📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Przybyła znikąd - historia postaci
« Wróć do forum  •  7 post(ów) w temacie
Post #1 18 Mar 2006, 14:31







Jedni mówili, że nadeszła ze wschodu, inni, że z północy. Ani jedni, ani drudzy nie mieli racji. Przynajmniej nie do końca. Ona przyszła znikąd.
Zmierzchało, gdy wychodziła z lasku. Przeprawiła się przez chaszcze, porastające starą chatkę leśnika i podniosła głowę. Złoty diadem na jej czole lśnił w zachodzącym słońcu, przytwierdzony do pasa miecz o szerokiej klindze chybotał się na dwóch łańcuchach. Powoli ruszyła pod górę, często potykając się i podpierając rękami. Przeszła po spuszczonym moście zwodzonym, mineła dwóch zaspanych strażników i budkę strażniczą. Uliczką doszła do niewielkiego placu na środku miasta. Podeszła do fontanny, prawie zabijając przebiegającego dzieciaka kolcami na pancernej rękawicy. Zdjęła obie, położył na murku koło fontanny, nabrała wody w ręce i zmoczyła twarz. Pozwoliła, by woda zmyła z niej brud, krew i zmęczenie. Wytarła krople, które kapnęły na napierśnik, podniosła rękawice.
Rozglądała się. Dookoła stała gromadka dzieciaków, przypatrujących się dziwnemu przybyszowi. Bez słowa ruszyła przed siebie, a bachory rozbiegły się na wszystkie strony. Po chwili spaceru ujrzała zielony szyld. Mimo zmęczenia przyspieszyła kroku.
Mijała domki, pomalowane kiepską farbą, która pękała już od zeschnięcia, niektóre chaty wyglądały na niezamieszkane. Koło jednej z takich chat zobaczył kruki siedzące w zardzewiałej rynnie i zawzięcie dziobiące coś, co w niej się znajdowało.
Jeden z ptaków zatrzepotał skrzydłami, zaskrzeczał przeciągle, po czym szybko dziobnął głęboko w środek rynny. Gdy wyjął głowę, inny kruk ukłuł go w klatkę piersiową, a z dzioba pierwszego coś wyleciało i pacnęło na wysoką, zaniedbaną trawę. Kruki patrzyły przez chwilę na niedoszłe pożywienie, ale po chwili wróciły do dziobania.
Athana zrobiła trzy kroki w stronę domku i poszukała tego co upadło tam, gdzie, jej zdaniem, upaść powinno. Po chwili znalazła. Ale nie podniósła tego.
Bo to była gałka oczna.
Rzuciła jeszcze jedno spojrzenie krukom, woląc nie przekonywać się, co jedzą i ruszyła dalej. Palisada uniemożliwiała dalszy marsz, ale ona i tak była już u celu.
Pchnęła lekko uchylone drzwi. W twarz uderzyło ją światło, gwar i kamień, których rzucaniem kilku gości uprzyjemniało sobie pobyt w karczmie. Popatrzyła na tego, który rzucił. Mężczyzna próbował udawać, że nic się nie stało i zwykły człowiek może by się na to nabrał, ale nie ona.
Zaskakująco zwinnie, jak na opancerzonego człowieka, doskoczyła do wieśniaka i chwyciła za kark. Chłop próbował się wyrywać, ale uścisk był mocny. Niemożliwie mocny. Przybysz zbliżył swoją twarz do jego twarzy, na taką odległość, że wieśniak zobaczył dopiero ze to kobieta…...
- Nie... będziesz… już… nigdy… rzucać… kamieniami. – warkneła, po każdym słowie ściskając mocniej.
Wyrzuciła rękę w bok . Wieśniak trafił w ścianę i oklapł. Zapanowała cisza. Długa. Za długa. Przerwał ją brzęk monet o szynkwas.
- Piwa.
Szynkarz popatrzył zdumionym wzrokiem na monety, przerywając czyszczenie kufla. Na miedziakach widniał wizerunek króla Urgena I, legendarnego założyciela miasta Stradholme.
- To nietutejsze monety – wychrypiał – A nawet jeśli, to i tak nie starczy. Piwo kosztuje trzy miedziaki, tu leżą dwa. Nie masz normalnych monet?
- Nie.
- Nie ma pieniędzy, nie ma piwa.
Zakleła.
- Co to za miejsce? – spytała po chwili.
- Stormwind, gród niedaleko jeziora . Za to za dwa miedziaki mogę wynająć ci pokój na cały dzień. Może nie luksusowy, ale żeby odpocząć w sam raz.
- Pojąć nie mogę – przybysz potarł czoło – dlaczego piwo jest droższe od pokoju?
- Bo tu jest dobre piwo. Jedno z lepszych w Elwynn Forest.
- Stormwind... o cholera, ale daleko zaszłam. No dobra, daj pan ten pokój.
Odeszła od barmana, biorąc klucz. Po schodach weszła na piętro. Na ścianach wisiały obrazy, część z nich była zniszczona lub zgniła. Na prawej ścianie był rząd drzwi. Wyszła zza narożnika, zobaczyła stół i krzesła. Stały przy barierce. Wychyliła się za nią.
W dole widać było karczmę. Usiłowała przypomnieć sobie ten balkonik, ale nie zdołała. Czyżby z dołu nie był on widoczny? Już chciała to sprawdzić, kiedy drzwi tawerny otworzyły się. Do środka wszedł człowiek w zbroi łuskowej, w hełmie, spod którego wyglądała utwardzana skóra, okrywając kark. Chwilę porozmawiał z barmanem, po czym ruszył po schodach.
- Athana, nie uciekaj!
Na ten głos zatrzymała się w pół drogi do drzwi. Mężczyzna wyszedł zza narożnika, powiewając płaszczem zarzuconym na plecy.
- Nie poznajesz mnie? – spytał. Athana pokręciła przecząco głową. – To ja, Farbott Bildefragen.
Farbott? To niemożliwe, pomyślała, przecież on zginął. A... jeśli nie?
Przypomnij sobie, mówił głos w jego głowie, przypomnij!
Nie! Nie chce przywoływać tych wspomnień! Odejdź!
Ja nie odejdę. Nie możesz wyrzucić wspomnień. Forteca Abdam, twój jedyny dom! Pamiętasz?
Nieeee! Nie chcę! Odejdź!
Ciemność.

i

Mężczyzna i kobieta idą przez las, potykają się. Kobieta niesie dziecko. Nagle mężczyzna upada, potykając się o niski krzak. Kobieta kładzie z boku dziecko, próbuje pomóc mężowi. Ten jednak już nie żyje.
Wstaje, bierze dziecko na ręce i biegnie, biegnie, aż w końcu wybiega na polanę. Dostrzega zjawy wychodzące z zarośli. Ogląda się. Twierdza, budynek z kamienia, cywilizacja! Zrywa się do biegu. Ostatniego. Upada na twarz tuż przed bramą, wypuszczając płaczące dziecko. Słyszy jeszcze głos wypowiadający zaklęcia, po chwili więcej głosów. A potem nie słyszy już nic.

i

- Szybciej, szybciej Athana! Nie ociągaj się!
Dziewczyna przeskakuje po kołyszących się belkach, wysmarowanych tłuszczem. Potyka się, druga belka uderza ja w twarz, Złoty diadem upada w błoto. Ktoś podnosi ja, inna osoba wyciąga diadem z błota.
- No patrz, prawie przeszłaś. Tak czy owak, dziś doszłaś najdalej. Gratulacje – mówi wąsaty mężczyzna, uśmiechając się szeroko. U boku zwisa mu szabla. Dziewczyna uśmiecha się lekko, ktoś zakłada jej diadem z powrotem.
- Nieźle nam dzisiaj dałaś wycisk – Tuddan Stromfrade, barczysty młodzieniec podchodzi do niej, klepie ja po ramieniu. – Szkoda tylko twojego nosa.
- Nic mi przecież nie jest – odpowiada i dalej idzie o własnych siłach.
Do Tuddana podchodzi drugi uczeń, Balfas Ianberg. Na sobie ma szyty złotymi nićmi płaszcz, na palcu wskazującym pierścień. Jego pewne, nieco aroganckie spojrzenie podąża za Athaną , odchodzącą w kierunku kwater.
- Ona chyba nie jest człowiekiem.
- Ona jest po prostu twarda.

i

Była ich piątka . Athana, niewysoka,smukła z czarnymi jak kruk wlosami i złotym diademem na czole. Rodziców nie znała, trafiła do Abdam jako niemowlę.
Tuddan Stromfrade, najstarszy i najsilniejszy z nich. Miał czarne jak smoła zakręcone wąsy, takież krzaczaste brwi i złotego zęba. Taki ząb musiał dużo kosztować, jednak Tuddan nie był z bogatej rodziny. Ubierał się tylko w czerń.
Balfas Ianberg, bogaty blondyn, wysłany do twierdzy przez bogatych pobożnych rodziców. Nosił tylko najlepsze rzeczy, ale czasem inni nim pogardzali, uważając go za rozpieszczonego bobasa. Był najmłodszy.
Iveri Dukta. Ta długowłosa półelfka o nietypowym nazwisku, tak jak Athana nie znała rodziców. Została porwana z domu przez elfy i przez nie wychowywana. Tak naprawdę nie jest półelfka, ale wszyscy myślą, że jednak jest.
Rudy, barczysty i nieco otyły paladyn, ćwiczący najdłużej z nich wszystkich. Dłużej nawet od Athanay . Farbott Bildefragen był gadatliwy, chętny do pomocy. Dużo łączy go z Achaną , kiedyś przebąkiwał coś, że jest jej bratem . Zawsze byli najlepszymi przyjaciółmi. Pewnego dnia na ćwiczeniach Farbott stracił oko. Nigdy nie wyglądał na paladyna, więc przeciwnicy lekceważyli go. Na własne nieszczęście.
Mieli trzech nauczycieli. Pintarr var Ytagen uczył ich walki. Lekka łysina i bokobrody pocięte w paski pozwalały rozpoznać go z daleka. Nieprawdopodobnie szybki, potrafił sparować każde uderzenie. Tylko Athanie udało się go pokonać w walce na miecze.
Jego ojciec, Ghaband var Ytagen był paladynem nastawionym bardziej na magię, aniżeli na fechtunek. Uważał swoją starą, zniszczoną zbroję ze skóry wilkołaka za szczęśliwą i magiczną. Jako jedyny używał dębowego, okutego żelazem kija.
I wreszcie Evlaen Canhalesio, elf. Nie był paladynem, jednak został przyjęty do zakonu z powodu gibkości i zręczności. Nikomu nie pokazywał swej elfickiej szabli, ćwiczył z młodymi paladynami uniki i zwinność.
Wszyscy zebrali się na placu pośrodku fortu, stanęli w okręgu, a Ghaband var Ytagen wolnym krokiem wyszedł na środek.
- Słuchajcie uważnie! – wykrzyknął, rozglądając się – Według szpiegów wyznaczono wysoką nagrodę za nasze głowy. Jak nietrudno się domyślić, ruszyła z miejsca cała zgraja najemników, w tym Ogryzki z Markavu, skąd do nas im niedaleko. Myślę, że jeszcze dzisiaj przybędą pod nasze mury. Cóż, – westchnął, żując źdźbło trawy – trzeba się szykować. Do roboty! – zakomenderował i podreptał do swojego pokoju, głośno stukając przy tym kosturem.
Zapanowała krzątanina, jakiej Athana nie potrafiła zrozumieć. W Tuddanie obudziła się nagle chęć współdziałania i wraz z Iverin dźwigali skrzynie wypełnione wszelaką bronią, Balfas skakał z podniecenia, bełkocząc przy tym coś o wielkiej, epickiej wojnie, o bohaterach i magicznych mieczach.
Co ty wiesz o magicznych mieczach, pomyślała Athana, zdejmując ze stelaża kilka toporów i kuszę. Jedyny magiczny miecz, jaki w swym krótkim życiu widziałeś, był mój . I to i tak tylko w pochwie, bom ci go nie pozwoliła dotykać.
Wszedł po schodach wiodących na blanki. Farbott, jak zwykle milczący, ustawiał niewielkie, wysokie beczki na broń. Athana zaczeła wsadzać do nich topory, kuszę oparła o wieżę, po czym weszła do niej. Krętymi schodami zeszła w dół, mineła Balfasa, z uśmiechem na ustach taszczącego związanie włócznie. Porwała ze stołu bułkę, szybko zjadła.
- E, ta była moja!
Obrócił się. Tuddan stał pod ścianą, dotąd przysłonięty płachtą, narzuconą na kolejną skrzynię. W rękach trzymał miecze. Po trzy w jednej ręce i trzy w pochwie na plecach. Ponadto przez plecy przewiesił łuk i kołczan.
- Dobrze to ująłeś. Była. – odparła, kierując się ku drzwiom do jej pokoju.
- Kpisz? – warknął wąsaty paladyn.
- Gdzieżbym śmiała – Athana lekko parskneła – Ale jak chcesz, to masz. – I zwymiotowała na posadzkę prosto pod nogi zaskoczonego Tuddana. – Smacznego.
Trzasneła drzwiami. Zapomniała, że miała pokój obok nie lubianego Tuddana. Zamknęła się w pokoju. Położyła klucze na szafce, zdjeła diadem i powiesiła go na wygiętym gwoździu. Otworzyła szafę i wyjeła z niej zbroję. Była zadziwiająco lekka, złożona z dwóch części. Włożyła dolną część, potem górną. Musiała się chwilę namęczyć, ale w końcu udało jej się zapiąć płyty. Taką konstrukcję zbroi umożliwiał materiał, z jakiego ją wykonano.
Mithril.
Zbroje z mithrilu były lekkie, ale wytrzymalsze od ciężkiej stali, w jakiej lubował się choćby Tuddan, przez godzinę pieczołowicie dopasowując kolejne części. Zbroja Athany była zrobiona z profilowanych płyt, połączonych kolczugą i rzemieniami. Zakładało się je jak koszulę i spodnie.
Zapieła szeroki pas z czerwonymi skórzanymi łuskami i złotymi ćwiekami. Podeszła do ściany, na której wisiała jej duma. Jej miecz. Każdy zazdrościł jej tego oręża, ale nikt się do tej zazdrości otwarcie nie przyznawał. Wyjeła go z pochwy, powoli, z namaszczeniem. Sprawdziła kciukiem ostrość klingi, po czym wsuneła go z powrotem do miękkiej, skórzanej pochwy i zawiesiła u pasa. Założyła diadem na czoło i opuściła pokój. Wbiegła prędko po schodach, biorąc spod ściany włócznię.
Wszyscy byli już na murze. Balfas sprawdzał łuk, Tuddan poprawiał zbroję i ułożenie ciężkiego, dwuręcznego miecza, Iveri wywijała spokojnie mieczem, a Farbott siedział pod murem i wpatrywał się w ziemię. Nauczyciele chodzili powoli w tę i nazad, pogwizdując. Oparł się o blanki, popatrzył w las.
Nagle ptaki zerwały się do lotu, zaszumiały drzewa, zaskoczone tym nagłym zrywem. Dało się słyszeć odległe pohukiwania i okrzyki. Następne ptaki, już bliżej, wzbiły się w powietrze. Paladyni zerwali się na równe nogi, wzięli łuki i szybko nałożyli strzały na cięciwy. Iveri nałożyła trzy. Dociągnęli cięciwy do bród. Czekali.
Krótko.
Wataha wojowników wpadła na polankę, wrzeszcząc i rycząc, szczękając bronią i tupiąc. Obrońcy zwolnili cięciwy. Wszystkie trzy strzały Iveri trafiły, trzech najemników zwaliło się z rykiem. Tuddan chybił. Odrzucił łuk i porwał z beczki dwie włócznie. Kolejne strzały świsnęły. Cisnął włóczniami.
Napastnicy byli już bardzo blisko, najbardziej wysforowani dobiegli do murów i stawiali drabiny. Kilka lin z hakami zaczepiło się o blanki. Athana zestrzeliła jednego gigantycznego barbarzyńcę, który już wchodził na drabinę strzałem w głowę.
Paladyni cisnęli łuki i dobyli mieczy. Athana oddała ostatni strzał i także wyjeła miecz z pochwy. Między blankami pojawiła się głowa. Tylko na chwilę. Potem leciała już w dół, odcięta. Zaczęła się dzika rąbanina. Balfas zrobił krótki unik i jakiś niziołek wturlał się na mury. Miecz przebił mu brzuch, krew trysnęła w dół, na dziedziniec.
Athana rzuciła proste zaklęcie, zrzucając drabinę i kilku wojowników, którzy akurat na niej przebywali. Ghaband miotał zaklęcia jak mistrz magii, jednocześnie okładając przeciwników kijem. Pyntarr i Farbott walczyli ramię w ramię, siekając kolejnych, niestrudzonych żołdaków. Bełt świsnął Iveri koło ucha, dobytym niewiadomo kiedy toporem odbiła kolejny i cisneła nim w stronę kusznika. Ten nie zdążył uciec, ciężkie żeleźce rozpłatało mu głowę.
Evlaen odciął brodatemu najemnikowi rękę krótkim, błyskawicznym cięciem i poprawił, wbijając szablę w twarz wroga. Sztych wyszedł przez potylicę.
- Następny! – wykrzyknął i splunął gęstą śliną.
Tuddan tymczasem oburącz płatał głowy nadchodzących najemników. Athana kopniakiem odesłała próbującego go dźgnąć sztyletem niziołka do krainy wiecznych łowów. Kątem oka ujrzała, jak dwóch najemników wtacza się na mury. Jeden w żółtym kaftanie z halabardą, drugi w zniszczonej zbroi łuskowej, prawdopodobnie Zordalańczyk. Szabla, która w chwilę później wbiła się w szczelinę zbroi Tuddana również na to wskazywała.
- Tuddan! – krzykneła Athana. Niepotrzebnie. Wąsaty paladyn szerokim cięciem odciął obu najemnikom głowy. Na marmur spływała krew z rozciętego brzucha.
- To nic... – wydyszał Tuddan. Krzywił się z bólu.
Athana podszedł do niego, położyła mu ręce na ramionach i wypowiedziała zaklęcie. Rana przestała krwawić, a zapewne także mniej bolała, bo Tuddan trochę się rozluźnił. Podniósł miecz z ziemi, rozejrzał się. Dookoła wrzała walka, ale nie było nigdzie widać Balfasa ani Iveri.
Popatrzyli na siebie wymownie. Nagle noga Athan eksplodowała bólem. Paladynka Wrzasnęła , lecz nim ujrzała sprawcę bólu, krew trysnęła jej na twarz.
Ale to nie była jej krew.
Tuddan zwijał się pod blankami, wymiotował krwią. Spod zbroi buchała krew, barwiąc kamienie szkarłatem, dwa bełty sterczały mu z pleców, zgruchotany naramiennik wisiał na jednym rzemieniu, odsłaniając rozerwany materiał i skórę rozciętą do kości. Athana zerwała się, ignorując ból w rozciętej nodze, ale było za późno. Jedynymi ruchami Tuddana były drgawki pośmiertne.
Athana spojrzała w górę, za siebie. Stało nad nią kilku żołdaków, dwóch z kuszami, jeden z toporem, paru z mieczami. Gęby mieli wykrzywione w paskudnym uśmiechu. Osunęła się pod blanki, usiadła koło martwego Tuddana.
Gdzieś z boku giną moi koledzy, pomyślał Athana. A ja nic na to poradzić nie mogę. I na co zdały się te lata treningów? Zginę, zakłuta na śmierć przez kilku wieśniaków.
- Zamierzacie mnie zastrzelić jak psa? – wychrypiała.
- My nie strzelamy do psów – warknął jeden.
- Rzeczywiście, to był zły przykład – westchnęła i straciła przytomność.

i

Leżała na łóżku. Nie pamiętała, kiedy ja tam przyniesiono. Na dworze było już widno, słońce stało w zenicie, oświetlając stół swym blaskiem. Jęknęła, otworzyła oczy. Ujrzała twarz Farbotta, zatroskaną, współczującą. Takiego go pamiętała. Spróbowała podnieść się na łokciach, ale ból jej nie pozwolił.
- Leż, nie jesteś jeszcze gotowa do drogi. – powiedział spokojnie rudzielec.
- Dlaczego wszystko mnie boli?
- Nie wiem. Ale to nie rana. Rzucałem czar leczenia, ale nie dało ci to ulgi. Zemdlałaś z grymasem bólu na twarzy, a po policzku ciekła ci łza.
- Wspomnienia potrafią boleć – mruknęła Athana , ale jej towarzysz najwyraźniej tego nie usłyszał, bo przekręcił się na stołku i wziął coś ze stołu.
- Masz – powiedział, kręcąc się na krześle. Podał jej zielony kubek z porcelany, z którego parowało. – Masz, pij – powtórzył Farbott. – Dobrze ci to zrobi.
- Co to?
- Herbata – uśmiechnął się rudy paladyn. – Zwykła herbata. Lecz jakże skuteczna, gdy trzeba sobie ulżyć w żalu.
- Dlaczego w żalu? – zdziwiła się Athana, unosząc brew.
- Myślisz, że nie wiem, dlaczego jesteś tak przygnębiona? Bitwa w Abdam była piekłem, to fakt, ale musisz się pozbierać. Jeśli podczas walki zawahasz się przed uderzeniem, to rozpłatają ci łeb, nim zdążysz powiedzieć „Ups”. Trza być silnym, a nie miękkim, jak mawiał mój nieboszczyk ojciec.
Chwilę pili gorącą herbatę w milczeniu. Ciszę przerwała Athana.
- Muszę jechać.
- Dokąd niby? – uniósł brwi Farbott.
- Do Valtilu. Dowiedzieć się, co się dzieje z Pyntarrem, Iveri, Balfasem i resztą.
- Oni nie żyją. Zapamiętaj to. Już ich nie spotkasz. No, chyba że w zaświatach. Ale chyba nie masz zamiaru tam iść?
- Jeśli będzie trzeba, to i wśród zmarłych szukać będę.
- Wybij to sobie z głowy. Bo zaczynasz śmierdzieć patetycznością. W tym świecie jest jeden cel: przeżyć – powiedział, celując w nią palcem. - A nie szukać zmarłych dawno temu przyjaciół. To jest bez sensu. – powiedział rudzielec, wyraźnie oddzielając poszczególne słowa w ostatnim zdaniu. – Prędzej zginiesz, niż odnajdziesz kogokolwiek, kto zechce ci pomóc. Dookoła trwa wojna...
- Ja muszę... – zaczęła Athana , ale urwała, bo złapał ją nagły atak suchego kaszlu.
- ...Nawet Zordal się zbuntował. Pewnie te Tarkaforskie psy ich przekupiły, wszak u nich kryzys gospodarczy – kontynuował, niezrażony tym, że jego obolały kompan zaczął machać mu ręką przed oczami, dając znak, że chce coś powiedzieć. – Swoją drogą, ciekawe, kiedy podda się Rokard. Gdyby orkom udało się wziąć ich w niewolę... Przeca tam jest tyle chłopa, że tylko patrzeć, jak nas zaleją od północy. Chociaż nie, orki nigdy nie zdołają przejść przez dolinę Hekkab.
Później Athana przekonała się, że przejść cało przez dolinę Hekkab jest bardzo trudne. Wąska dolinka, przez środek której przepływała rzeka Akara, miała niecałe sto metrów szerokości i była prawdopodobnie najszerszym możliwym przejściem przez Góry , nie licząc oczywiście lasów Gherkfang, lecz one nie leżą już w górach. Wiatry wiejące w dolinie tworzą tak silne wiry powietrzne, że niejednokrotnie podróżnicy kończyli w lodowatej rzece, o ile nie była zamarznięta. A zamarzała często, przez co niepodobna było handlować za pomocą rzeki.
Athana przestała już zwracać uwagę na paplaninę Farbotta, zajęła się dopijaniem herbaty. Gdy na dnie zostały już same fusy, postawiła kubek na stole. Wyjrzała za okno.
Na podwórzu dzieci walczyły kijami, grały w berka, rzucały kamieniami. Kto rzuci dalej. Przywołał do pamięci obraz, gdy sama z przyjaciółmi z twierdzy, pozostałymi przyszłymi paladynami bawiła się beztrosko, nie martwiąc się, co przyniesie jutro. Z zamyślenia wyrwał ja głos Farbotta.
- Athana? – odwróciła się. – A po co ty chcesz jechać do Valtilu? Bo choć odnajdywanie zaginionych przyjaciół jest w twoim stylu, to jakoś nie chcę mi się w to wierzyć. Nie chce mi się wierzyć, że jesteś aż tak głupia, by szukać zmarłych.
- No dobrze, wygrałeś. Jadę, by spełnić śluby...
- Śluby? Jakie śluby?
- ...a raczej zdjąć klątwę – dokończyła. Rudzielec omal nie spadł ze stołka, na którym siedział okrakiem.
- Klą...kląt...twę? – wyjąkał. – Ciąży na tobie klątwa?
- Chyba tak.
- Chyba! - parsknął Bildefragen. – Chyba! Aleś wymyśliła. Paladyn, a nie umie rozpoznać, czy jest pod klątwą, czy nie. Ironia...
Athana dopadł do niego jednym susem, chwyciła za lnianą koszulę.
- To gest, o ile wiesz co to jest – wysyczała. – Złożyłam Pyntarrowi przysięgę, że po straszliwej bitwie go odnajdę. Mówił mi, że jego ojciec, czcigodny Ghaband var Ytagen, wieszczył. Przepowiedział rozłam naszego zakonu, wojnę, którą ten rozłam zapoczątkował, śmierć wszystkich paladynów. Poza Pyntarrem i mną. Wszystko się spełniło. Wiem, że ty też jeszcze żyjesz, ale niedługo to potrwa. Dlatego mam go odnaleźć. Nie wiem kiedy, gdyż nie dane mi jest poznać daty bitwy, o której mowa. Nie wiem gdzie, bo ostatni raz widziałem go na murze Adbamu, strzelającego z łuku. Nie wiem gdzie jest, ale przysięgi muszę dotrzymać
- Słyszałeś o tym, że na Valtilu mieszkają bogowie? – podjął po chwili. – I o tym, że można zażądać odpowiedzi na jedno pytanie? – Farbott kiwnął głową. – Ale tylko na jedno. Jadę do Valtilu. Albo spotkam Pyntarra po drodze, albo dowiem się od bogów gdzie jest.
Milczeli przez dłuższą chwilę. Głosy dzieciaków, bawiących się na podwórku zmieniły się, ścichły. Oboje wyjrzeli przez okno. Kilkanaścioro dzieci rozpierzchło się we wszystkie strony, trzy pobiegły do bramy miasta. Po chwili dzieci wróciły ze strażnikiem. Wymachiwały kijami i wskazywały ręką w jakimś kierunku. Strażnik i paladyni dopiero teraz się spostrzegli co się dzieje.
W kierunku miasta cwałowali jeźdźcy odziani w czarne zbroje płytowe i w czarnych hełmach na głowach. Na napierśnikach mieli wygrawerowane niebieskie gwiazdy. Granatowe płaszcze łopotały.
- Uuthli Slyannen – wyszeptała Athana. – Niebieskie Gwiazdy.
- Uciekajmy! Nie zdołamy stawić im czoła! - krzyczał Farbott.
W pośpiechu wrzucili bagaże do toreb, włożyli zbroje, przypięli miecze do pasów. Farbott założył hełm i wybiegli z pokoju. Ludzie w karczmie barykadowali się, przygotowywali do obrony. Paladyni widzieli w ich oczach strach, obawę o własne życie. Zbiegli po schodach, minęli barmana, który w pocie czoła znosił ławki, blaty, stołki, krzesła, kije i wszystko co się nadawało, by zabarykadować drzwi. Otworzyli jeszcze nie zablokowane drzwi, wybiegli na ulicę.
Kobiety i dzieci uciekały do domostw, mężczyźni zbierali się w zbrojne grupy. Athana wiedziała, że w starciu z Niebieskimi nie mają żadnych szans.
Uuthli Slyannen byli ciężkozbrojną jazdą mrocznych elfów, zamieszkujących północne lasy i góry Karduvarinu. Mroczne elfy nienawidziły innych ras za pogardę, jaką czują wobec nich. Tak naprawdę ludzie się ich bali, małe dzieci straszono powiedzonkiem w języku elfickim : Natha Ilythiiri orn plynn dos tarthe – drow cię zabierze. Mroczne elfy uciekły jak najdalej od swych dawnych braci, wysokich elfów, Eldalie. Drowy są wygnańcami, niechcianymi we własnej ojczyźnie, nierzadko głodują i są prześladowane. Ich serce wypełnia mrok.
Niebieskie Gwiazdy to elita, pomyślała Athana , nie to co ci wieśniacy. Niebiescy umieją się bić, umieją stać się niewidoczni w mroku, a mordowanie do dla nich rzecz tak normalna, jak dla nas, ludzi, jedzenie i picie. Oni częściej mordują niż jedzą. I dlatego zabijają. Błędne koło.
Od strony bramy dały się słyszeć odgłosy walki, po chwili nieludzkie krzyki zarzynanych strażników. Jeźdźcy wjechali kłusem przez bramę, lawirując pomiędzy zmasakrowanymi ciałami. Było ich trzydziestu dwóch. Na czele jechał drow ze złotymi gwiazdami na napierśniku, w hełmie ze złotymi zdobieniami. Wąski miecz trzymał w opuszczonej ręce. Niebiescy stanęli półkolem za swoim dowódcą.
- Albo mnie wzrok myli – zahuczał z wnętrza hełmu elf – albo widzę tu paladyna.
- Dwóch – mruknął Farbott, zaciskając dłoń na głowicy miecza, aż mu knykcie zbielały.
- Nie męcz się – powiedział dowódca – bo nic ci to nie da. I tak zginiesz, bo śmierć jest ci pisana, Farbocie Bildefragen – paladyn lekko uniósł brwi. – Zginiesz dzisiaj, bo jest to zapisane w gwiazdach. Tylko jedna osoba ujdzie stąd z życiem. Być może – w głosie elfa dało się słyszeć rozbawienie.
- Jeśli chcecie mnie zamordować – rudzielec powoli wyjął miecz z pochwy – to proszę bardzo. Ale najpierw ja położę trupem kilku z was! – krzyknął i rzucił się na karego ogiera dowódcy. Koń stanął na tylnych nogach, machnął kopytami w powietrzu, prezentując się w całej swojej okazałości.
Farbott odskoczył w tył, popatrzył na efly. Potem na Athan.
- Uciekaj! – ryknął. – Uciekaj, Athana!
- Nie zostawię cię samego! – odkrzyknęła i wyszarpała z pochwy swój półtoraręczny, pięciostopowy miecz o szerokiej klindze.
Razem skoczyli pomiędzy mroczne elfy, rąbiąc, tnąc i dźgając sztychem. Na ten widok wieśniacy także zaatakowali. Athana kątem oka zobaczył, jak dowódca uderza mieczem chłopa z widłami, potem przebija następnego. Nagle czarny ogier zarżał, zachrapał i zatańczył. W boku konia, tuż przy nodze dowódcy, aż po lotki wbity był bełt.
Drow który strzelił zaklął plugawie po elficku, cisnął kuszą o ziemię i wyjął zza pasa nieduży topór. Krzykiem popędził konia do cwału, wyjechał z kotłowaniny, zatrzymał się, po czym zaszarżował wprost na Farbotta. Athana zastąpiła elfowi drogę, wystawiła rękę w jego kierunku, po czym wysłała impuls.
Elf, uderzony magiczną energią, wyleciał z siodła, wyrywając strzemiona i wyrżnął w ziemię. Athana uskoczyła przed biegnącym koniem, dobiegła do drowa i uderzyła zza głowy, mocno na tyle, by blacha ustąpiła, a ostrze miecza przecięło ciało na pół. Odwróciła się, zobaczyła, że tylko kilku wieśniaków nadal walczyło, reszta zginęła lub uciekła. Wśród elfów też były straty, około sześciu padło, wielu, w tym dowódca, straciło konie.
- Chath d' Oloth! – krzyknął jeden z drowów. Ten miał jeszcze wierzchowca, a drugiego trzymał za lejce. - Doer ghil! Usstan inbal natha zaphodiop!
Dowódca przedarł się do elfa, chwycił lejce i wskoczył na siodło, jednym zwinnym skokiem. Poszukał wzrokiem Farbotta, znalazł. Paladyn walczył właśnie z dwoma Niebieskimi bez koni. Parował ciosy i sam uderzał, ale nie mógł żadnego zranić. Jego ruchy stawały się coraz wolniejsze. Chath d’ Oloth pokłusował do rudzielca i przejeżdżając ciął z góry na dół, rozwalając mu hełm i głowę. Farbott nawet nie jęknął, miecz wypadł mu z dłoni, zachwiał się i runął na ziemię, brocząc krwią.
Athana ryknęła , pobiegła, trzymając miecz w opuszczonej dłoni. Dwóch Niebieskich zastąpiło jej drogę, zawirowała w piruecie i cięła szeroko, na odlew. Sztychem trafiła elfa w tętnicę, Drugi padł po następnych dwóch sekundach z rozrąbaną głową. Paladyn odwrócił się. Przednia stało dwudziestu elfów w czarnych zbrojach, granatowych płaszczach. Z gwiazdami na napierśnikach. Chath podjechał stępa do Athan, objechał ja, zatrzymał się i zarechotał.
- Nędzni rivven. Nasze dzieci walczą lepiej niż wy. Nie potraficie się bronić, nie umiecie walczyć. Taka jest większość. Ale nie wszyscy. Ty i twój przyjaciel pokazaliście, że wiecie, jak się bić. Pokazałaś to na moich podwładnych. Teraz pokaż na mnie.
Drow powoli zszedł z konia, przekazał lejce drugiemu elfowi. Wytarł miecz z krwi i stanął naprzeciwko Athan. Słońce odbijało się od jego pozłacanych wizurów i od diademu paladyna.
Niebieski nagle rozmył się w błyskawicznych zwodach i piruetach, i uderzył Athan głowicą miecza. Upadła na ziemię, próbując zetrzeć krew, spływającą z rozwalonego łuku brwiowego. Elf stanął nad nia , przyłożył sztych do gardła, ale nie pchnął.
- Cóż – powiedział, przeciągając głoski. – Przeceniłem cię. Przeceniłem was wszystkich, rivven. Jesteście słabi. Nie wiem jakim cudem jeszcze żyjecie na tym świecie. Waszym jedynym zajęciem jest walka między sobą nawzajem.
- Kto to mówi. Morderca, wyzyskiwacz. I pewnie gwałciciel – Athan zamilkła, bo Chath d’ Oloth kopnął ja w głowę.
- Rozłupię cię na pół! – wrzasnął, zamierzając się mieczem.
Palladynka zerwała się na równe nogi, piruetem uniknęła ciosu i wykonała znak thrityh. Drow odleciał do tyłu, uderzony magiczną energią. Odturlał się, wstał. Athana zaatakowała pierwsza, zza głowy. Elf sparował cios, cięła na skos w górę, niemożliwie wyginając nadgarstek. Nie trafiła. Poczuła silne uderzenie w ramię, gruby naramiennik rozleciał się na kawałki, ale brzeszczot nie przeciął skóry. Chath zwinął się, uderzył do tyłu, z głębokiego zamachu.
Paladyn zablokował cios, wykonał półobrót i pchnął sztychem, mierząc między wizury hełmu. Drow zawył, upuścił miecz, odruchowo chwycił się za hełm, ale nie mógł go zdjąć. Spomiędzy palców buchała krew, zraszając suchą glebę i zostawiając plamy na napierśniku. Uklęknął, a odgłosy, które wydawał, pozwalały sądzić, że łkał.
Athana usłyszała wściekły ryk pozostałych Niebieskich Gwiazd. Biegli nania , wymachując bronią. Jeden kłusował na koniu. Gdy się zbliżył, paladyn potężnym ciosem zwalił go z siodła, chwyciła lejce. Wskoczyła na siodło, specjalnie nie zatrzymując gniadego wałacha. Włożyła miecz do pochwy, odjechała i zawróciła.
Jechała wprost na grupę drowów. Chciała ich rozpędzić, stali bowiem przed bramą. Namacała miecz, przypięty do kulbaki, wyszarpnęła go z pochwy i zakręciła nim nad głową. Elfy stały. Już tylko kilkanaście metrów, pomyślała, i będę wolna.
Myliła się. Elfy stały. Mierząc do niej z kusz.
- Oj... – mruknęła . Niebiescy zwolnili cięciwy.
Bełty świsnęły, kilka przeleciało koło Athan. Reszta trafiła. Jeden odbił się od taszki, dwa od napierśnika, kolejny uderzył w naramiennik. Wszystkie odleciały na boki, niczym patyczki rzucone pod huragan, nie czyniąc zbroi żadnej krzywdy. Nawet nie zarysowały blach.
Elfy już nie stały.
Rozbiegły się na wszystkie strony, rzucając kusze na ziemię ze strachem w oczach. Przejechał po moście zwodzonym, przedtem rzucając elfim mieczem w drowa, który próbował pospiesznie zamknąć bramę.
- Kocham mithril – westchnęła.

i

Po pół godzinie galopu dotarła Do skraju rozległego lasu. Słońce mocno świeciło. Athan było bardzo gorąco, mimo tego, że jej zbroja była z mithrilu, więc ważyła niewiele więcej niż skórzana kurtka.
Zeskoczyła z konia i zaczęła zdejmować zbroję. Konstrukcja zbroi umożliwiała jej szybkie wkładanie i zdejmowane . Po paru chwilach i kilku przekleństwach stała w samej czarnej kamizelce, niebieskiej koszuli i czarnych spodniach. Rzuciła zbroję na trawę i rozmasowała kark, zadek i nogi. Spojrzała na gniadosza, który odpoczywał, pałaszując rośliny.
Rośliny, pomyślała Athana i rozejrzała się. Na skraju lasu rosły wszystkie kwiaty, które paladyn znał i jeszcze więcej tych, których nie znał. Róże, tulipany, żółte mlecze, bratki, paprocie, malwy. Jej uwagę przykuł kwiat o ogromnych, rozłożystych liściach koloru czerwono – różowego. Cztery były, jak zadawało się Athanan, skierowane we wszystkie strony świata, a kolejne cztery mniejsze, rosnące pod tamtymi wskazywały kierunki pośrednie.
Zbliżyła się do rośliny, by sprawdzić, czy jej przypuszczenia są trafne. Poczuła silny, słodki zapach i zrozumiała. Za późno.
To był Wabik.
Rośliny te sadzone były przez driady, by wabić nieostrożnych podróżnych. Poczuła mdłości, zakręciło jej się w głowie i opadła na kolana. Jęknęła z powodu własnej głupoty. Przecież uczono ich tego, a mimo wszystko nie zapamiętała. Osunęła się na bok, po czym zemdlała.

i

- Co z nią zrobimy?
- No cóż... chyba trzeba będzie zabrać jej wszystko i zakopać gdzieś w lesie.
- Zwariowałeś? Nie widziałeś jej diademu?
- Diadem jak diadem.
- A legendy?
- Czniam na legendy. Nigdy się nie sprawdzają.
- Nie prawda. Czasem są prawdziwe. W legendzie mówiono o rozpadzie Strażników Lasu i wszystko wskazuje na to, że ta przepowiednia się sprawdzi.
Minęło trochę czasu, zanim Athana zorientowała się, że jest już przytomna. W głowie nadal jej się kręciło. Zamrugała kilka razy, chcąc odpędzić czerwone plamki migające przed oczami.
- Chyba się ocknęła – powiedział ktoś o tubalnym głosie.
Po chwili zobaczyła nad sobą kilka głów. Dwóch mężczyzn wzięło ja pod ramię i dźwignęło na nogi. Zmrużyła oczy i ujrzała ten sam krajobraz, który widziała przed utratą świadomości. Odkryła, że jej rzeczy znikły. Rozglądała się. Po jej lewej stronie stał olbrzymi, brodaty mężczyzna. Był łysy i założył na siebie brązowy skórzany kaftan. W prawej ręce trzymał w pochwie jej miecz. Widząc, że na niego patrzy, brodacz szybkim ruchem wcisnął jej miecz z powrotem do ręki, uśmiechając się przy tym szeroko.
- Skoro już oprzytomniałaś, czas wyjaśnić sobie kilka rzeczy – powiedział, obchodząc go dookoła niewysoki mężczyzna o szczurzej twarzy, prawdopodobnie herszt bandy. – Kim jesteś, co tu robisz i czy jesteś z nami czy przeciw nam. Oto podstawowe pytania.
- Wody... – wyjęczała Athana. Wydawało jej się, że zaraz umrze z pragnienia, ale gdy przytknęła drewnianą manierkę do ust i pociągnęła kilka łyków, odkryła, że wcale nie chce jej się pić. Czuła się jednak dużo lepiej i postanowiła szybko odpowiedzieć na postawione pytania, by mieć to za sobą. – Athana, paladyn, nie wiem, to zależy.
- W tej kolejności?
- Tak.
- Zależy od czego?
- Od tego kim jesteście.
Do herszta podszedł pomarszczony i posiwiały człowieczek, jeszcze niższy od niego. Na głowę naciągniętą miał głowę wilka, w ręku trzymał sękatą laskę. Stając na palcach szepnął coś na ucho do wodza. Ten pokiwał głową i zamruczał.
- Więc jesteśmy... – zaczął.
- Nic nie mów. Jesteście bandytami, czy tak? – zgadł paladyn. Całej bandzie wydawało się, że jego rysy stwardniały i cofnęli się o kilka kroków. Zaraz jednak się opanowali i wyjęli broń, przystawiając ją do każdej możliwej części ciała. – Cóż – westchnął. – Zdaje się, że nie mam wyboru. Prowadźcie.
Zbóje odłożyli topory, miecze i sztylety, po czym ruszyli za swym dowódcą, starcem w czapce z wilka oraz Athan. Nie szli długo. Rośliny, które tu rosły widział pierwszy raz w życiu. Dziwne, prawie pomarańczowe drzewa o drobnych niebieskich liściach, ogromne kwiaty, czerwone i pomarańczowe krzewy, róże, chryzantemy, fiołki. Widok był jak z bajki i paladyn od razu poczuł się lepiej. Poprawę nastroju wyczuła także u swych „kompanów” – po treningu w Abdam była wyczulony na emocje innych. Potrafiła wyczuwać je na odległość. Jednak, ku jej zdziwieniu, wyczuła też coś w rodzaju wstydu, obawy. Wzruszyła ramionami i po kilkunastu sekundach zatrzymali się.
- Oto nasza kryjówka – oznajmił herszt. Athana rozglądnęła się w około, dostrzegła twarze rozbójników: jedne zaniepokojone, inne rozbawione. Miejsce w którym się znajdowali wyglądało zupełnie zwyczajnie. Ot, skały, kilka tych dziwnych pomarańczowych krzewów, jedno ogromne drzewo, wysoka trawa i gdzieniegdzie większe kamienie. Nic specjalnego.
- Gdzie? – zapytała w końcu.
Zbóje zarechotali. Ludzik w czapce z wilka stanął na palcach, zmrużył groźnie oczy. Athanan wydało się nagle, że ten człowiek jest jakiś dziwny. A już na pewno ma zdecydowanie za dużo zmarszczek. Cała twarz pocięta była zagłębieniami, nawet tam, gdzie nie powinny się robić. Na nosie, policzkach, wargach, brodzie, czole, podbródku. Chyba nawet na oczach i uszach.
- Ha! – wykrzyknął, plując paladynowi na twarz . – Jest tak dobrze ukryta, że jej nawet nie widzisz!
Ponownie dało się słyszeć rechot. To zaczynało być denerwujące. Ale zrozumiała już gdzie jest kryjówka. Otóż cały sęk tkwił w tym, że ta kryjówka w ogóle nie wyglądała jak kryjówka. Athana nie widziała jeszcze co prawda żadnych kryjówek bandytów, ale miała o nich jako takie wyobrażenie.
- Jestem Yardyoke, szaman – przedstawił się pomarszczony dziadek i uścisnął jej rękę. Bardzo mocno. Uśmiechnął się przy tym, prezentując kilka krzywych, żółtych zębów. Następnie wódz także zbliżył się i uścisnął jej rękę.
- Rodvard. – rzekł.
Brodaty olbrzym okazał się Kuldevanem. Byli także Ulmer Lehman, Garrit Cerro, Theobald. Na następnych nie zwracała już uwagi. Ci przedstawieni posiadali na kamieniach i wyciągniętych nie wiadomo skąd pieńkach. Kuldevan przesunął głaz i oczom paladyna ukazała się świetnie zaopatrzona spiżarnia, a można by rzec, że nawet podziemny dom.
Brodacz gestem zaprosił Athan do środka i sam zszedł po drabinie. Spiżarnia była duża, zimna, jasna i porządnie urządzona. Chociaż nie, nie była. To jemu wydawało się że była. Nigdy nie przywiązywał wielkiej wagi do porządku i czystości. W jego pokoju zawsze panował bałagan i raz Pyntar var Ytagen przewrócił się o leżącą na ziemi torbę i zwichnął sobie rękę. Pod ścianami wykopanego w ziemi pomieszczenia leżały najróżniejsze rzeczy. Po prawej jedzenie, po lewej rozmaity złupiony, kupiony i znaleziony sprzęt, nieco bardziej w głąb stała spora skrzynka, podobno na jabłka, których w tych lasach, jak już zdążyła Athana zauważyć, można było nazbierać wiele, a to z powodu sadu jabłkowego, leżącego nieopodal kryjówki.
Pod ostatnią ścianą stała broń. Część już zardzewiała, trochę połamanych i zniszczonych, ale te z prawej wydawały się być w porządku. Kuldevan schylił się (przy czym i tak był wyższy od Athan) i wyjął z worka dwie brzoskwinie. Jedną podał paladynowi, a w drugą zatopił zęby, aż sok trysnął mu na bujną, czarną brodę.
- Bierz co chcesz. Co nasze to i twoje – powiedział z pełnymi ustami.
- Ale co?
- Owoce. Ubrania. Broń. – wymienił olbrzym. – I co tam jeszcze znajdziesz. Bierz, śmiało! – zachęcił.
- No nie wiem... – Athana zwątpiła. Nie miała zaufania do tych rzeczy i tych ludzi, ale zdążyła już polubić Kuldevana. – Może zobaczę broń. Brodacz gestem zaprosił ja do sprawdzenia uzbrojenia. Paladyn podszedł do pierwszego stojaka. Stały na nim dzidy, włócznie, dziryty i jedna halabarda. Były w dobrym stanie, ale ten rodzaj broni jej nie interesował. Zwróciła oczy ku następnemu stojakowi, nieco szerszemu i wykonanego prawdopodobnie z jesionu. Wisiały na nim maczugi, buzdygany, wiekiery. Aż skrzywiła się na wspomnienie, co pewien wojownik zrobił kiedyś taką bronią jednemu z jego znajomych. Z maczugami wiązało ja jedynie wspomnienie rozbitej na kawałki czaszki.
Przejrzała jeszcze kilka stojaków i półek, ale dopiero na ostatnim znalazła to, czego szukała. Miecze, sztylety, szable. Dotknęła klingi pierwszego z lewej miecza, obusiecznego, o zwykłym jelcu krzyżowym i kulistej głowicy. Była ciepła. Szybko cofnęła rękę wiedząc, że jest to znak, że ta broń przesączona jest złem. Im cieplejszy przedmiot, tym bardziej biło od niego ciepło. Nie każdy mógł to wykryć. Paladyni byli specjalnie szkoleni w celu wykrywania zła.
Następny miecz był chłodny, ale nie pasował Athanan. W końcu wybrała dla siebie długi nóż. Sądząc po zdobieniach, był wykuty w Zordal, pustynnym kraju na południu. Zatknąwszy go sobie za pas wyszła po drabince za Kuldevanem i pomogła mu zasłonić wejście głazem. Skierowali się do wąskiego przejścia między skałami, które z daleka wyglądało jedynie na pęknięcie. Po kolei przecisnęli się przez szczelinę i stanęli u wejścia do jaskini.
W grocie było chłodno, ale nie ciemno. Kilka sporych pochodni przytwierdzonych do ścian metalowymi obręczami dawało światło na tyle dobre, aby można było czytać lub wykonywać inne prace. Pod ścianami tej niewielkiej kryjówki leżały materace, pościel, zrabowane poduszki, koce i dywany. Coś usiadło Athan na czole. Pacnął się w ciemię i odkryła, że na jej dłoni leży rozgnieciony spory komar.
- Moskity – powiedział Kuldevan. – Uważaj na nie, dużo piją i potem czasami boli. A na razie połóż się, bo widać, żeś zmęczona.
Paladyn postanowił posłuchać rady, przedtem jednak chciała sprawdzić, jak miewa się jej ekwipunek. Ciągle ściskała miecz w dłoni, a zbroja dostała się do naprawy Kuldevanowi, którego zdążyła już polubić. Upewniwszy się, że wszystko jest w porządku położyła się na wolnym posłaniu koło swego brodatego kolegi. Nie wiedziała, kiedy zmorzył ja sen.

Gdy się obudziła nie było jaskini ani brodatego , znajdowała się na polanie.
i………………………………..
Rumun
Post #2 18 Mar 2006, 15:09
wciągnołem sie troszeczke opis ok
Post #3 25 Mar 2006, 12:08
Dłuuuugie ale jest ciekawe 😊
Też się trochę wciągnąłem 😊 😊
KEt
Post #4 25 Mar 2006, 15:18
*wciagnalem


ja tez sie wciagnelam, szkoda tylko ze to nie jest twoj pomysl

http://elixir.int.pl/estelost/articles.php?id=466

uwazam ze orginal jest troszke ciekawszy


🙂
Post #5 25 Mar 2006, 15:24
lOl dobre dobre

good work KEt 😊

🙂 🙂 🙂
plagiat

ludzie smieszni jestescie...
Post #6 25 Mar 2006, 16:13
To teraz moze ja cos napisze
EHH przykro mi ale nie wiedzialem ze to przepisane jest ( pozatym mi to nie przeszkadza) bo robil to moj brat i dla niego byla ta postac,pozatym gral nia(czasami ja tez) juz wczesniej i jakos nikomu nie przeszkadzalo bo opis jest na forum juz bardzo dlugo.Ale to nic
Pozatym widze ze sa gracze i gracze....GM
KEt
Post #7 26 Mar 2006, 11:44
nie zawsze wszystko sie znajdzie Gildur, no nie mow ze czujesz sie pokrzywdzony z powodu takiego ze twoj brat cos skopiowal i przerobil no sorry ?? a mi wstyd, ze wczesniej nie zostalo to zauwazone

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026