednakowo groźnie i gotów był do walki na śmierć i życie.

- Który z nich jest ten prawdziwy – krzyknął jeden z łowców, wątpliwym wzrokiem spoglądając na rosłych orków.

- Nie pytaj tylko atakuj!!! Rozkaz brzmi zabić wszystkich. – wrzasnął drugi i z impetem rzucił się do ataku. Razem z nim natarli pozostali.

Bhorg w ostatnich tygodniach wiele razy musiał walczyć, ale nigdy samotnie. Zawsze u jego boku stał Taerg i wspólnymi siłami udawało się im zwyciężać. Byli nierozłączni. Od początku nauk w świątyni wszystko robili razem. Całymi dniami, pojedynkowali się aż do utraty tchu. Doskonalili zaklęcia doprowadzając je do perfekcji oraz uczyli się korzystać z mikstur i magicznych przedmiotów. To wszystko spowodowało, że byli jak elementy jednej z goblińskich maszyn, synchronicznie współpracujące ze sobą, aby osiągnąć jeden cel, którym było zwycięstwo.

Jednak w tej chwili Bhorg był sam i sam musiał stawiać czoło przeciwnikowi. Ciosy spadały na niego i jego kopię. Uderzenia stali o stal głuchym echem roznosiły się po okolicy. Los, po raz wtóry, nie był dziś dla niego łaskawy, bowiem atakowało go dwóch z trzech wojowników, a na domiar złego jeden z nich był leworęczny. Nie lubił leworęcznych, ci zawsze stosowali dziwne techniki, przez co byli trudnymi przeciwnikami.

Zaklęcia wyczerpały trochę jego siły, lecz nikt, w tej chwili, nie powiedziałby o nim, że jest słabym przeciwnikiem. Niejednego wojownika potrafiłby jeszcze przekonać o swojej wyższości i nadal był w stanie zaciekle walczyć. Jego ostrza były jak przedłużenie jego rąk i doskonale wiedział gdzie i jak chce uderzyć. Kilkakrotnie nawet dosięgnął swoich napastników, lecz były to jedynie niewielkie draśnięcia. Łowcy byli dobrymi fechmistrzami i ciężko było ich zaskoczyć. Orokuen zdawał sobie sprawę z tego, że jego kopia długo już nie pociągnie, a sam przeciw trzem wojownikom nie będzie w stanie walczyć. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Przygotował swe ciało do wielkiego wysiłku. Zamierzał wykonać potężne uderzenie, któremu nikt w Anrenie nie był w stanie się przeciwstawić. To musi być ten leworęczny – pomyślał. Napiął mięśnie i w mgnieniu oka wyskoczył w górę.

- Aaaarghh - spadł na łowcę swoimi jataganami.

Efekt był piorunujący. Prawa ręka wojownika wraz z tarczą opadła na ziemię, a spod wgniecionego szyszaka zaczęła sączyć się brunatna stróżka krwi. Wojownik jednak nie upadł. Stał mocno na nogach i mocno dzierżył miecz w lewej dłoni. Coś jest nie tak – pomyślał Bhorg. W tej samej chwili iluzja, którą ork przywołał rozpłynęła się. Stało się najgorsze, został sam przeciwko trzem wyrafinowanym szermierzom, którzy byli pod wpływem jakiejś silnej mikstury lub czaru dającego im odporność na ból i wzmacniającego siły.

Trzeci wojownik jednym susem doskoczył do walczących i z impetem uderzył na orka.

Działanie prawdziwego zawodowca zawsze jest godne podziwu, a tu spotkali się mistrzowie. Szkoda, że widzów było niewielu, a i ci, którzy byli zamiast się przyglądać, usiłowali pozabijać się wzajemnie. Mimo braku widowni wszyscy wkładali w swoje działania całą duszę, a ich wyrafinowane bloki z matematyczną dokładnością splatały się z śmiercionośnymi ciosami połyskującej stali.

Po jakimś czasie okazało się, że Bhorg przegrywa. Mimo, że jego kocia zwinność górowała nad spiętymi ruchami łowców, to ich dłuższe o cztery cale miecze już trzykrotnie sięgnęły orokuena – dwa razy w lewe przedramię i raz w nogę tuż nad kolanem. Orki jak wiadomo dobrze znoszą krwawienie, lecz Bhorgowi wraz z upływem krwi ubywało również sił.

Wtem stały się dwie rzeczy.

Oszczep przefrunął nad głowami walczących, a leworęki łowca padł osłabiony na ziemię. Bhorg odruchowo spojrzał w prawo w kierunku, z którego przyleciał oszczep i…

... i to był jeden z tych momentów, które wielokrotnie decydowały o losach pojedynków, nawet tych najważniejszych. Teraz ta okazja trafiła się łowcy. Człowiek, który stał po lewej stronie orka wymierzył śmiertelny cios w tył głowy orokuena, a ten niemal natychmiast wypuścił jatagan z prawej ręki i padł na twarz.

Potężna eksplozja oślepiła wszystkie zakamarki umysłu orka, a przez każdy mięsień przebiegł dreszcz. Ork poczuł, ze osuwa się na kolana i pada twarzą w ziemię. Ciemność jak noc ogarnęła jego umysł, a resztki świadomości jak ostatnie płomyki świec gasły na zawsze. Próbował coś powiedzieć, ale z ust wydobył się tylko cichutki świst.

C D N

Lecz dusza wojownika nie umiera
Umiera ciało które czesto jest nieposłuszne
a dzusza wędruje wędruje wędruje
az wróci do ciała gdzie bedzie zyć błogo na wieki
A jako mistrza będą go chwalic
I w słowach co wiatr niesie
I papierze co w ksiegach
on trwać bedzie az któregos dni wróci z ukrycia w chwale

nooo to jest chyba boskie jak i Mafex świetny mafex z historią którą kazdy słyszał a jak nie to jest looooool 😀 bo takich historii sie nie omija
NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE MA !! fszystkie bledy w teksiće są celowe !!
Eil
Post #2 07 Mar 2006, 18:39
przeczytalem poczatek i od razu mi sie odechcialo czytac. imie:Boski wymysl sobie jakies klimatyczne imie a jak nie potrafisz to skorzystaj z generatora. poczatek bez sensu moim zdaniem. jak przeczytam reszte to napisze ale na razie to mi sie nie chce tego czytac
Post #3 07 Mar 2006, 19:05
Powiem Ci tak. Nie pisz już nic, bo jeśli jeszce raz znajde w dziale Postacie Twój temat opatrzony podpisem "lepszy od poprzednich" dostanę nerwicy i sądownie obarczę Cię kosztami brardzo drogiej kuracji. Idź sobie. Nie chcę już czytać Twoich opisów, które z jednego na drugi są coraz gorsze.
Post #4 07 Mar 2006, 19:14
Modl sie, zebym Cie na serwie nie sotkal (o ile kiedys, w co watpie*, dostaniesz konto)

*z takim opisem? ("idealny opis" "Boski")
Post #5 07 Mar 2006, 19:58
QUOTE(Thorsten @ Mar 7 2006, 07:05 PM)
Powiem Ci tak. Nie pisz już nic, bo jeśli jeszce raz znajde w dziale Postacie Twój temat opatrzony podpisem "lepszy od poprzednich" dostanę nerwicy i sądownie obarczę Cię kosztami brardzo drogiej kuracji. Idź sobie. Nie chcę już czytać Twoich opisów, które z jednego na drugi są coraz gorsze.
[right][snapback]11919[/snapback][/right]



Czy wy nic nie rozumiecie o co chodzi w tym opowiadaniu..... ehhhh
nie wiem czy ruszyliście głową ale to wszystko było zrobione specjalnie na wykreowanie
idelanego Orka ale jak chcecie to macie przerobie to na powazną postac ale nie mowcie ze tego nie slyszeliście !! Ludzie czy ktos napisal by imie Boski ..... Ehhh domyślcie sie ale jak chcecie . historia jest fajna bynajmniej mi sie podoba bohater ginie i nie ma happy end 😢 ( djacie moze na looz sobie )

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026