📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Historia o dziewczynce zostawionej przez ojca
« Wróć do forum  •  4 post(ów) w temacie
Post #1 18 Mar 2006, 12:49
ROZDZIAŁ 1

Był ojciec, zbyt biedny by wychować swoje dziecko, więc podrzucił je pod czyjś dom. Jakie to proste. Weszli na schody, dziewczynka trzymała go za rękę. On rzekł: ,,Tylko nie krzycz, same z tobą kłopoty, za dużo mnie kosztujesz, może przynajmniej te szmaty sprzedam'', po czym rozebrał ją i zostawił. Tuż przed nowym domem. Jakie to łatwe. Miała siedem lat. Proste. Zostawił ją cicho płaczącą przed wielkimi beżowymi drzwiami, które kilkadziesiąt lat temu zapewne były białe.
To jest takie łatwe.
Gdy odchodził krzyczał na jej matkę. Ona nigdy nie widziała matki, nie znała jej.
Płakała cicho. Niewielka dziewczynka o pięknych brązowych oczach, o twarzy, która miała być wyjątkowo czarująca. Po twarzyczce płynęły łzy, a do nich przyklejały się jasne włosy.
Było zimno.
Usłyszała pierwszy raz swoje imię, od ojca klnącego na matkę - Zimna.
Rano znalazła ją starsza pani w wielkich, kwadratowych okularach. Podniosła z ziemi nagą dziewczynkę i zaniosła do czyjejś sypialni, która była przeznaczona dla chłopaka. Przykryła ją miękką kołdrą i wyszła do sklepu. Zimna zasnęła, niespokojnym, lekkim snem, co chwilę budząc się, gdy tylko przyśnił się jej ojciec.
O dwunastej czterdzieści dwa wstała i usiadła na łóżku. Starszej pani wciąż nie było. Rozejrzała się ciekawie po sypialni. Było tam schludnie, czysto, wszystko było posortowane i poukładane - znaczy nikt tu nie mieszkał. Na ziemi leżał starty dywan.
Dziwne, jeśli nikt tu nie mieszka to, czemu ten dywan jest starty - pomyślała. Był
czerwony ze złotymi wzorami, przede wszystkim rybami (karpiami jak słusznie stwierdziła Zimna), smokami i małpami. Położyła się spać... tak bardzo bolało.
Obudził ją trzask zamykanych drzwi w samochodzie. Zimna zerwała się i wyjrzała przez okno. Starsza pani właśnie maszerowała pokracznie po chodniku prowadzącym do domu, na drodze zawracał bordowy pickup. Wyszła z pokoju, pośpieszyła do maleńkiego salonu.
- Dzień dobry, moje dziecko - rzekła łagodnie starsza pani. - Jestem Kornwalia Cold.
- Jak ten kwiatek - zauważyła Zimna.
- Tak - odparła Kornwalia. - Może gorącej czekolady, młoda damo?
- Jasne - nie uśmiechnęła się. - Jestem Zimna.
Starsza pani przytaknęła, popatrzyła z ciekawością na Zimną i podreptała do kuchni. Po dłuższej chwili wyszła niosąc kubek parującej czekolady i talerz pełen ciastek domowej roboty. Zimna chwyciła kubek oburącz. Kornwalia przyniosła sobie filiżankę kawy, schrupała jedno ciastko.
- Chcesz o tym porozmawiać?
- Nie - odparła Zimna.
Przytaknęła. Był już wieczór, w ogniu kominka wyglądała jak mocno podstarzały,
przygarbiony i zmęczony przez życie skrzat.
- Tedy opowiedz o sobie, co tu robisz i gdzie pójdziesz? - Kornwalia mocno podkreśliła ostatni pytanie.
- Nie wiem za dużo o sobie. Od zawsze byłam z ojcem. Matka odeszła od niego -
przerwała na chwilkę - też bym tak zrobiła. On mnie tu podrzucił i... Nie wiem, gdzie iść, nie mam domu.
- Inteligentna z ciebie dziewczyna, jak na siedmiolatkę wyrażasz się nadzwyczaj
płynnie, to dobrze. Zostaniesz u mnie, wychowam cię, nie musisz się martwić. Mieszkam sama od dziewięciu lat, pusto jest w tym domu... zjesz ciastko?
Zimna pokiwała głową i zaczęła żuć toffi z nadzienia.


ROZDZIAŁ 2

Trzynaście lat później.


Zimna przybyła do domu wczesnym rankiem, była godzina siódma dwadzieścia pięć. Weszła do domu, zdjęła buty, założyła kapcie i pomaszerowała do salonu. W salonie zobaczyła Kornwalię, która to chodziła po całym pokoju z ściereczką i buteleczką cytrynowego pronto. Ścierała kurz, przestawiała świecznik na stole, szła do kuchni, wracała i poprawiała świecznik.
- Witaj, babciu - uśmiechnęła się Zimna i podniosła jedną brew. - Co ty wyprawiasz?
Kobieta zatrzymała się na chwilkę, prychnęła.
- Sprzątam.
- No tak, tylko, po co?
- Za pół godziny się przekonasz - rzekła Kornwalia patrząc na wielki zegar, stojący
obok niewielkiej biblioteczki. Ta para wyglądała komicznie. - Teraz idź coś zjeść, w
lodówce jest chińszczyzna. Jak skończysz możesz sprzątnąć w łazience.
Zimna posłusznie zjadła zimny ryż z czymś, co musiało być mięsem, ale wcale nie
smakowało jak mięso. Sprzątnęła po sobie widząc groźny wzrok Kornwalii utkwiony na pustym pudełeczku i kilku ziarnkach ryżu leżących na blacie stołu.
Ruszyła do łazienki, z grubsza sprzątnęła i wzięła letni prysznic.
Okręciła się ręcznikiem pod ramionami, a następnym zaczęła suszyć głowę. Wyszła do salonu po kilka orzeszków solonych, gdy...
Puk, puk, puk.
Zimna popatrzyła na drzwi, Kornwalii nigdzie nie było.
Puk, puk, puk.
Poczuła wstyd. Palący wstyd. Jednak podeszła do drzwi i otworzyła. Tuż przed progiem stał młodzieniec (Zimna orzekła, że ma jakieś dwadzieścia cztery lata) ubrany cały na czarno. To był ten sam człowiek, którego minęła na ulicy wczorajszego wieczoru.
- Dzień dobry... - zaczął młodzieniec.
- Świadek Jehowy? Akwizytor? Niczego nie chcę kupić, jestem niewierząca, proszę tu więcej nie przychodzić. Do niezobaczenia.
Zamknęła drzwi.
Puk, puk, puk.
- Już mówiłam, proszę odejść albo zadzwonię na policje! - wykrzyczała Zimna.
Cisza. Odwróciła się myśląc, że sobie poszedł.
Puk, puk, puk.
Otworzyła energicznie drzwi i już miała nazwać go skurwysynem, gdy jej ręcznik zsunął się i z głuchym huknięciem upadł na ziemię. Zimna popatrzyła na ręcznik i potem na długowłosego młodzieńca i znów na ręcznik. Poczuła, że się rumieni.
Przecież to tylko mężczyzna - pomyślała szybko. Chwyciła ręcznik, owinęła się nim i wychrypiała ze złością:
- Czego tu, kurwa, chcesz?!
- Nie chciałbym pani zszokować, lecz ja tu mieszkam - uśmiechnął się zawadiacko. - Przynajmniej było tak, kiedy tu ostatni raz byłem. Zmieniło się coś?
Zimna stanęła, ja słup soli. Gapiła się, wiedziała o tym, ale nie mogła przestać. Mój
pokój, myśli szybowały przez jej głowę, mój pokój był na początku urządzony, jakby
mieszkał w nim chłopak. O Boże! To musi być on. O Jezuu, co ja mu mam powiedzieć.
- Nie chce być złośliwy - rzekł płynnie. - Ale proponuję pani zamknąć usta. W tym roku komarów jest stanowczo zbyt wiele.
Zimna zamknęła usta.
- Nazywam się Seyun Iirit - uśmiechnął się szeroko.
Zaprosiła go do środka. Czuła się przy nim tak... dziwnie. Jakby miała przed sobą
starca, z którego doświadczenie aż się wylewało. Kogoś nie z tej bajki. Czuła się przy nim tak... nie swojo.
Seyun zdjął płaszcz, powiesił go, odgarnął włosy i odwrócił się do Zimnej.
- Studiowałeś?
- Y, tak - odparł młodzieniec. - W pewnym sensie.
- Można wiedzieć co?
- Ależ oczywiście - mówił lekko, płynnie, patrząc głęboko w oczy Zimnej, która miała wrażenie, że ktoś gładzi jej duszę. Potem poprawiła się. Przecież jest niewierząca, jest ciało i umysł... ciepło. - Studiowałem medycynę i psychologię. Polecam, zwłaszcza to drugie.
Ciało i umysł i...
- Seyun! - pisnęła Kornwalia i zaczęło robić coś, co przypominało bieg. - Mój drogi,
ile to? Dwadzieścia dwa lata.
Staruszka wtuliła się w pierś młodzieńca. Dwadzieścia dwa! I skończył studia, czyli
miał około czterdziestki?! Niemożliwe, myślała Zimna. Dwadzieścia pięć najdalej. Kornwalia puściła go i pogłaskała po policzku.
- Zjesz coś - bardziej stwierdziła, niż spytała. - Choć, usiądź. Zimna dotrzymaj
Seyunowi towarzystwa. Ja coś zrobię. Kawy?
Przytaknął. Staruszka pomaszerowała wesoła do kuchni. Usiedli naprzeciw siebie.
- Przepraszam, może to zbyt osobiste, ale ile masz lat? - spytała Zimna.
- Przepraszam, może to nie będzie zbyt szczegółowe, ale wiedz, że dużo - odparł.
Splótł ręce i położył na nich głowę, patrzył w oczy Zimnej i widział...
... ból, tak bardzo boli. Tylko nie krzycz. Ból. Zimno, Zimna, kwadratowe okulary.
Śmiech, wstyd, mężczyzn...wielu mężczyzn, którzy to jej zrobili. Gdzie jest ten ktoś, kto mnie uratuje, taki bohater, jak w telewizji. Nikt nie przyszedł z pomocą. Noc i Strach. Matka, kim ona jest? Ona jest Wiosną i Latem, jest zielenią i błękitem. Nie ma jej tu...Kobieta, nie ufa już mężczyznom. Kocha ją?
Oderwał się od jej pamięci sapiąc głośno i kaszląc. Zimna otworzyła szeroko oczy i
podeszła do niego.
- Nic ci nie jest?
- Nie, dziękuje. Zakrztusiłem się śliną.
Zimna popatrzyła na Seyuna z niedowierzaniem i pokiwała głową, usiadła na swoje
miejsce. W tym momencie weszła Kornwalia niosąc tacę ciastek i dwie filiżanki kawy,
czarnej, jak noc. Położyła je na stole i usiadła obok Zimnej.
- To jest Zimna - przedstawiła gładząc ją po ramieniu. - Jest ze mną od dwudziestu lat.
- A więc ona też? - szepnął Seyun.
- Też.
- Więc gdzie studiowałeś? - zagadnęła Zimna.
Cholera, pomyślał Seyun.


***

- Pan tego nie kupił - zauważył trafnie ochroniarz, zwracając się do młodego człowieka w ciemnych okularach.
- Pana bystrość jest wręcz nieprawdopodobna - rzekł śliskim głosem dzieciak. - A umysł ostry jak żyletka, można się... skaleczyć.
- Pójdziesz ze mną - rzekł rozdrażniony strażnik.
- Śmiem wątpić, panie Hesmayer - syknął i wyciągnął nóż sprężynowy, który pstryknął złowieszczo, tak jak to przystało na nóż sprężynowy.
- Proszę to odłożyć, bo będę musiał użyć broni!
Ludzie zaczęli panikować. Hm, więcej ofiar, więcej krwi, więcej mocy, myślał
młodzieniec w ciemnych okularach.
- No dobrze niech pan prowadzi - westchnął i rzucił ochroniarzowi scyzoryk. - Gdzie mam iść?
Ochroniarz wskazał drzwi opodal. Szedł cały czas za młodzieńcem trzymając w ręku pistolet. Weszli przez dwuskrzydłowe drzwi, strażnik dokładnie je za sobą zamknął. Dzieciak pogwizdywał wesoło. Weszli do pokoju z (co najmniej) dwudziestoma maleńkimi telewizorami. Przy nich siedziało dwóch znudzonych mężczyzn w identycznych koszulach. Wszedł do małego pomieszczenia z czterema plastikowym krzesłami. Ochroniarz z pistoletemzniknął. Za to pojawił się inny...
Młody człowiek w czarnym garniturze i spodniach, w uchu miał słuchawkę.
- Co ukradłeś? - niemal wrzasnął.
- Co cię to obchodzi - powiedział lekko dzieciak. - Chcesz swój udział?
- Może mam wezwać policję - zaczął straszyć.
- Możesz. Jestem za. Wezwij jeszcze brygadę antyterrorystyczną, pogotowie, straż pożarną, pogotowie gazowe i hydraulika.
- Możemy porozmawiać inaczej - ryknął ochroniarz.
- A co, zamienimy się miejscami? Ty usiądziesz, a ja postoję?
- Imię i nazwisko, gówniarzu.
- Mam tylko imię - Abdon.
- Przestań się robić z siebie durnia - ochroniarzowi wydało się, że usłyszał ,,nie z
siebie'' - jesteś w ciężkiej sytuacji. Imię, nazwisko, adres i imiona rodziców.
Natychmiast! Oddawaj, co ukradłeś, bo odbiorę to siłą!
- Nie mogę się doczekać - uśmiechnął się lisio młodzieniec.
Strażnik chwycił gumową pałkę i ruszył w stronę chłopca. Zamachnął się chcąc uderzyć w kolano. Pałka śmignęła przez powietrze wydając głuchy pisk. Abdon stał tam, gdzie przedtem. Teraz spróbował go dźgnąć w splot słoneczny, ale młodzieniec wykonał nieprzyzwoicie szybki unik wyciągnął wielki nóż kuchenny, złapał mężczyznę z włosy i podciął mu gardło od ucha do ucha.
- Tą śmierć poświęcam mi, Abdonowi.
Nagle usłyszał drażniący ryk syreny alarmowej, do pokoiku wpadło dwóch ludzi w takich samych koszulach - nie przeżyli pięciu sekund. Tych dwóch poświęcił również sobie. Wyszedł na korytarz, czekało tam na niego czterech uzbrojonych ludzi w czarnych garniturach.
Zaczęli strzelać, Abdon zwinnie uskoczył, doturlał się za beczki z browarem Heineken.
Strzelali dalej dziurawiąc aluminiową baryłkę. Ale chłopca w ciemnych okularach już tam
nie było. Stał tuż za ochroniarzami i drapał się po nosie.
- Panowie, jestem pewien, że to świetna zabawa - strzelanie do beczki z piwem, ale czuję się niedoceniony.
Pierwszemu przebił kark, dwóm następnym podciął gardła, w ostatniego zmuszony był rzucić nożem - wbił mu się między brwi.
- Tracę kondycję - mruknął z niezadowoleniem Abdon, wyjął z kieszeni woskową figurkę oplątaną włosami oraz poplamioną zeschłą krwią. Upuścił ją, rozdeptał i wyszedł głównymi drzwiami przeżuwając snickersa.
Stanął na parkingu i zaczął węszyć. Jak chart szukający zająca. Wygiął się, niby ogromny szczur. Po chwili uśmiechnął się i ruszył na zachód powtarzając bez przerwy:
- Mokra krew, śliczna krew,
czy czujesz ten zew?
Idę Seyun i będziesz bardzo nieżywy, gdy dojdę.

ROZDZIAŁ 3


- Jak jest w Toledo? - spytała zauroczona Hiszpanią Zimna.
- Brzydziej niż w Shrewdeep, a oprócz tego - tak samo - odparł Seyun. - Wszyscy tam oszukują, kłamią, kradną. Dużo jest w Toledo obcokrajowców. Wenezuelczyków i
Ekwadorczyków. No i do tego gorąco, skwar niesamowity, nawet w nocy; czasami nie do zniesienia.
- Wiesz co mnie dziwi? - zmieniła temat Zimna.
- Hm?
- Dlaczego masz na nazwisko Iirit, a nie Cold.
- Nazwisko zostało mi po ojcu, spotkałem go kilka razy, straszny fajtłapa, ale da się lubić - mruknął Seyun.
W tym momencie włączył się telewizor - najwidoczniej własnej woli. Redaktorka w wielkich binoklach mówiła:
- ...O czternastej dwadzieścia dwie doszło do walki oraz strzelaniny w londyńskim hipermarkecie. Zginęło siedmiu ochroniarzy - wszyscy mieli rany cięte lub kłute. Policja twierdzi, że był to napad na sklep i rabusiom popuściły nerwy, podobno było ich sześciu.
Każdy posiadał ostry, jak brzytwa nóż... - pstryk! Telewizor wyłączył się równie nagle, jak się włączył.
Seyun wciąż wpatrywał się w pusty ekran. Zimna poczuła dziwny dreszcz. Długowłosy młodzian wstał, podszedł do drzwi i narzucił płaszcz.
- Idę się przejść - oznajmił.
- Ale jest już wpół do dwunastej - trafnie zauważyła Zimna.
- Istotnie, nie czekaj na mnie Kornwalio, wezmę ze sobą klucz. Dobrej nocy - rzucił i skierował się w gęsty mrok.
Kapitalnie pasował do ciemności, pomyślała Zimna. Widać było tylko jego twarz,
zwłaszcza oczy.
- Poczekaj! - wykrzyknęła za nim. - Mogę iść z tobą?
Seyun uśmiechnął się, teraz równie dobrze, jak oczy widać było białe zęby młodzieńca. Skinął twierdząco głową i oparł się o żółte drzwi. Zimna szybko się ubrała i wybiegła na dwór. Wydawało się jej, że ciemność ją dotyka, głaszcze, szepcze coś do niej. To było przerażające! Wyszli na mroczną ulicę. Powietrze było ciężkie i wilgotne. Wdychając je miało się wrażenie, że do płuc wlewa się gęsta, lepka krupa.
Seyun nie odzywał się wcale. Ciemność stała się jeszcze ciemniejsza, o ile było to jeszcze możliwe. Szepty podwoiły się, podobnie jak i lęki.
- Nie martw się, póki tu jestem nic ci nie zrobią - rzekł beznamiętnie Seyun.
- Kto mi nic nie zrobi? Ktoś tu jest?
- Właściwie to tak. Cienie, koszmary, lęki. Pomyśl, że mrok jest piękny, zobacz jego harmonijność, a obawy znikną.
- Nie widzę nic cudownego w ciemnościach.
Powoli robiło się jaśniej, a może oczy Zimnej przyzwyczajały się do nocy. Widziała
zarysy lasu, później ni stąd, ni zowąd znikł, zobaczyła skały wokół siebie i pojawiło się jedno przeogromne drzewo. Rzeczywiście było wielkie, najniższe konary wznosiły się jakieś siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt metrów nad ziemią. Pień miało tak gruby, że potrzeba by z tysiąc rosłych mężczyzn trzymających się za ręce, by go objąć.
Pod tytanicznymi korzeniami, wbite w ziemię stały chatki. Kilka wystawało dalej od
pnia, ale były bardzo podobne do tych przy drzewie. W oknach błyskało światło lamp oliwnych i ceglanych kominków. Wszystkie okna, co do jednego, były okrągłe. Podobnie jak wszelkie drzwi.
- Kto idzie - spytał gardłowy głos zza niewielkiego, samotnego głazu na placyku przed, zdaje się, największym z domów.
- Seyun Ifirit Świetlisty. Alf z Alfrem...
- Dobra, dobra - zaskrzypiał głos. - Wystarczy tych tytułów, nazwisk. Ach, wy z fiordów to macie imiona...ho, ho pół dnia byś przesiedział, a by taki nawet w połowie nie był...
- Tak - przerwał głosowi Seyun. - Cóż, drogi Gargacie, nie moją winą jest moje
nazwisko, czy nawet imię, a ojców moich. Zmierzam tam - wskazał ciemność.
- Hasło - zachrypiał głos.
- Muszę? Przecież wiesz, że znam - rzekł ze znudzeniem młodzieniec.
- Musisz.
- Wieża...
- Trzech do niej zmierza...
- Wszyscy innymi drogami...
- Ale każdy z jajami. - zakończył podniecony głos i zarechotał okropnie. - Wchodź - dodał.
Przeszli przez placyk w kształcie koła. I ruszyli krętą ścieżką w mrok, ale to nie był
już ten sam straszny mrok, co przedtem, ta ciemność nie była przeraźliwa, nie było w niej szeptów, lęków, chichotów i ciężkiego sapania. Ta była lekka, przyjemna, cicha... Zimnej wydawało się czasem, że nawet wesoła.
- Kto to był za tym kamieniem? - zagadnęła Zimna.
- Za jakim znów kamieniem? - zdziwił się Seyun.
- No, za tym, co chował się ktoś, kto pytał cię o hasło - wyjaśniała. - Jeden głaz był na placu, jakiś dziwny. Kto za nim był?
Młodzieniec zachichotał.
- Ależ, moja droga, za Gargatem nikogo nie było, rozmawiałem z kamieniem. To golem kamienny - strażnik.
- Jakiś obkrojony - zaszydziła.
- To była jego głowa, reszta ciała tego olbrzyma spoczywa pod ziemią, wierz mi on jest naprawdę ogromny.
- To jest sen?
- Można tak powiedzieć - rzekł Seyun i zwinnie przeskoczył po śliskich kamieniach na brodzie dziwnej rzeki wypływającej z pnia drzewa, a płynącej czort wie gdzie. W gruncie rzeczy to szatan dokładnie wie, gdzie owa rzeka płynie.
Zimna niezdarnie przechodziła z głazu na głaz, kiedy była w połowie coś plusnęło w wodzie, w tym momencie jej noga, jak na złość, zjechała z głazu i dziewczyna runęła w zimną toń. Jak się okazało woda wcale nie była zimna, była przyjemna, ani gorąca, ani letnia - w sam raz.
Tymczasem to coś, co plusnęło kilka chwil temu uważnie przyglądało się Zimnej. Coś, co było bardzo podobne do węgorza, tyle, że głowę miało orła podpłynęło do Zimnej i zaczęło owijać się wokół niej. Mocniej i mocniej.
- Przestań! - ryknął Seyun. - Zostaw ją, ona jest moja! Puść albo skrócę cię o połowę!
Stwór zasyczał, zagulgotał, niby indyk i zanurkował zostawiając przerażoną Zimną.
Seyun wyjął ją z wody i okazało się, że jest kompletnie sucha.
- Co...co to było? - wyjęczała Zimna.
- To? - wskazał na pływającego za własnym ogonem stwora. - Nie jestem pewien, wygląda prawie jak bazyliszek, jednakże bazyliszki pływać nie umieją. Jakiś nowy myślokształt albo bożek, z jakiegoś afrykańskiego plemienia, grupka ludzi nie stworzy czegoś, co samodzielnie będzie myśleć. Może koszmar. Nie wiem, ruszajmy.
- Właściwie to, gdzie my idziemy? - zapytała Zimna. - Dziwne ty masz te spacery.
- Sama chciałaś iść. Zdążamy do Bastionu Dusz, muszę się ukryć, póki co. Daleka droga przed nami, toteż nie marnuj sił na rozmowę, pogadamy podczas odpoczynku - rzekł, a po chwili dodał, czytając w myślach Zimnej. - Nie jestem (ekhm) krzywym, przestań myśleć tak głośno, bo ściągasz na nas niepotrzebną uwagę.
Od tej pory myślała ciszej.


***

- Że niby, gdzie polazł?! - przesylabował Abdon wyjątkowo głośno i groźnie.
- Na drugą stronę, mistrzu - odparł imp.
- Niech go szlag! Niech go diabli! I jak ja go, do ciula pana teraz dorwę. I pewnie powiesz mi, że nie ma tego w jego domu, że ma go wciąż na sobie.
- Masz rację, messer.
- Same kłopoty. Same porażki. No ja nie wiem. Wynajmij kilku zabójców, może uda im się go we śnie zadźgać, ale dziewczyna musi przeżyć... rusz się!


***

Zatrzymali się po tym, jak Zimna zapytała czy kiedykolwiek nastaje dzień w tej krainie. Na nocleg wybrali sobie szerokie wnęki między korzeniami dziwacznej brzozy. Była to jedyna brzoza w dębowym lasku.
- Powiedz mi, gdzie my jesteśmy i którędy mam iść, żeby dojść do domu? - zapytała ze złością Zimna.
- Musisz iść w odwrotnym kierunku i skręcać w odwrotne drogi niż szliśmy na

rozstajach. Później już tylko Wąwóz Cienia i Cieniolas i jesteś w swoim domu.
Na ostatnie słowa Zimną przeszyły dreszcze.
- Jesteśmy - Seyun ciągnął dalej - w bajce, śnie, fantazji, niebie, piekle i czyśćcu.

Jesteśmy wszędzie i nigdzie. Słyszałaś o kocie w butach?
- To taka bajka, napisał ją...
- Nieważne kto, ale dlaczego. Takowy kot ma mały zameczek na południe stąd, dwa dni lotu kruka. Całkiem miły kot. Znasz braci Grim? Zdaje się, że wielu ich zna... nie raz odwiedzali tą krainę. A bogowie, oni też tu są - Ibis, Bast - całkiem ładna kotka, a gdy się zmieni w człowieka to jest tak piękna, aż oczy bolą od samego patrzenia. Odyn, Frey - w sumie to temu bóstwu jestem podległy. Jowisz, Mars, Zeus, Demeter - ta to prawie zawsze płacze. Mitra, Maa, nawet Budda czasem się przechadza wschodnimi stepami. Oni wszyscy, wszyscy bogowie, wszystkie stwory - krasnoludy, alfy, chochliki, demony i anioły - są tu.
Nie wierzysz? Tu niedaleko mieszka Wolność, przedstawię cię. Set też usadowił się nieopodal, możemy go też odwiedzić, będzie zachwycony, wszyscy myślą, że jest zły, tak naprawdę to przyzwoity facet, bardzo go lubię. Pełno tu gadających zwierząt, starych czarodziejów i duszków z wyjątkowo czarnym humorem.
- To jest sen, wyjątkowo realny i głupi sen - mówiła do siebie Zimna.
- W rzeczy samej to jest sen, lecz ty nie śpisz.
- To wszystko jest cholernie nieprawdopodobne. To się nie może dziać, nie ma bogów, aniołów, demonów, chochlików i diabli wiedzą czego jeszcze! Tego nie ma!
Seyun westchnął, przewrócił się na drugi bok i zasnął. Zimna jeszcze przez chwilę walczyła w myślach z rzeczywistością. Nagle zapiekły ją powieki, zrobiły się cięższe orazzrobiło się tak rozkosznie, wygodnie. Śniła we śnie.
Stała na rufie jakiegoś ogromnego statku. Wiedziała, że to była fregata. Że był rok tysiąc sześćset jedenasty. Widziała na pokładzie setki ludzi - korsarzy. Byli wśród nich również czarni niewolnicy. Piraci znęcali się nad nimi. Bili, kilku gwałciło dziewczynki rozpaczliwie jęczące, proszące o pomoc. Nagle wśród tego chaosu pojawił się człowiek w czarnej pelerynie, właściwie młodzieniec, miał naciągnięty kaptur. Podszedł do Zimnej (zdaje się, że tylko on ją widział) spojrzał ma nią. Nie widziała reszty twarzy, widziała tylko oczy, niebieskie, żarzące się błękitnym płomieniem.
- Nie uciekniecie mi, ani ty, ani on; po drugiej stronie też was dorwę, powtórz tej lampce to samo. On będzie mój, powtórz mu Kora.
Młodzian znikł, fregata również. Teraz stała wzniesieniu otoczonym przez setki ostrokrzewów, momentalnie krzaki zmieniły się w stosy kości, które zaczęły łączyć się i przybierać kształty ludzkich szkieletów. Nicość ziała im z oczodołów, w kościstych łapach błyskały pałasze, zbliżały się, a na pewno nie miały ochoty zakończyć sprawy z Zimną drogą perswazji.
Nagle pojawił się Seyun. Tak! To na pewno był on! W zbroi utkanej, jakby z porannego światła, z mieczem wykutym z gęstej mgły, w płaszczu z jesiennych liści. Wszystkie szkielety odwróciły się w jego stronę i ruszyły z wysoko uniesionymi głowami tam gdzie stał. Rozpoczęła się walka. Kościotrupy otoczyły go, cięły, a ciosy odbijały się od zbroi.
Lecz nie wszystkie. Niektóre z pchnięć przebijały ciało Seyuna, kaleczyły go, jednak on się nie poddawał, szedł dalej roztrzaskując kolejnych wrogów, szedł w stronę Zimnej.
Krzyknął:
- Zostawcie ją!
I któryś z szkieletów przebił mu serce. Seyun uklęknął i zwymiotował krwią.
Zobaczyła wisielca.

- Wstawaj wreszcie - krzyknęła czarna plama. - To już jest szczyt, łatwiej byłoby

obudzić śpiącą królewnę, choć to jabłko miało w sobie więcej cyjanku niż miąższu.
- To jak książę ją odczarował pocałunkiem? - wymamrotała sennie Zimna.
- Nie wiem, może miał coś z oddechem, albo odtrutkę na zębach. Wstawaj!
Podniosła się, przetarła oczy, nagle świat nabrał ostrości - czarna plama była Seyunem. Chwyciła jego dłoń (poczuła na karku przyjemne mrowienie) i podciągnęła się. Przeciągnęła się, ziewnęła i ruszyła za towarzyszem. Nie była głodna ani nie chciało się jej pić.
Niespodzianie przypomniało się jej, co kiedyś powiedział jej samotny chłopczyk, który żebrał na stacji metra. ,,W bajce przewód pokarmowy ma tylko początek, a właściwie to nie trzeba tam jeść w ogóle tyle, że sam nie umiem tam się dostać''. Wtedy nie miała pojęcia, o czym bredzi dzieciak, lecz teraz...
Seyun prowadził ją niewiadomo gdzie, miała ochotę kopnąć go w miejsce intymne i ruszyć w swoją stronę, ale miała pojęcie, że wtedy perspektywy jej życia nie byłyby dłuższe niż reklamy w przerwie filmu.

ROZDZIAŁ 4



Zatrzymali się spoglądając na zarys gór wznoszących się monumentalnie w oddali. Zimna nie spotkała żadnych dziwacznych stworzeń od czasu Wolności. Dotarli do jej willi zbudowanej z kości i marmuru pół dnia drogi po nocy spędzonej w korzeniach brzozy.
Wolność okazała się młodą damą o wyrafinowanych manierach. Była nawet trochę
przesadna. Bardzo zdenerwowała się wtedy, gdy Zimna odłożyła srebrną łyżeczkę na złe miejsce. Nosiła perukę, aksamitną suknię z niezliczoną ilością koronek i falbanek. Francuska bogini w pełnym słowa tego znaczeniu.
Tuż przed domem stała wielka fontanna w kształcie pochodni. Okrągłe dno wypełniała spieniona ludzka krew.
Wolność była naprawdę dziwna.
Szalona.
A teraz stali na wzgórzu otoczonym z wszystkich stron bagnem. Zimnej przypomniało się wzniesienie z jej snu (o którym wspominała Seyunowi, lecz ten nie zdziwił się za bardzo, zaklął tylko wtedy, gdy zimna mówiła o ,,lampce'').
- Nie ma innej drogi? Ja nie mam zamiaru przedzierać się przez to cuchnące bagno - fuknęła Zimna.
- To zostań - odrzekł Seyun bez emocji. - Od początku w nic nie wierzysz i tylko narzekasz. Zostań.
Poczuła się niezręcznie. Nie została. Podążała za nim krok w krok. Bagna nie były przyjaznym miejscem. To było czuć z każdym wdechem cuchnącego powietrza. Z każdym pluskiem błota pod nogami.


***

Kobieta, która miała przynajmniej czterysta lat - i na taką wyglądała - podrapała się pod pachą, charknęła i splunęła czymś, co po chwili odpełzało. Siedziała na taborecie z czarnego piernika. Spojrzała na impa.
- Przestań zżerać mi drzwi - zachrypiała czarownica. - Myślisz, że to łatwo takie zrobić? Mówisz więc, że Seyuna mam zlikwidować?
Imp odczepił się od drzwi i popatrzył maślanymi oczkami na staruchę.
- Nie inaczej. Nie wiem, co z nim zrobisz, zamień go w chomika, podetnij gardło, upiec i zjedz, ale musisz zabrać amulet. Ten, który nosi na piersi, jest wielce cenny dla pana.
- To jest alf, nie będzie łatwo - mówiła do siebie czarownica. - Ale nagroda musi być wielka, o tak. Może różdżka, może młodość. O tak. Lecz to jest alf. Świetlisty, przecież...on jest mocniejszy...
Imp wcale nie słuchał staruchy, gdy ona mówiła do siebie, rechotała, chrypiała i klęła on zjadał całkiem spory fotel z przesmacznego lukrowanego piernika.
- No i? - zagadnął.
- Tak, zgadzam się - mruczała czarownica. - Pod jednym warunkiem, on da mi młodość.
- Przekażę. Do dzieła! - chwycił nogę krzesła stojącego tuż przed staruchą, szarpnął i oderwał, wyleciał przez nadjedzone drzwi zostawiając za sobą masę okruszków.
Ydgel - bo takie dziwaczne imię nosiła czarownica, zataczała się po całym domu szepcząc do siebie. Coś łaskotało ją w gardle; włożyła do ust dwa kościste palce i po chwili wyciągnęła wiję, popatrzyła na nią (znaczy się czarownica na wiję, a nie odwrotnie) z obrzydzeniem i zmiażdżyła.
Przeczyściła miotłę, schowała za pas kilka różdżek i zaskakująco wolno poleciała w stronę gór.


***

- Właściwie to te góry mają jakąś nazwę? - rzekła nieśmiało Zimna.
- Właściwie to tak.
- Jaką? - nie poddawała się.
- To są Góry Zachodzącego Wschodu, a tam dalej - wskazał za szczyty. - jakieś trzy miesiące konno są Góry Wschodzącego Wschodu. Są jeszcze na północy Włochate Góry i jeszcze jedne, nie wiadomo gdzie są, bo lubią spacery - Chodniki się nazywają.
Jeszcze przez chwilę rozmawiali o niczym. Minęli bagna i stali na progu gęstego lasu. Postanowili, że zatrzymają się tu na noc. Zimna nie była ani głodna, ani spragniona.
- Ja...dziękuję - wymamrotała siedząc przy ogniu i chuchając na niezmarznięte ręce. - Za to, że mi wtedy pomogłeś, że nie zostawiłeś mnie na bagnie, chociaż czułam, że masz ochotę. Dziękuję za wszystko.
- Ależ proszę uprzejmie - uśmiechnął się serdecznie alf. - Wszystko to robiłem z wielką przyjemnością.
- Wierzę. Po prostu dzięki, nie oczekuje od ciebie żadnych łask, mam nadzieję, że wyprowadzisz mnie stąd całą fizycznie i psychicznie, to wszystko.
- O tak, wyprowadzę cię stąd możliwie najszybciej.
Zimna szybko zasnęła, jednak alf leżał niemal całą noc, ze skwaszoną miną wpatrując się w gwiazdy.
- Już czas - wyszeptał i ruszył w mrok.

Gdy Zimna się obudziła Seyuna nie było w pobliżu. Tuż obok niej leżało złożone w
kostkę ubranie, a na nim karteczka. Starannie napisane było na niej:
WŁÓŻ TO UBRANIE. WRÓCĘ NIEBAWEM. NIE ODDALAJ SIĘ! SEYUN.
Rozłożyła ciuchy - podróżny zielony płaszcz, używany. Obcisłe brązowe legginsy, lnianą koszulę, wysokie buty bez obcasów i gumkę do związania włosów. No i jeszcze rzecz najcenniejsza - kord. Bogato zdobiona głownia, miecz tak ostry, że przecina jedwab na niego spadający. Cudeńko. Ubrała się we wszystko, do pasa przymocowała kord i czekała na powrót Seyuna.
A ten nie wracał bardzo długo. Był już wieczór, gdy ktoś chwiejnym krokiem podszedł do tlącego się ognia, przy którym siedziała Zimna. Zatrzymał się na progu widzialności, jednak miała pojęcie, że to nie jest jej towarzysz.
- Kim jesteś? - mruknęła i chwyciła za kord.
- Nikim ważnym.
- Jakie masz zamiary?
- Spokojna głowa pani - huczał gardłowy głos barczystego stwora. - Na pewno nie złe, można się przysiąść? Zanocować nie ma gdzie, a i to w grupie zawsze bezpieczniej. Z lasu mogą wyleźć różnorakie poczwary. Można?
- Tak, tak proszę.
Barczysty osobnik wszedł w krąg światła. Był łysawy, twarz zdobiła para głęboko osadzonych oczu i rumiane policzki. Zieloną pelerynę zdobił łuk przywieszony na plecach. Usiadł obok ognia i wyjął manierkę. Pociągnął łyk. Zdjął pelerynę, ręce miał grube, mięsiste i na pewno nieprawdopodobnie silne. Łyknął sobie jeszcze raz i poczęstował Zimną. Ona zaś napiła się troszeczkę i ta odrobinka sprawiła, że świat zawirował. Zrobiło się ciepło, uśmiech wprosił się na twarz i cały wstyd zniknął.
- Nie wspomniałem, że to jest piekielnie mocne - podrapał się po nosie barczysty
osobnik.
- Coś ty w ogóle za jeden? - zagadnęła Zimna i zachichotała.
- Ja? Jestem Włóczykij - rzekł z dumą i wyprostował się. - Gnom, jakich mało. Zdaje się najstarszy mieszkaniec tych ziem.
- A się rozpędził - mruknęła. - Ja jestem Zimna, od trzech dni tkwię w tym zasranym bagnie, które nazywa się czort wie jak i nie mogę wrócić. A wszystko przez tego rypniętego Seyuna, co mnie nie uprzedził gdzie idzie. Oj ciężkie moje życie, ciężkie. Tu, w tej krainie spotkałam niemal wszystkie rzeczy i osoby, w które tak silnie nie wierzyłam, całe moje dawne życie legło w gruzach. Mój kompan ruszył rankiem nie wiadomo gdzie i nie ma go do teraz, ileż mam czekać. Najgorsze jest to, że ja muszę za nim iść, bo tylko on wie, jak mnie stąd wyciągnąć. Tylko zwierząt tu nie ma gadających, i dobrze, to byłaby przesada.
Na konarze drzewa rosnącego opodal siedziała sowa i uważnie przysłuchiwała się
rozmowie. Gnom spojrzał na nią.
- Ej ty - huknął. - Umiesz mówić?
- A bo co? - prychnęła sowa.
- Tak tylko pytam z przydrożnej ciekawości.
- Taka ciekawość cię zgubi - sowa zahuczała jeszcze i odleciała w las.
Zimna westchnęła ciężko. Z gąszczu wyszedł alf, wyglądał okropnie.
- Nie żebym się martwiła, ale ile można czekać.
Seyun miał smutną twarz. Uśmiechnął się tylko na chwilkę. Podszedł do gnoma, rzekł mu coś, przytaknął głośno. Położył się. Po chwili zasnął.
Gnom patrzył na nich (w szczególności na Zimną) przez dłuższą chwilę, po czym
pociągnął spory łyk niezwykle mocnego trunku. Podrapał się w kroczu, splunął, pierdnął i położył się koło przygasającego ognia.
Zabłąkany promyk ciepłego światła rozbił się o twarz Zimnej. Otworzyła z trudem
sklejone powieki. Seyun był tam, gdzie zasnął, gnom także. Wstała, porozciągała się, ziewnęła i poszturchała delikatnie Seyuna. Ten natychmiast zerwał się na równe nogi. Był jakiś smutny, stwierdziła w myślach Zimna.
Po kilku minutach byli już w drodze. Gnom szedł ostatni, śpiewał wesołe i sprośne
piosenki. Zimna dogoniła Seyuna.
- Gdzie byłeś wczoraj? - zapytała.
- Tam, gdzie być musiałem - odparł. - Wcale nie nudziłem się mniej niż ty.
- Mam złe przeczucie - mruknęła Zimna. - Wydaje mi się, że coś nas obserwuje. Hm, a może nie...
Ruda wiewiórka przeskoczyła na gałązkę znajdującą się nieco wyżej, gdy stwierdziła, że podróżni nie powiedzą już nic ciekawego zbiegła po pniu drzewa i ruszyła pędem w głąb lasu.


***

Wiewiórka przebiegła po kamykach wystających z wody narowistego strumyka. Ominęła wielką polanę, na której rosły wyłącznie czterolistne koniczynki - wiedziała, że Mitra, skrzaty i leprechuny nie przynoszą tak wiele szczęścia jak wszyscy twierdzą. Popędziła w stronę niewielkiego namiotu nadjedzonego przez mole. Tuż przed namiotem siedziała starucha z wielką brodawką na nosie. Obok oparta była miotła.
- No, wreszcie - zachrypiała kobieta. - Ileż musiałam czekać, a tu zielono, wszędzie świergot ptaków, zapach kwiatów - nuda! Ani jednej ponurej chmurki. Ale do rzeczy, gdzie są, dokąd zmierzają?
- Są pięć mil na północny zachód stąd - pisnęła wiewiórka, która w rzeczywistości była zaczarowanym księciem. - Idą na zachód, w góry.
Książe czekał aż tydzień składał się będzie z samych czwartków, wtedy zostanie
spłodzona kobieta, która pocałunkiem odmieni wiewiórkę w przystojnego młodzieńca.
No to sobie jeszcze poczeka.
Póki co ma służyć czarownicom z rodu Śniegowych. Ydgel pochodzi z tego właśnie rodu, a nie jest ostatnia, ma sto trzydzieści dwie siostry i to ona jest z nich najstarsza. A propos, drugim wyjściem księcia jest wysłużenie się u wszystkich sióstr - aż do śmierci ostatniej z rodu. Jedno złe, drugie gorsze.
- Dobra, wskakuj do klatki i lecimy - zaskrzypiała starucha.
Wiewiórka usłuchała - weszła do klatki zrobionej z żabich kostek, zamknęła za sobą drzwi, przekręciła kluczyk w kłódce, po czym rzuciła go czarownicy. W wiezieniu miała stoliczek i barek. Wyjęła z barku maciupeńki kieliszek i niewielką butelkę wódki. Nalała sobie jednego, przechyliła. Zakręciła flaszkę i schowała do barku. Położyła się i zasnęła.
Ydgel zwinęła namiot i schowała go do portmonetki. Siadła na miotłę, po czym poleciała w kierunku, który wyznaczyła wiewiórka.


***

Zimna szła obok alfa, za nimi dreptał gnom. ,,Dreptał'' czas przeszły rzecz jasna. Bo jak przed chwilką był za nimi, teraz go nie było. Tymczasem las gęstniał, drzewa okazały się bardzo złośliwe. Wciąż podstawiały pod nogi korzeni, cięły liśćmi ubrania i skórę. Zerwał się wiatr, dął im prosto w twarz. Brakowało jeszcze deszczu. Ale zaraz się zjawił.
Naprawdę ciężko było przeprawić się przez ten las. A po lesie...
Zimna zauważyła dziwaczny namiot podgryziony przez mole. Seyun zatrzymał się jakieś sześć sążni przed otworem. Nagle z namiotu wybiegła wiewiórka, a ze środka zachrypiał głos:
- Szlag!
Oczom Zimnej ukazała się niesamowicie stara, przygarbiona kobieta. Zakaszlała,
smarknęła na ziemię i podeszła bliżej. Chamska, pomyślała. Starucha uśmiechnęła się szeroko, kiedy podeszła do Seyuna.
Nagle w jej ręku pojawił się nóż, śmignął przez powietrze. Seyun odskoczył, lecz ostrze przecięło mu policzek. Czarownica podskoczyła do alfa z niesamowitą (jak na ten wiek) szybkością i pchnęła go nożem, no, przynajmniej chciała pchnąć. Seyun odskoczył, zawirował i kopnął kobietę w kolano. Ta uklękła. W tym momencie coś strzeliło, jak pęknięta kość. A był to wielki nos staruchy ozdobiony brodawką, kiedy spotkał się z pięścią alfa.
- Popieprzyło ci się - jęknęła czarownica trzymając się za nos. - Złamałeś mi nos, co ty sobie, do diabła myślisz, kurwa co?
- Zdenerwowana? - prychnął Seyun.
- Nie, no, co ty, jest dobrze - ryknęła Ydgel. - A na jaką ci, kurwa wyglądam?
- Przestań kląć - rzekł.
- Bo co? - burknęła.
Alf pokazał czarownicy pięść i wskazał na nos.
- Przepraszam - wycedziła starucha. Nie wstała, usiadła pokracznie, całą krew, którą udało się jej nagromadzić w dłoniach wypiła i oblizała się ze smakiem. Miała naprawdę ohydny język. Można było go porównać do Kanionu Kolorado. Popatrzyła na Seyuna, ha!, ktoś niedoświadczony mógłby pomyśleć, że wzrokiem błagalnym. Alf nie był niedoświadczony. Jego doświadczenie i mądrość wylewała się mu uszami.
Zebrawszy całą mądrość rzekł:
- Powinienem cię zabić i z chęcią bym to zrobił. Ale wiesz, że to nie ja cię zabiję.
Co mi pozostaje zapytasz. Już niewiele drogi przede mną, ty mi wadzisz...
Podszedł do niej, kucnął i wymierzył jej cios prosto w oko. Czarownica przewróciła się na plecy, coś chrupło jej w kręgosłupie.
- Wyskoczył ci dysk? - uśmiechnął się Seyun.
Ydgel jęknęła. Seyun narysował patykiem heksagram, a przy każdym z sześciu ramion nakreślił jakiś symbol. Starucha, która znajdowała się w środku malunku zawyła i nie drgnęła już więcej.
Pobiegli w stronę gór.


***

Ruda wiewiórka, gdyby tylko mogła, zwijałaby się na ziemi, śmiejąc się szaleńczo, bijąc pięściami o wydeptaną trawę. Lecz nie mogła. Patrzyła się na czarownice. Wbiegła na nieruchomą kobietę i małymi, ostrymi ząbkami przegryzła jej tętnicę szyjną. Sto trzydziesta trzecia siostra z rodu Śniegowych zginęła. Jeszcze tylko sto trzydzieści dwie...

ROZDZIAŁ 5



Bastion Dusz był, jakby wbity w niesamowicie wysoki szczyt. Był to widok zapierający dech w piersiach. Gruby mur, a w nim setki wież strażniczych. Zza muru wystawały kopulaste dachy, a nad nimi cudowny pałac z niezliczoną ilością kolumn.
Seyun i Zimna stali przed wielką bramą. Most odlany był z jakiegoś czarnego metalu. Pełno na nim stało rzeźb gargulców. Najpotężniejszych strażników. Zimnej przypomniał się kościół w Shrewdeep - tam nad ozdobnym portalem wystawały dwa łby gargulców.
Seyun prowadził, szedł szybko, nie rozglądał się. Zimna, którą towarzysz obchodził nieco mniej niż otoczenie bez przerwy przewracała oczami. Patrzyła na wielkie, kamienne, marmurowe, drewniane i jakie tylko można sobie wyobrazić domy. Największe wrażenie zrobiły na niej dzieci. Kilku małych chłopców pędziło na ścianę. Zimna już miała krzyknąć, by uważali. Ci jednak znikli w kamiennym bloku. Po kilku chwilach wypadli z naprzeciwległej ściany.
Zimna zauważyła, a raczej nie zauważyła żadnych dorosłych. Ale za to kilku aniołów, trzy skrzaty, dwa leprechuny, sporo chochlików, mnóstwo koboldów i nawet gryfa. Gryf trzymał w dziobie coś, co najprawdopodobniej było ludzką nogą.
Samo miasto okazało się o wiele mniejsze niźli na pierwszy rzut oka. Doszli do pałacu w niespełna piętnaście minut. Seyun zatrzymał się przed wielkimi wrotami odlanymi z srebra, zaczął intonować jakieś zaklęcie. Zaczął śpiewać, i nawet nieźle mu to wchodziło, stwierdziła Zimna. Słowa były, zdaje się arabskie.
Kiedy skończył wrota zatrzeszczały, w powietrze wzbił się tuman kurzu, skrzydła przesuwały się nadzwyczaj powoli. Po kilku minutach nudnego oczekiwania...
Jedno skrzydło było otwarte na oścież, jednak drugie zaklinowało się w połowie drogi i już nigdy się nie ruszyło. Tymczasem alf i jego towarzyszka stali w wielkiej, mrocznej i cuchnącej komnacie z posągiem na środku. Pomnik przedstawiał powabną kobietę z parą skrzydeł i dwoma nierównymi rogami. Na tabliczce wyryte było: SUKKUB. Zimna miała wrażenie, że kobieta z kamienia zamrugała. Szybko minęli ową tajemniczą salę i pomaszerowali przez wąski korytarz, obwieszony był cały w sprośne gobeliny. Nigdzie nie było pochodni, lecz w korytarzu było jasno. Milczeli.
Weszli do następnej wielkiej komnaty, takiej samej, jak ta pierwsza, tyle, że w miejscu, gdzie powinien znajdować się posąg leżała tylko tabliczka z wyrytym: ALP. W wielkich, gotyckich wrotach stała przygarbiona i rozczochrana postać. Gdy tylko do niej podeszli wybuchła okropnym gardłowym śmiechem. Człowiek(?) ten ucharakteryzowany był, jak klown. Pachniał również jak błazen. Na kwadratowej głowie sterczała czapka z trzema pomponami. Kiedy przestał się śmiać zaczął recytować:

Jak to, oto my... i ty, i ja,
Ach, ach...parszywa gra,
Nie czekam tu na śmierć,
Ej, ty w drugim rzędzie,
ty się nie wierć.

Reflektorów mi brak,
Publiki, Koloseum... o tak,
Za mną kurtyna ciemna,
Ej, ty w drugim rzędzie,
twoja praca daremna.

Zamilkł, rozpłakał się. Nagle przestał, zrobił piruet i uklęknął na dwa kolana.

Czy już czas Ojcze, czy już,
Patrzę w niebo, w serce wbijam nóż,
Nie, krzyczę na raz, na dwa
Lecz śmierć przede mną stoi,
nie tak... gonitwa.

Gdzie honor mój się podział,
Znikł, choć zawsze przy mnie trwał,
Tak musi być, mówię sobie,
Ech, ty w drugim rzędzie, śmierć,
w najbliższej ci osobie.

Zawirował, obrócił się na pięcie i pobiegł korytarzem przed siebie. Zgubił naszywkę - w heksagram wpisane oko. Zimna i Seyun nieco oszołomieni ruszyli dalej, tym samym korytarzem, co klown. Ten znacznie różnił się od poprzedniego, był wąski, alf z trudnością miejscami się przeciskał.
Dalej, już prawie Kora - szeptał głos w głowie Zimnej.
Kora.
Następna komnata była tak wielka, że z trudem można było dostrzec przeciwległą ścianę, nie mówiąc już o bocznych. Zimna poczuła paniczny strach, chciała rzucić wszystko, wszystkich zostawić i pobiec gdziekolwiek, byle dalej. Wielki pomnik na środku przedstawiał smoka. Skrzydła miał obsiane zrogowaciałymi guzami, oczy zamknięte, łapy trzymał, jakby chciał kogoś podnieść, a łeb wyciągnął do przodu. Był całkowicie nieruchomy. Przynajmniej przez większość czasu.
Na tabliczce wymalowane było czymś czerwonym: ON.
Smok, pomyślała, to jak w Biblii. Przeszył ją dreszcz.
Po długim czasie, który spędzili w Sali ze Smokiem zatrzymali się chwilkę przed
wejściem do następnego korytarza.
- Dziwnie tu jest - wycedziła Zimna. - Co my tu robimy, po coś mnie tu zaprowadził, co?
- Tak musi być.
- Co: tak musi być? - fuknęła.
- Zobaczysz, nie jesteś pierwsza, to się powtarza, będzie następna i następna i jeszcze jedna zapewne. Wszystko jest już zapisane, tacy jak my nie mają wielkich wyborów, wybory są podejmowane za nas, my tylko jesteśmy, ale nie w pełni. A teraz cicho.
- My?
- Cicho - rozkazał Seyun i kiwnął ręką na znak, że już czas ruszać dalej.
Następny tunel był podobny do kopalni węgla. Wszędzie brud, rażący zapach i nieprzeniknione ciemności. Za to był wyjątkowo krótki. Na końcu korytarza, w czarnej ścianie były drzwi. Nie jedne, lecz dwanaście. Seyun wybrał te z wyskrobanymi pod klamką dwoma rowkami, które górnymi końcówki zbliżały do siebie. Zimna nie mogła sobie przypomnieć, co widzieli w poprzedniej sali. Nie mogła sobie przypomnieć, jak wygląda Kornwalia.
I wcale nie miał siedmiu głów.
I wcale nie miał dwóch rogów na każdej z nich.
Sala była niewielka, znajdowały się w niej dwa krzesła, kamienny tron, czerwony dywan, dwa zegary, waga oraz z dwie dziesiątki drzwi. W kamiennym siedzisku wiercił się niespokojnie młodzieniec odziany w niezliczoną ilość starych ubrań - z przełomu chyba wszystkich dziejów, a wszystko to schowane było pod brązową, skórzaną kurtką z kapturem. Ze znudzenia dyndał nogami, i rysował coś na żółtym pergaminie ołówkiem bez rysika.
Zimna i Seyun podeszli bliżej, alf uklęknął na jedno kolano i spuścił głowę. Młodzian podniósł głowę - nie miał oczu, miał błękitny ogień w oczodołach.
- I stało się - rzekł śliskim głosem. - Tak być musi, Kora zostanie tam, gdzie zostać powinna, już nie długo zbiorę wszystko, będę mógł mieć... Gaię. Dobrze się spisałeś, ale to nie wszystko, co od ciebie chciałem.
- W swoim czasie mój panie - odparł Seyun mnie podnosząc głowy. - Umowa była taka, że odejdę, a ty dasz mi dzień przewagi, później rozpocznie się gonitwa, czyż nie?
- Tak było mówione.
Abdon zeskoczył z tronu i zmienił swą postać, przez chwilę był czarnym kotem, aż
wreszcie piękną nagą kobietą o rudych włosach. Zimna popatrzyła w jego oczy i wszystko znikło. Każdy dzień z jej życia spalił się w błękitnym ogniu. Były tylko te oczy. Oczy diabła. I one odebrały Zimnej siebie.
Ruda pocałowała ją mocno, namiętnie i poprowadziła ją do jednych z drzwi, Zimna nie czuła nic. Ani strachu, ani ciekawości. Nic, bo to już nie była Zimna, to była Kora.
Przekroczyła próg, znikła w ciemności i już nikt nigdy o niej nie słyszał.
Tymczasem Seyun został sam. Rozglądnął się ciekawie po sali tronowej. Chęć kradzieży jakiejś błyskotki została stłumiona faktem - nie było tam nic, co można by ukraść.
Poczuł jak stalowy pierścień zaciska mu się na sercu. Mocno.
Cholera, pomyślał Seyun. Przywiązałem się do niej. Ech, myślę, że przynajmniej
wypuścił mojego brata. Do diabła z szatanem!
Na twarzy alfa oprócz zmęczenia malował się... żal. Popatrzył na drzwi za którymi
znikła Zimna wraz z rudym Szatanem. Były do niewielkie mosiężne drzwi, mocno już
przerdzewiałe z wyskrobaną łódką z dwoma pasażerami, która właśnie przepływała przez sporą rzekę. Seyun oglądnął się, podrapał po przedramieniu i usiadł na tronie.
Przecież to jest idiotyczne, szlag, mam za nią iść do piekła? Jeszcze czego...
pomyślał. Co ona dla mnie znaczy, bo dobry duszek podpowiada mi, że ja dla niej tyle co drzewo w lesie... w sumie i tak nieźle.
Ale sumienie się nie poddawało. Brat był wolny, Samoehl, już pewnie odszedł do Alfrem, natomiast Seyun miał tam kategoryczny zakaz wstępu, odkąd NIECHCĄCY złamał rękę królewskiemu strażnikowi i zabrał święty kielich z Sali Koronacyjnej (również niechcący - ,,musiałem go trącić łokciem i wpadł mi do koszyka, no i po prostu go nie zauważyłem'', ,,wynoś się, i nigdy mi się tu nie pokazuj - odparł sędzia'').
Teraz pętla nie tylko ściskała serce, ale i żołądek.
- A co mi tam - krzyknął, mając nadzieje, że doda sobie odwagi. - Mają tam chyba coś do jedzenia. Najwyższy czas pokonać swego smoka albo zginąć próbując.
Podszedł do drzwi, otworzył je lekko i przeszedł na drugą stronę. Tam, ku własnemu zdziwieniu pojawił się w zbroi z porannego światła (co bardzo rozzłościło demony), z mieczem wykutym z gęstej mgły i w płaszczu utkanym z jesiennych liści.
A później walczył.
Walczył o siebie i o nią. Jednak przegrał, jakiś demon przebił mu serce zardzewiałym mieczem.
Zginął walcząc o siebie. O Prawdziwego Siebie.
Później demony zrobiły pętle, przerzuciły ją przez konar uschniętego drzewa i powiesiły tam Seyuna, by stał się pośmiewiskiem. Lecz nikt się nie śmiał.
A Kora zapłakała, kiedy to zobaczyła.
I nikt więcej.


Jednak nie dane mu było umrzeć...jeszcze nie nadszedł czas. Jest, żyje, powrócił..
bogowie pozwolili mu prowadzić kolejne życie, dlaczego.... tego nie wie. Zauwazył także, że wygląda nieco inaczej, długie siwe włosy, długie uszy, wysokie, zgrabne ciało. Był elfem, choć sam nie znał tej nazwy, czekało go nowe życie, do którego musiał się przystosować. Już nie chciał maczać swych rąk krwią ofiar, teraz chciał pomagać...dlatego poszedł ścieżką kapłana, w tym nowym świecie do którego trafił.... Może któregoś dnia go spotkacie, pomóżcie mu wtedy odnależć się w tym świecie...on go nie zna..cały czas tęskni...

Imię: Seyun
Rasa: Elf
Klasa: Kapłan

Reszta niech pozostanie milczeniem....
Post #2 18 Mar 2006, 12:56
Olmer czytaleś mroczną wierze ?? Bo ten tekst w nagłówku to chyba z tamtąd ??
Ogólnie to fajny opis tylko dlugi 😀

Pozdrawiam

BERGHAS
Post #3 18 Mar 2006, 13:01
Oj czytało się wieże, seria absolutnie genialna, nawiązań jest więcej : ) A że długie...co ja poradzę, tak jakoś wyszło ;]
Post #4 18 Mar 2006, 14:01
Ja dopiero 2 tom Mrocznej czytam. Niestety nie mialem czasu sie za to zabrac wcześniej. A to , że dlługi to źle bo zawyżasz poziom 😛

Pozdrawiam

Berghas

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026