📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Recovered topic 4508
« Wróć do forum  •  4 post(ów) w temacie
Post #1 17 Mar 2006, 17:44
Imię: Octavian Lighthand
Rasa: Człowiek
Płeć: Mężczyzna
Klasa: Palladyn
Wzrost: 182cm
Waga: 84kg
Wiek: trzydzieści dwie wiosny stąpam po świecie żywych i umarłych...
Wygląd zewnętrzny: krótkie, brąz włosy, niewielki zarost oraz zawsze przyjemny wyraz twarzy. Karnacja jasna, oczy koloru bezchmurnego nieba. Dluga blizna pokrywająca policzek po prawicy...dowód niespokojnej przeszłości...

Usposobienie Postaci:
Rzecz się działa w jednej z Azerothiańskich karczm...
Dosiadłem sie do pewnego człowieka siedzącego w zaciemniaonym kącie...gdy tylko spocząłem na starym drewnianym taborecie, odrazu sie do mnie odezwał...
Witaj przybyszu. Zwię się Octavian, z rodu Lighthand. Jam jest jedyny syn mego czcigodnego ojca - Marcusa Lighthand...paladyna jakich mało stąpa po naszej Ziemi...oraz ukochany syn mej matki - Elleonory...najcnotliwszej niewiasty w tej części Azeroth... Śmierć nieraz zaglądała mi w oczy...czasem zdawało mi sie widzieć jej szyderczy śmiech. Jak uczył mnie mój ojciec, jedyne, co zrobić możesz gdy śmierć smieje Ci się w twarz, to odeśmieć się z powrotem i walczyć o życie! Mimo, iż do starych i doświadczonych nie należę, widziałem wiele. Wiele sie także nauczyłem. Zwady z nikim nie szukam, walka to dla mnie ostateczność. Nie jestem zbyt rozmowny, wole słuchać. Tylko w wyjątkowych przypadkach moj język jest bardziej ruchliwy niż oczy i bardziej zajęty niż me uszy. A więc spocznij przyjacielu...Gospodarzu, piwo dla mojego kompana, na mój rachunek! Posłuchaj teraz opowieści o zatraconej duszy pewnego wojownika, który wrócił na ścieżkę światła...

Historia Postaci:
Rzecz miała miejsce, gdy sześć wiosen minęło od mego na świat przyjścia...
Marcus - eh co za psotne pacholę z tego Octaviana!*smiech* Znowu schował gdzieś mój miecz... powiedział mój ojciec do mojej matki.
Elleonora - *smiech* Następnym razem pamiętaj gdize go położyłeś drogi małżonku, powiedziała zdejmując go z szafy.
Marcus - chyba zaczynam się starzeć...przeciez sam go tam schowałe, żeby Octavian go nie znalazł i gdzieś nie wywlókł...
Elleonora - *smiech* no cóż...obyś nie zapomniał jutro się ubrać...gdy wstaniesz z łóżka...
Marcus - hehe, o to niech cie twoja mądra głowa nie boli...zaraz, gdzie moje buty...
Elleonora - a może jednak moje obawy są uzasadnione, co? i wybuchła śmiechem.
Tym razem jednak nie była to zasługa w rzeczywistości dobrej pamięci mego ojca ale moja. Jak zwykle schowany za progiem podsłuchiwałem rozmowe mych rodziców, podśmiewując sie przy tym cichutko... Nagle mój ojciec doszedł do wniosku, że...
Marcus - chwytając mnie za rękę - aha, mam cię! I co syneczku, znowu napsociliśmy?*śmiech*
Usmiechnąłem sie serdecznie do ojca i pokazałem miejsce ukrycia butów.
Marcus - Widzisz kochanie? Jednak moja pamięć wciąż jest sprawna...
Odkąd tylko pamietam, lubiłem psocić i sprawiać kłopoty rodzicom. Kochali mnie jak umieli, najmocniej, najczulej i szczerze. Dlatego nigdy za swe występki nie otrzymałem kary. Aż do czasu gdy osiągnąłem wiek lat dwunastu...
Obudził mnie dosyć jasny promien wschodzącego słońca. Świeżo upieczone ciasto dawało się we znaki memu młodemu jeszcze nosowi. Toteż pierwszym miejscem moich odwiedzin tego dnia była kuchnia.
Octavian - (do siebie) Zapowiada się smakowity dzień! Po czym chwyciłem za noż i powolutku zacząłem odkrajać kolejne kawałki matczynego ciasta...Smak malinowego wypieku matki rozweselił mój język do tego stopnia, że zapomniałem o Bożym świecie...
Niespodziewanie wszedł ojciec...
Marcus - Octavianie! Toż to ciasto dla gości! Ma się dzisiaj stawić tu przyjaciółka twej matki!
Zrobiłem to co zwykle gdy coś zbroiłem...usmiechnąłem sie do ojca serdecznie.
Tym razem zauważyłem jednak coś dziwnego...
Twarz ojca nie pokryła się jak zwykle rumieńcem, a jego usta nie oddawały żadnego uczucia, oprócz srogości...
Marcus - Nie synu. Sam twój usmiech juz nie wystarczy. Dwanaście lat temu przysięgłem przed Bogiem że wychowam cię na porzadnego człowieka i szlachetnego wojownika w służbie Swiatłu. Od dnia dzisiejszego każdy twój występek bedzie karany a dobre uczynki - nagradzane. Dzień dzisiejszy oznacza dla ciebie również początek nauki walki mieczem, kowalstwa i jazdy konnej.
Po wyrazie twarzy i tonie wnioskowałem, że ojciec nie żartuje...
Od tamtej pory, każdego dnia szlifowałem swoje umiejętności...
Marcus - pamietaj synu, garda jastrzębia, ręce uniesione do góry. Wykorzystuj bezwładność ostrza!...nie, nie tak! Zrobisz sobie krzywdę!
Ojciec oprócz nauki bronią dwuręczną wysoki nacisko stawiał na kowalstwo...
Zwykł mawiać...tępe ostrze wrogiem gorszym w bitwie niż najbardziej krwiożerczy ork...
Tak stawałem się z każdym dniem potęzniejszy...i potężniejszy...
Aż w końcu nadszedł ten dzień...dzień opuszczenia rodzimego domu i niesienia sławy memu rodowi...
Wędrówkę swą rozpocząłem w wieku lat dwudziestu dwóch...przemierzyłem pół świata...Wędrowałem po pustkowiach, przez bagniste tereny Moczar, przez gęste lasy, śnieżne tereny Dun Morogoh. Zabiłem tysiące bestii, splądrowałem setki lochów, wymordowałem dziesiątki rozbójników czychających na moje życie za każdym krokiem...Smak pieniądza stał się słodszy niżli smak honoru...Gromadziłem bogactwa, piłem alkohole. Nie zważałem na swiętości. Stawałem się tacy jak tamci rozbójnicy, którzy ginęli z mej ręki. Którejś nocy, spiąc smacznie na sienniku w karczmie nieopodal Wzgórza Stróży miałem sen. Śnił mi się moj ojciec, który powtarzał tylko słowa: prawdziwa moc drzemie w twej duszy, tylko doskonaląc usze udoskonalisz ciało. Po tych słowach jego spokojnie śmiejąca się twarz zmieniła sie w twarz wyjącej szkarady...Obudziłem sie z szybko bijacym sercem...cały spocony i wystraszony...Całe życie przebrnęło mi przez oczy w ciągu jednej chwili... Stało sie dla mnie jasne...utraciłem honor, zbeszcześciłem dobre imię rodziny i...zawiodłem ojca! Mimo iz me serce było jak z litej skały...płakałem, płakałem całą noc.
Moja dusza wymagała nawrócenia. W tym celu, zmuszony przez siły wyższe, udałem się do miasta Burzowego Wichru. Udałem sie do tamtejszej Katedry w nadziei na zaspokojenie mej duszy...Spotkałem tam palladyna, który podobnie jak ja szukał tam oswiecenia i rozgrzeszenia...
-Octavian - Bądź pozdrowiony, dobry Palladynie. Dlaczegóż to na twej twarzy widze smutek?
Jego wiek oceniałem na około osiemnaście lat...
-Dam - (z płaczem) zabiłem człowieka! Zabiłem go...bo nie miałem na Ale w karczmie! O ja nieszczęsny. Cóż ja uczyniłem!
Pomyslałem wtedy...skoro on płacze z powodu zabicia jednego człowieka, to cóż ja powienienem czynić?
-Octavian - nie płacz...postępuj zgodnie ze swym sercem i staraj się służyć pomoca każdemu, kto jej potrzebuje...a wszystko zostanie Ci wybaczone...Ja w swoim zyciu zabiem dziesiątki osób, żałuje tego, jednak mam nadzieję, że uzyskam przebaczenie...
Wtedy kolejna myśl uderzyła we mnie nieczym ćwiekowana maczuga jakiegoś orka..."I kto to mówi"...Nauczałem go sam potrzebując nauki...zauważyłem jednak, że me słowa nieco go rozweseliły. Otarł łzy, wstał, spojrzał na mnie i zapytał...
-Dam - przyjacielu, może warto byłoby, abysmy wstąpili do zakonu i tam oczyścili się z wzajemnych przewinień?
Własnie...pomyślałem...w zakonie napewno ma dusza sie nawróci...do odpocznienia swego...
-Octavian - twa głowa mlodaa jeszcze, jednak mądrości nie pozbawiona...tak uczyńmy!
Następnego dnia udalismy sie do klasztoru, tym razem już z misją...
Spotkaliśmy tam człowieka imieniem Nort, Brat Nort... Poprosiliśmy go, by przyjął nas w szeregi swego czcigodnego zakonu...
-Nort - Aby do nas dołączyć, musicie dowieść silnej woli i silnego ramienia...
-Octavian - Co tylko rozkażesz, Panie!
-Nort - Dobrze więc...pamiętajcie jednak, że jeśli choć raz założycie szatę i kaptur zakonny...nie ma odwrotu...a każde przewinienie będzie karane. Zdrada oznacza wykluczenie z naszej społeczności...BEZ możliwości powrotu... Czy uważacie, że jesteście w stanie przystapić teraz do najświetszej próby a po jej wypełnieniu prowadzić życie ascety?
Chciałem juz powiedziec nie...jednak w tej samej chwili przypomniała mi się śmiejąca twarz mego ojca...
-Octavian - Tak Mistrzu, jestem gotów!
To samo odpowiedział mój poznany wcześniej przyjaciel Dam...
-Nort - chodzcie więc za mną...
Udalismy się do podziemnego tunelu, w którym czekała juz na nas podziemna kolej krasnoludów...prowadziła ona prosto do miasta Żelaznej Kużni...stolicy tej jakże dumnej rasy...
Po wyjściu na powierzchnię ujrzałem znajomy widok...krajobra Dun Morogoh...śnieżno białe szczyty, ogromne zaspy i setki hektarów iglastych gajów...lodowe jeziora, jaskinie, pagórki...wszystko jakby jeszcze wczoraj widziane...
-Nort - oto jest miejsce waszej pierwszej próby...a teraz ściągnijcie wasze ubrania!
Wydało mi się to dziwne...czyżby staruszek lubował sie w meżczyznach niżli w kobietach?? Nie smiałem jednak odmówić...
-Nort - teraz na ten pagórek... gdy już weszlismy na jego szczyt ...skaczcie na dół!
Tak też zrobiliśmy...teraz cali w śniegu, mokrzy od topniejącego lodu na naszych ciałach powiedzialiśmy...Mistrzu zimno nam...tak bardzo zimno... On jednak nie zwracał na to uwagi...
-Nort - teraz udajmy sie w strone tamtego jeziora... bałem sie nawet pomysleć, co teraz nam zleci...jednak już wiedziałem...
-Nort - a teraz oczyście sie z brudu grzechów zalegającego na waszych ciałach, w wodach tego świetego i nieskalanego jeziora...
Jaki mieliśmy wybór...wskoczylismy i dopierwo wtedy odczuliśmy, co znaczy zimno w najzimniejszym tego słowa znaczeniu...
-Nort - wyjdzcie już, bo się potopicie! Przywdzijcie wasze ubrania.
Zęby szczekały mi niczym grzechotka...z trudem wzoyłem na siebie koszulę, pancerz i nagolennice...
-Nort - pierwsza i druga próba za nami...teraz trzecia i czwarta...
Jeśli miały być one gorsze niż dwie poprzednie...zastanawiałem się czy wytrzymam...
-Nort - próba męstwa i siły przed wami...chodzcie za mną...
Weszliśmy do ciemnej jaskini, nie widziałem nawet czubka własnego nosa.
-Nort - oddajcie mi teraz wasz oręż... tak też uczyniliśmy...
Nagle usłyszalem ryk niedzwiedza rozlegający się w jaskini, Mistrz wypowiedział zaklęcie i promień boskiego światła rozjaśnił ciemne korytarze tego miejsca...
-Octavian - Mistrzu, dlaczego weszliśmy do tej jaskini?
-Nort - jak juz mówiłem...teraz trzecia próba...próba męstwa i siły...Octavianie, czy widzisz ta bestię na końcu tej jaskini?
-Octavian - widzę...
-Nort - zgładź ją gołymi rękami!
-Ocavian- że co?! jak ja mam tego dokonać?!?!
Mistrz Nort spojrzał na mnie znacząco.
-Nort - widać, nie nadajesz się do naszego zakonu, żegnaj więc...
-Octavian - nie! czekaj, Mistrzu, przepraszam za mą słabość!
Pobiegłem szybko do bestii, wskoczyłem jej na grzbiet i zacząłem ją dusić. Zrzuciła mnie ona jednak ze swych pleców i otrzymałem potężny cios w twarz. Krew zalała moją pierś...Wstałem jednak, słysząc czyiś głos...nie był to jednak głos ojca. Widziałem wszystko przez mgłę...Nagle moim oczom ukazał się widok mego dziadka...który zmarł wiele lat temu w bitwie z orczym klanem Wojennej Pieśni.
Imie mojego dziadka brzmiało Castor...zasłużył się on w wojskach Przymierza znacznie bardziej, niżli nawet mój ojciec...
-Castor - Octavianie, wstań...wstań i zgładź tą bestię!
Wstałem i poczułem niezwykłą moc, która rozpierała me ramiona, podszedłem do niedźwiedzia i uderzyłem go w łeb...cios brzebił mu czaszkę i padł on na miejscu...
Krew zaczeła leciec mi z nosa...tyle pamiętam, po czym padłem. Jak mi później mówiono spałem trzy dni i noce. Mistrz Nort po moim przebudzeniu siedział przy mnie i opowiadał mi jak to wspaniale wywiązałem się z próby...
-Octavian - Mistrzu...chcę wiedzieć tylko czy nadaje sie do twojego zakonu...
-Nort - me serce raduje się widząc potomka Castora w moim zakonie...ja tez go słyszałem Octavianie...
-Octavian - także go słyszałeś??
-Nort - tak...tak się składa że razem walczyliśmy w bitwie z klanem wojennej pieśni...Castor zasłonił mnie własnym ciałem przed włócznią jednego z tych podłych orków...zginął a ja nie mogłem nic zrobic...twoój dziadek był wielkim wojownikiem...postaram się byś i ty takim pozostał..witaj w zakonie Octavianie...
I tak dostałem się do zakonu , w którym będe do konca mych dni...o cóż to, nie śpisz jeszcze?? hehe...
-Towarzysz - nie, powiem ci ze szczerego serca...twa historia wiele mnie nauczyła...
-Octavian - hoho, dobrze że wziąłeś wnioski z mej opowieści...jak widzisz, jestem człowiekiem nie pozbawionym wad, wielu z nich sie wyzbyłem po wstąpieniu do zakonu...nadal jednak lubię posmakować krasnoludzkiego piwa w karczmie i posłuchać wędrujących bardów i ich pieśni...
-Towarzysz - to chyba każdy z nas lubi...hehe
-Octavian (pociągając wielki łyk piwa) nie ma to jak piwko prosto z beczki...miło mi sie z toba rozmawia, towarzyszu...wiesz o mnie juz prawie wszystko...może czas bys opowiedział coś o sobie?
-Towarzysz - a więc...
Post #2 17 Mar 2006, 18:43
opis interesujący ... jakas odmiana wreszcie a nie wszyscy palladyni szlachetni od poczatku 😀 Polecam innym do przeczytania 😀
Post #3 17 Mar 2006, 18:44
Musze przyznac, ze mi sie podoba
Post #4 17 Mar 2006, 18:57
No No No hehehe. Dobre panie TALBIN... Zwłaszcza ten fragment o zakonie i zakonnikach hehehe...

z szacunkiem
deBergov

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026