📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Revan - Wojownik z Tarkanu
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 10 Mar 2006, 16:16
Imię:Revan
Rasa:Człowiek


Pamiętam, że od zawsze chciałem zostać wojownikiem. Już w dzieciństwie, słuchając opowieści o bohaterskich rycerzach, zabijających krwiożercze bestie w Tarkanie, pragnąłem stać się takim jak oni. Rodzice, jak to często bywa, chcieli, abym zajął się jakimś konkretnym, mniej ryzykownym rzemiosłem. Dlatego w wieku lat trzynastu wysłali mnie na termin do kowala. Miałem pomagać w wykuwaniu mieczy i ostrzy do toporów i innych narzędzi, służących do walki. Byłem wniebowzięty, oglądając cały proces, podczas którego niepozorny kawałek metalu stawał się morderczym narzędziem.

Wkrótce pojąłem proste zasady kowalstwa i potrafiłem sam wykuwać. Me pierwsze bronie, wykonane z pomocą mego mistrza, Grothgara, były, delikatnie mówiąc, nieudane. Krzywe mieczyki, nieproporcjonalne wymiarowo, łamiące się przy zamachu, nie nadawały się raczej do walki, niemniej Grothgar był ze mnie zadowolony. Nie z moich nieudanych prób, rzecz jasna, wiedział, że za mało mam siły, by uzyskać doskonały, regularny kształt. Był zadowolony z mojego zapału do pracy, tego, że dobrze pilnowałem paleniska i tego, że narzędzia kowalskie zawsze wracały na swe ustalone miejsca.

Grothgar chwalił mnie, mówił, że dawno nie miał tak dobrego terminatora. Wróżył mi dużą karierę w kowalstwie, przestrzegał też, abym uważał i nie zrobił sobie krzywdy, bo mogłoby to przekreślić jego spore plany względem mnie. A przede wszystkim zalecił mi, żebym dużo ćwiczył fizycznie. Tak więc nosiłem na barkach tykę z podczepionymi dwoma wiadrami wody, podnosiłem worki z piaskiem, dużo też biegałem. Czułem, że z dnia na dzień moja siła rośnie. Byłem też bardzo zadowolony z faktu, że razem z nabieraniem męskości, rosła ma popularność wśród płci przeciwnej.

Była jednak taka dziewczyna, w której zadurzyłem się po same uszy, jednak nieszczęśliwie, bez wzajemności. Wołali ją Mirella. Przecudne imię, jak u jakiejś bogini, do dziś tak uważam. Miała jakąś taką wewnętrzną siłę i niezależność. Szczególnie jednak pociągało mnie w niej to, że nie była taka, jak inne dziewczyny. Podczas, gdy one przygotowywały się do roli przyszłych matek, zajmując się dzierganiem, gotowaniem czy praniem, Mirella stroniła od takich zajęć. Często można ją było ujrzeć z jakąś księgą, czytającą ją na jakiejś łące lub nad brzegiem rzeki. Nikt nie wiedział, skąd znana jej była umiejętność czytania, ani skąd bierze owe księgi, niemniej mieszkańcy wioski zdawali się nie zauważać tego faktu.

W całej wiosce znana była historia jej rodziny, która została napadnięta podczas podróży powrotnej z Lorencii do Davias przez nieznaną grupę bandytów. Ciała rodziców Mirelli odnaleziono na brzegu rzeki. Miały obcięte głowy, na czołach wycięte zaś jakimś ostrym narzędziem litery V. Po śmierci rodziców Mirelli, zaopiekowała się nią ciotka Rut, która, żyjąc z handlu obwoźnego, odwiedzała okoliczne krainy, handlując ekwipunkiem dla wojowników, powierzając opiekę nad domem siostrzenicy. Tak więc Mirella była sierotą, była tez praktycznie właścicielką owego domu, jako, że ciotka ciągle była w drodze.

Dziewczynę ignorowali lokalni amanci, którzy bali się jej jak ognia, woląc dziewczyny, ich zdaniem, mające lepiej poukładane w głowach. Mnie zaintrygowała Mirella, jej obyczaje i sposób ubierania. Zawsze chodziła przyodziana na czarno, malowała też węglem cienie pod oczami. Jej szyję przyozdabiały tajemnicze naszyjniki, również nie zauważane przez mieszkańców wioski. Czas leciał, ja bałem się podejść do Mirelli, ona mnie ignorowała. Normalna kolej rzeczy.

Pewnego dnia postanowiłem porozmawiać z dziewczyną, dowiedzieć się, jaka jest naprawdę. Wyobrażałem ją sobie, jako jakąś boginię, stojącą wyżej od całej społeczności, mającą o wiele ważniejsze sprawy na głowie niż zwykłe, wiejskie życie.

Dzień pierwszego kontaktu utkwił mi w pamięci. Pamiętam, że niebo było wtedy lekko zachmurzone i wiał niezbyt mocny wietrzyk. Wiedziałem, że zwykłym swym obyczajem, po obiedzie Mirella odda się medytacjom nad rzeką, zaczytując się w księgach. Pamiętam, że czułem się wtedy, jakbym miał się zapaść pod ziemię. Straszliwie się bałem, choć dziś nie wiem czego. W stosunku do innych dziewczyn nie czułem czegoś takiego. Całymi godzinami mógłbym z nimi dowcipkować i rozmawiać na przeróżne tematy. Z Mirellą było inaczej. Wystarczyło jedno spojrzenie, nawet z gatunku tych pogardliwych, a czułem się, jakbym zaraz miał zemdleć. Serce zaczynało mi bić jak szalone, gdy tylko ją widziałem. Byłem stuprocentowo pewny, że zakochałem się. I to najgorsze, że bez wzajemności.

Tak więc owego dnia stanąłem za drzewem i obserwowałem ją z ukrycia. Miała skrzyżowane nogi. Twarz miała spuszczoną, pogrążona była w lekturze. Jej długie ciemne włosy powiewały na wietrze. Dbała o nie, o tak, ale, przeciwnie do innych dziewczyn z wioski, nigdy ich nie upinała. Kolana mi drżały na samą myśl, że może mnie zauważyć. Pomyślałem, że miałem już lat szesnaście, byłem prawie dorosły, a bałem się jak dzieciak, a życie w końcu jest tylko jedno. Ta myśl dodała mi sił.

Wyszedłem zza drzewa. Z początku mnie nie zauważyła, tak bardzo pogrążona była w lekturze. Szedłem dalej. Wtedy odwróciła się i spojrzała w moje oczy. Musiała usłyszeć moje kroki. Zamarłem. Chciałem coś powiedzieć, ale język stanął mi kołkiem w gardle. Syknęła. Wykrzyknęła w moją stronę :

- Czego chcesz ?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Czego mogłem chcieć. Wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

- Ja...Ja widziałem, jak czytasz... Chciałem wiedzieć, co... takiego.

Widziałem, że kąciki jej ust uniosły się do góry. Lekki uśmieszek albo groźba. Czekałem.

- Boisz się mnie, jak reszta wioski. Czuję to. Umiesz czytać ?

Tym pytaniem zbiła mnie z tropu. Miałem do wyboru dwie drogi. Drogę prawdy i kłamstwa. Nie umiałem przecież czytać. Wybrałem prawdę.

- Nie... nie umiem... Rodzice chcieli... żebym zajął się jakimiś ... praktycznymi rzeczami... nie zaś takimi głupotami.. jak czytanie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Widziałem dziwny grymas, który przeszedł przez jej twarz, gdy usłyszała słowo „rodzice”. Po chwili twarz jej przybrała normalny wyraz.

- Ech, to szkoda. A już myślałam, że pogadamy sobie o dziełach Tuzjana, Ligola czy Mateusa. A tak nic tu po tobie. Zmykaj, ale już. – Wykonała gest, jakby przeganiała jakieś ptactwo.

Postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę :

- Ale... ja zakochałem się w tobie... Przyszedłem tu... żeby ci to powiedzieć. – Poczułem wyraźnie, że robię się czerwony, aż po końce uszu. Myślałem, że umrę. Serce łomotało mi w piersi.

Zauważyłem zaskoczenie na jej twarzy. Widziałem, że dziwnie splotła palce, po czym wykonała skomplikowany gest. Po chwili również się zaczerwieniła.

- Dziwne, nie wyczuwam z twojej strony żadnego kłamstwa. Poza tym w twych myślach wyczytałam ogromne zauroczenie mną.

- Umiesz czytać w myślach ?

- I nie tylko. Tylko nie mów nikomu. To będzie nasza tajemnica. Podejdź. Nie bój się, ja nie gryzę, tylko połykam w całości. – Tym dość kiepskim żartem udało jej się rozładować napięcie. Podszedłem i usiadłem obok niej. Serce biło mi tak mocno, że myślałem, że wyskoczy mi z piersi.

- Jak ci na imię ? – zapytała.

- Kristof – odpowiedziałem.

- Ładne imię. Ja jestem Mirella.

Pamiętam, że nasza rozmowa z początku była sztuczna, nienaturalna, oboje zachowywaliśmy dystans, bojąc się powiedzieć coś, co mogło zrujnować tę znajomość.

W końcu udało się nam odrobinę otworzyć. Zauważyłem, że gdy Mirella się uśmiechała, na jej policzkach tworzyły się małe dołeczki. Bardzo mi się one podobały.

- Pokażę ci coś – powiedziała. – Złap mnie za ręce. Widzisz te dwa frunące ptaki ? – przytaknąłem. Mirella wyszeptała jakiś niezrozumiały ciąg słów.

Wtedy doznałem dziwnego uczucia. Poczułem się tak, jakby duch mój opuścił ciało i poszybował w stronę przelatujących ptaków. Trwało to może ułamek sekundy. Nagle wszystko stało się jasne i wyraźne, poprawiła się ostrość widzenia. Byłem ptakiem. Szybowałem w powietrzu. Tuż obok mnie leciała Mirella. Pierwszy raz w życiu poczułem się naprawdę wolny.

Przelatywaliśmy nad wszystkimi krainami. Z góry oglądaliśmy zamek w Lorencii, zielone lasy Norii, frunęliśmy nad górami Davias, podziwiając dwa wspaniałe pałace i Zaginioną Wieżę. Byliśmy naprawdę szczęśliwi. Wtedy poczułem, że tracę kontrolę. Myślałem, że spadnę. Doznałem dziwnego uczucia, tak jakby coś mnie wsysało. Zapadłem w ciemność, a po chwili znajdowałem się już w swoim ciele. Mirella leżała tuż obok mnie. Była cała blada. Oddychała charkliwie. Przy niej stał jeden z magów z naszej wioski, odprawiając jakiś tajemny rytuał. Wokół zebrał się spory tłum gapiów. Po chwili ciało Mirelli się zaróżowiło. Ocknęła się, rozglądając się nerwowo. Wtedy mag odprawił wszystkich oprócz mnie i dziewczyny, grożąc im, że ich spopieli. Poskutkowało. Gdy mieszkańcy wioski się oddalili, mag zwrócił się do mnie. Wyglądał na zaszokowanego. Wykrzyknął :

- Synu, masz naprawdę świetny wrodzony talent magiczny ! Nigdy nie widziałem kogoś w tak młodym wieku, komu udałby się rytuał Przywłaszczenia. – Mag podał mi rękę i pogratulował.

- Ale... Proszę pana maga. To pomyłka, to nie ja... To ona – sprostowałem, a Mirella rzuciła mi jedno z tych morderczych spojrzeń.

- Bzdura, synu, wierutna bzdura. Chyba mnie jeszcze oczy nie zawodzą, przecież to dziewczyna. Jest naukowo udowodnione, że płeć żeńska nie potrafi czarować. To kwestia niedorozwoju umysłowego. Zresztą mniejsza o to. Być może mamy tutaj do czynienia z fenomenem. Zabieram was oboje do naszej siedziby, by poddać was testom magicznym – orzekł mag.

- Ale... Ja muszę się dzisiaj stawić do kuźni. Mój mistrz kowal będzie się martwił – wtrąciłem.

- Hmm – zastanowił się mag. – Tak więc... wyślę kogoś, aby przekazał owemu kowalowi, że słyszeliśmy o twoim talencie do kowalstwa i pomagasz nam wykuć jakąś broń magiczną. – Mag porozumiewawczo mrugnął okiem. – Zresztą samo już pojawienie się Maga Duszy, wyższego rangą, w wiosce, wystarczy za dowód.

- O mnie to raczej nikt nie będzie się martwił – dodała Mirella.

Mag kiwnął swoją laską magiczną. Po chwili na drodze biegnącej niedaleko zmaterializował się powóz. Podeszliśmy do niego. Pamiętam, że zaprzęg stanowiły dwa pegazy. Na wozie nie było woźnicy. Oczywiście zapytałem o to.

- Woźnica nie jest nam potrzebny. Pegazy znają bardzo dobrze drogę. Zresztą nasza siedziba jest dobrze ukryta, bez umiejętności latania wątpię, aby ktokolwiek tam dotarł.

Wsiedliśmy. Ja i Mirella zajęliśmy miejsce przodem do kierunku jazdy. Mag usiadł naprzeciwko nas. Pamiętam, że mag miał na sobie błękitny płaszcz, a jego twarz pokrywała szara broda. Wyglądał na bardzo starego. Starzec klasnął w dłonie, wtedy poczuliśmy, że powóz rusza. Wyjrzeliśmy przez okienko. Unosiliśmy się nad ziemią. Coraz wyżej i wyżej. Myślałem na początku, że wzniesiemy się aż do gwiazd. Po nabraniu wysokości lecieliśmy już tylko prosto. Podróż trwała dość długo, przez cały czas jej trwania Mirella siedziała pochmurna, nie odzywała się.

Wtedy zauważyłem, że naokoło powozu przelatują kolorowe, jaskrawe smugi. Zapytałem o nie maga.

- Zbliżamy się – odpowiedział starzec. – Te smugi to silna magia, która wydostaje się z naszej siedziby. Dlatego nasza wieża znajduje się tak daleko od zasiedlonych miejsc.

Poczułem po chwili, że powóz zatrzymał się. Wyjrzałem i przetarłem oczy ze zdumienia. Wieża magów wybudowana była na kawałku kamienia, szybującym w powietrzu. Nawet Mirella, która przez całą podróż siedziała nadąsana, rozchmurzyła się i zachwycała pięknem widoków. Cały kamień ogrodzony był magiczną barierą, jednak ta bariera była na tyle niska, że wychylając się można było ujrzeć cały kontynent MU i wody naokoło niego. Widok nie był zbyt dobry, gdyż zakrywały go w niektórych miejscach majestatycznie sunące pod nami chmury, niemniej to było piękne.

Wtedy mag popędził nas trochę, mówiąc, że przybyliśmy tam w konkretnym celu. Powędrowaliśmy w stronę wieży. Zatrzymaliśmy się przed ogromnymi wrotami. Mag kiwnął laską, a po chwili wrota te zaczęły się otwierać, co dziwne, całkiem bezszelestnie. Trwało to spory czas, pewnie dlatego, że były naprawdę wielkie. Weszliśmy do środka. Wieża wewnątrz wyglądała dość ponuro.

Przekroczyliśmy próg, a wtedy wrota zamknęły się błyskawicznie. Pamiętam, że Mirella złapała mnie za rękę. Wyczuwałem jej strach. Sam też się bałem. Wtedy mag klasnął w dłonie, a w pomieszczeniu nagle zrobiło się jasno. W powietrzu rozszedł się zapach kwiatów. Lampy rozjarzyły się tęczowym blaskiem. Na krześle drzemał jakiś człowiek, mag. Starzec, towarzyszący nam do tej chwili, szepnął :

- To jest Slippus, straszliwy śpioch. Wysłałem mu wiadomość, żeby przygotował wieżę na wasze przybycie. Jak zwykle zapomniał, jednak nie będę go budzić. Można mu wybaczyć, ma w końcu sto sześćdziesiąt osiem wiosen. – Przy tych słowach mag uśmiechnął się.

- To naprawdę nie było konieczne, proszę pana maga. Kiedy rozpoczynają się te testy ? – niecierpliwiłem się, chcąc jak najszybciej powrócić do domu.

- Widzę, że chcecie przejść od razu do rzeczy. Dobrze, waszemu życzeniu stanie się zadość. Już was prowadzę. Aha, zapomniałem się przestawić. Kawendor, mag trzeciego poziomu.

Pamiętam, że wieża była bardzo wysoka. Hartowałem swoje ciało, często biegając, jednak już w połowie drogi poczułem dziwne zmęczenie. Straszliwie podziwiałem starca, wyglądał bardzo rześko, na jego czole nie było widać ani kropelki potu. Widziałem, że Mirella również była strasznie zmęczona, jednak nie dawała tego poznać po sobie. Starzec zauważył ten fakt, odwrócił się w naszą stronę i uśmiechnął się.

- Ach, zapomniałem wam powiedzieć. Wieża znajduje się tysiące metrów nad ziemią. Na tej wysokości człowiek nieprzyzwyczajony szybko się męczy. Stary Fizykus twierdzi, że małe drobinki powietrza są bardziej oddalone od siebie. Dziwak. Ja nigdy nie widziałem żadnych drobinek. Sam po prostu uważam, że to jakiś rodzaj lęku wysokości. – Wtedy mag się uśmiechnął szelmowsko i kiwnął laską.

Poczułem dziwne uczucie. Tak, jakbym był pusty w środku. Po chwili wszyscy troje oderwaliśmy się od ziemi i zaczęliśmy unosić się w powietrzu. Szybowaliśmy w górę, szybko pokonując dystans na sam szczyt wieży. Wtedy mag kiwnął ponownie laską i stanęliśmy na własnych nogach.

Rozejrzałem się po miejscu, w którym się znaleźliśmy. Dokładnie nade mną znajdował się czarny okrąg z zaznaczonymi gwiazdami. Mapa nieba. Od kolistej komnaty odchodziło promieniście sześć korytarzy. Na każdym rozwidleniu znajdowała się tabliczka z nazwą komnaty, do której prowadził korytarz. Podążyliśmy tym, którego nazwę Mirella odczytała i wymówiła głośno. „Komnata Magów Duszy”. Stary mag otworzył nam drzwi do komnaty i zapraszającym gestem wskazał na wnętrze. Sam pozostał na zewnątrz.

Przekroczyliśmy próg, a wtedy drzwi zamknęły się. Rozejrzałem się. W komnacie znajdowały się biblioteczki, a na nich księgi. Mnóstwo ksiąg. Ujrzałem dziwne podniecenie u Mirelli na widok tych ksiąg. Pośrodku komnaty znajdował się stół, za którym siedziało trzech bardzo starych magów. Szeptali chwilę do siebie, po czym ten siedzący pośrodku odezwał się :

- Witajcie, Kristoffie i Mirello. Kawendor uprzedził nas o waszym przybyciu. Mówił też, że któreś z was posiada nieprzeciętny talent magiczny. Poddamy was trzem próbom. Jeśli któreś z was nie przejdzie choć jednej z nich, po prostu odeślemy go do domu tą samą drogą. Zaczynamy. Podaj magiczne karty, Limnorze. Podejdź, chłopcze, ty pierwszy. Sprawdzimy twój potencjał magiczny.

Podszedłem. Mag kazał mi wybrać jedną z kart. Tak też uczyniłem. Wtedy mag kazał mi wpatrywać się w nią dość długą chwilę. Zauważyłem, że karta rozjarzyła się złotym blaskiem. Wtedy mag poprosił o nią z powrotem. Chwilę szeptał ze swymi, widać, doradcami.

- Teraz ty, Mirello.

Podeszła. Postąpiła tak samo, jak i ja. Mag był zszokowany. Widziałem wyraźnie kropelki potu na jego czole. Znów wymieniał jakieś uwagi. Orzekł :

- Dziwne. Oboje posiadacie najwyższy możliwy potencjał magiczny, wykraczający poza skalę. To niemożliwe, żebyście oboje uzyskali ten sam wynik. Magiczne kart nigdy się nie mylą. Wygląda na to, że będę musiał was rozdzielić i poddać testom każde z was z osobna. Ale tylko, jeśli się zgodzicie. Jaka jest wasza decyzja ?

Złapałem Mirellę mocno za rękę i pokręciłem przecząco głową. Ona uśmiechnęła się do mnie i wykonała ten sam gest w stronę magów.

- Dobrze, stanie się więc według waszej woli. Nie rozdzielimy was. Test numer dwa.

Poprowadził nas w stronę ściany, przy której stały magiczne laski. Podał jedną z nich mi, a drugą Mirelli. Wyszeptał jakąś inkantację, po której obie laski rozjarzyły się magicznym blaskiem.

Mag znów wyglądał na zdziwionego. Orzekł :

- Tylko w rękach maga laska posiada moc. Znów zaliczyliście. Ale te testy nie dały jednoznacznej odpowiedzi. Wiadomo, że mag może przekazać część mocy osobie, z którą łączy go mocna więź. Przyszło mi coś do głowy. Ostatni test.

Po tych słowach mag oddalił się na dość sporą odległość od nas. Uniósł swą laskę i wyszeptał magiczną formułę, po której czubek jego laski rozjarzył się ogniem. Skierował ją w moją stronę, a w moim kierunku zaczęła szybować ognista kula. Widziałem wszystko jakby w zwolnionym tempie, nie mogłem nic poradzić, nogi odmawiały posłuszeństwa. Byłem już pewny, że zginę. Poddałem się swemu losowi. Zamknąłem oczy. Wtedy usłyszałem brzęk szkła. Gdy otworzyłem oczy, za oknem w nieznanym kierunku szybowała kula ognista. Mag, który ją wypuścił, wyglądał na zadowolonego. Powiedział :

- No i zagadka nam się wyjaśniła. Magowie działają w dobrej sprawie, tak więc, gdy zagrożone jest życie dobrej osoby lub ich własne, muszą skorzystać ze swoich mocy. Dotyczy to tylko prawdziwych magów, rzecz jasna. Jest to swego rodzaju imperatyw, na który nic nie mogą poradzić. Tylko czekałem, które z was odbije kulę. Gdybyś odbił ją ty, Kristofie, rzuciłbym drugą w stronę Mirelli. Niestety teraz już muszę was rozdzielić. W tej wieży mogą się uczyć tylko magowie, jednak tylko na swoje własne życzenie. Jeszcze nie szkoliliśmy dziewczyny, ale cóż, czasy się zmieniają.

Trzej magowie powstali znad stolika.

Najważniejszy z nich wypowiedział słowa przysięgi :

- Czy Mirello, zgadzasz się wstąpić do zakonu magów, służyć zawsze w dobrej sprawie i nigdy nie wykorzystać swych mocy dla własnej korzyści ?

Byłem pewny, że dziewczyna odmówi. Stało się jednak inaczej. Odpowiedziała :

- Tak, pragnę tego z całego serca.

Pamiętam, że wtedy ostatni raz spojrzałem Mirelli w oczy. Podeszła, stanęła na palcach i złożyła pocałunek na mych ustach, mój pierwszy pocałunek w życiu, jej zapewne też. Pamiętam, że było mi bardzo smutno, łzy cisnęły mi się do oczu. Zachowałem się jednak jak mężczyzna i nie rozpłakałem się. Mirella odeszła z magami, ja zaś powróciłem do domu.

Przez długi czas nie mogłem o niej zapomnieć, śniła mi się po nocach, bywało też, że w otępieniu, jakby w stanie półsnu podążałem na łąkę lub nad rzekę, wypatrując jej czarnej sukni. Wkrótce wróciłem do równowagi. Pobrałem się z kobietą z wioski i założyłem rodzinę. Spełniło się też moje marzenie. Zostałem wojownikiem. Byłem najlepszym Zabójcą Magów w okolicy. Być może miało to coś wspólnego z duchami przeszłości, być może nie.

Dziś mam lat siedemdziesiąt i czasy się zmieniły. Kobiety mogą już jawnie zajmować się sztukami magicznymi. Mimo tylu lat, które minęły, do końca nie udało mi się wymazać wspomnień o czarodziejce Mirelli. Czasem jeszcze widuję ją w snach. Jej ciemne rozpuszczone włosy, czarną suknię i samą ją, siedzącą nad rzeką i czytającą książkę.

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026