📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Recovered topic 4589
« Wróć do forum  •  8 post(ów) w temacie
Post #1 20 Mar 2006, 16:47
*****
Tego dnia byłem w wyjątkowo podłym nastroju. Teoretycznie był to mój pierwszy tydzień na wolności od kilku lat w więzieniu ale nie byłem szczęśliwy… Zmieniłem się. I to nie tylko z wyglądu. Innym powodem mojej traumy było to, że byłem prawie pewien że to nie był koniec moich kłopotów, ale wręcz dopiero ich początek. Taaa… zaczynały się moje problemy, które niektórzy naiwniacy zwykli zwać „przygodą”.
Stwierdziwszy, że piwo zazwyczaj poprawia mi nastój, postanowiłem wybrać się do karczmy. Ponieważ moimi śladami podążała straż miejska, starałem się wtopić w tłum. W tym odzieniu, które by dużo nie mówić, zakosiłem z pobliskiego straganu, nie powinno to być trudne. Gorzej było z tym pięcioletnim, iście krasnoludzkim zarostem. No i oczywiście tym zapachem, który powodował, że przechodnie mimo iż nienawykli przecież do perfum, trzymali się z dala… Taaa… nigdy jeszcze nie słyszałem o lochach, które by słynęły z czystości. Powinienem znaleźć miejsce gdzie będę mógł się doprowadzić do stanu używalności. Portowa tawerna powinna być odpowiednim miejscem. Przejdę się do dolnego miasta – tam raczej nie będę rzucał się w oczy.
Wreszcie na miejscu. Tawerna „Pod krasnoludzką tarczą”. Sądząc po zapachu powinna się raczej nazywać „Nad Taureńskim łajnem”, ale co tam, przeżyję – w końcu o to mi chodziło. Wytrzymać by się dało nawet to, że piwo tu droższe niż krasnoludzkie strzelby a bardziej rozwodnione niż portowe wody. W sumie to jest tylko jeden problem… Otóż wierzcie lub nie ale tutejsi urządzili sobie… wieczorek poetycki. Na dobry początek występował jakiś Erenli'n, w każdym razie jakoś tak. Z tą swoją wielką fają w ustach recytował wierszyk o Nimrodel. Kto nadał takie miano strumykowi, tego sam nie wymyślę. Wiersz ponoć napisały leśne elfy. Nie uwierzyłbym w to w życiu. No ale nie ważne. Po prostu kolejny wierszyk typu „rzeczka płynie, ptaszki śpiewają”. Wydaje mi się, że to powinno wytłumaczyć fakt, czemu w pewnym momencie dałem sobie spokój ze słuchaniem i zatopiłem się we wspomnieniach.

******************

Jeśli myślicie że jestem jakimś bohaterem to się mylicie. W trakcie mojego życia naprawdę nie było się czym chwalić. W sumie pierwsze ważne wydarzenie po moim urodzeniu to najazd orków na moją osadę. Miałem wtedy 10 lat. Zginęli wszyscy… no oprócz mojej rodziny i wszystkich dzieci, które jak to zwykle bywa, orkowie oszczędzili*. Mój ojciec wiedział o tym ataku kilka dni wcześniej (znajomi) więc zdążyliśmy uciec w iście wybuchowy sposób (znajomy ojca – goblin – naprawdę proszę, nie wnikajmy w to, starczy że orcze flaki przez tydzień walały się w promieniu 1000 łokci)
Osiedliliśmy się kilka wiosek dalej. Co prawda w pobliżu naszego nowego domu grasowały zombie, ale po jakimś czasie się do nich przyzwyczaiłem. Muszę powiedzieć, że całkiem fajnie się z nimi grało w kosi łapki (na 11 urodziny dostałem mój pierwszy dwuręczny topór). Zabawa się niestety skończyła gdy pewien ghul (znajomy ojca) poskarżył się mu że bawię się jedzeniem. Potem przez jakiś tydzień żałowałem że nie straciłem rodziców w ofensywie orków (spróbuj jeść gorącą zupę na stojąco)…
Lata mijały a ja rosłem w tej mojej wiosce. Jak każde porządne dziecko chodziłem do przedszkola**, następnie do szkoły***, czyli wiodłem zwyczajne życie w tym pięknym świecie. Innym z mojej starej wioski nie wiodło się równie dobrze. Wszyscy dziwnym trafem zostali bohaterami. A raczej próbowali zostać. Rodhard Trąbonosy został kolacją warga. Irina Szybkonoga stała się przekąską smoka, a Thora Porywczego rozszarpali orkowie gdy próbował się zemścić.
Gdy nadszedł dzień moich 18 urodzin, musiałem zdecydować jaką obiorę profesję. Matka proponowała mi bym został cyrulikiem, a ojciec próbował nakłonić mnie do żołnierki (poznasz ciekawych ludzi i nieludzi). Ponieważ nie chciałem faworyzować żadnego z rodziców, a na dodatek od dziecka lubiłem rżnąć, ciąć i rąbać, zostałem drwalem. Rodziców dość zaskoczył (delikatnie mówiąc) mój wybór, ale dostałem ojcowskie błogosławieństwo mówiące, żeby wiodło mi się tak dobrze bym nigdy nie musiał uciekać się do ich pomocy (w oryginale „a spier**** stąd i nigdy nie wracaj”)

*swoją drogą to dziwne. Orkowie, trolle i wszystkie inne dziwne monstra zazwyczaj zostawiają dzieci. Może to jest spowodowane swoistym łańcuchem pokarmowym – ork wyrzyna wiochę, chłopiec(dziewczyna też w końcu mamy równouprawnienie)-który(a)-przeżył(a) wyrzyna orków. Ale może to jest spowodowane po prostu przez to że dziecięce mięso jest niesmaczne? Muszę się kiedyś spytać jakiegoś orka, jeślibym spotkał jakiegoś chętnego do pogaduchy…

**wszystkie dzieci zostały porwane przez leśne trolle akurat wtedy gdy ja miałem katar i siedziałem w domu… Czy mnie nigdy nie może nic ciekawego spotkać?

***została wysadzona przez gobliny, choc niektórzy mówią że to był syn sołtysa Bohra
Wiatropędnego znanego w całym powiecie z… no nieważne z czego ważne że był sławny…

******************


W tym momencie karczmarz wyrwał mnie z moich sielskich rozmyślań kłując mnie ostrzem sztyletu w brzuch i mówiąc: „Kupujta piwo albo spierdalajta, darmopijców nie będziem trzymać” Chciałem mu odpowiedzieć by wsadził sobie ten nożyk gdzieś (i to głęboko) ale widok stojącej za nim pewnej persony o dziwnie orczych rysach gęby (bo twarzą tego nawet przy najszczerszych chęciach bym nie nazwał), powstrzymała mnie od tej jakże subtelnej uwagi i delikatnie skłoniła mnie do zakupu kolejnego kufla wody z piwem. (Mógłbym przysiąc że zobaczyłem błysk zawodu w oczach orkowego mieszańca, który najwidoczniej był już znudzony poezją i miał nadzieję na jakąś porzadną rozróbę). Na podium występował teraz jakiś bard. Niesamowicie wychwalał jakiś zamtuz. Zapamiętałem nazwę. Będę tam musiał kiedyś wpaść. Pociągnąłem kolejny łyk piwa… Do moich myśli wróciła znów moja przeszłość….

******************

Osiedliłem się zgodnie z ojcowską radą i życzeniem dość daleko od wioski w której mieszkali moi rodzice. Przez 2 lata oddawałem się jedynie przyjemnościom związanym z rąbaniem drewna. Niemal zapomniałem o otaczającym mnie świecie. Pewnego dnia doszła do mnie wiadomość o nowej ofensywie orków. Postanowiłem przejść się i dowiedzieć się czegoś więcej. Zresztą dawno nie byłem w mieście. I dawno nie piłem piwa. Zarzuciłem więc na ramię mój topór (który znalazłem jakiś miesiąc temu w jaskini ze szkieletami), sakwę z jedzeniem i mieszek i wyruszyłem na wędrówkę.

******************

Z myśli wyrwała mnie mała rozróba. Okazało się, że nie tylko półorkowi znudziła się poezja. Trzy pijane krasnoludy rozpoczęły zabawę. W programie były między innymi rzuty dwuręcznymi toporami oraz przypnij-osłowi-ogon w specjalnej edycji bez ogona, z orkiem zamiast osła i dodatkowo dwuręcznym stalowym młotem. Po lekkim zastanowieniu postanowiłem nie wdawać się w bijatykę. Zazwyczaj chętnie bym to zrobił, ale w tym tygodniu nie czułem się jeszcze na siłach. Cóż, te kilka lat w ciemnicy o chlebie i wodzie robi swoje. Nie byłem już tym samym człowiekiem. Z wysokiego, umięśnionego człowieka stałem się co najwyżej przeciętny. Moje dawne wypracowane muskuły znikły, a włosy ściemniały tak, że teraz są prawie czarne. Oprócz tego mój piękny topór wcięło razem z resztą moich rzeczy w królewskim skarbcu a nie zdobyłem jeszcze nic nowego. Zazwyczaj rzuciłbym się wir walki, ale teraz zmieniła się moja mentalność. Stałem się bardziej spokojny, może nawet melancholijny. I nie interesowały mnie już topory, które darzyłem zawsze takim uwielbieniem… Może to przez ten eliksir, ale teraz wolałbym znaleźć jakiś miecz. Tak, wydaje mi się że to byłby dobry wybór… muszę coś znaleźć, ale w tym momencie najważniejsze jest chyba to by przenieść się w najdalszy kąt Sali, zanim dostanę w mordę.


******************

Kontynuując moją historię… Przez kilka dni wędrowałem bez większych problemów, ale potem jak zwykle musiało się coś zdarzyć. Spotkałem się z dziwną sytuacją otóż pośrodku drogi stał pewien człowiek w długiej szacie, a naokoło niego kręciło się kilka zakapturzonych postaci. Nie było by to wcale takie dziwne gdyby nie to, że co któraś podeszła do postaci pośrodku, odlatywała na 30 stóp. Zdziwiony podszedłem bliżej by się przyjrzeć. Widząc mnie, człowiek krzyknął „Pomóż mi jestem magiem na usługach Jego Królewskiej Mości. Odwdzięczę ci się!” Z bojowym okrzykiem rzuciłem się do walki. Walczyło mi się dziwnie łatwo… Nigdy nie trenowałem sztuki walki a podczas tej bitwy czułem się jakbym ciął powietrze. Dziś wydaje mi się, że to nie byli prawdziwi ludzie, ale o tym później.
Wieczorem przy ognisku, zapytałem się uratowanego maga o obiecaną nagrodę. Wręczył mi eliksir, mówiąc: „Jeśli go spożyjesz w najbliższą pełnię, odprawiając wraz z mym przyjacielem pewien rytuał, osiągniesz niebywałą siłę” „A po cholerę mi to?” -odpowiedziałem – „jak na drwala jestem wystarczająco silny, a naprawdę nie zamierzam w życiu nic więcej robić, a na pewno już nie zamierzam zostać bohaterem”. Lekko zdziwiony czarodziej nie dał się jednak zbić z tropu. „W takim razie otrzymasz nadnaturalną inteligencję” – „Eeeee tam panie, a potrzebne mi to jak goblinie ścierwo w ogródku.” Tym razem lekko podenerwowany mag powiedział: „Słuchaj drwalu, chciałeś nagrodę to teraz ją przyjmij. Idź do miasta, odpraw rytuał z moim przyjacielem i wypij ten eliksir.” W tym momencie dziwnie nabrałem ochoty na zrobienie tego, o co mnie ten mag poprosił i odrzekłem – „no dobra skoro pan tak mówisz to tak zrobię”
No i polazłem do tego miasta… Z początku nawet się cieszyłem, bo akurat była wizytacja króla no i niezła popijawa mnie spotkała. Szczególnie spodobał mi się kapral tutejszej straży. Miał takie charakterystyczne nazwisko… A tak – Marchewa! Mówił mi że był wychowany przez krasnoludy. Biedak… Przy takim wzroście… Nieźle się z nim gadało, zdążyliśmy nawet nawiązać przyjaźń. Miał coś w sobie, jak on to nazywał, Krismę, co powodowało że się nieźle z nim gadało… No ale cóż wracając do rzeczy. Zrobiłem to co kazał mag. Odnalazłem jego przyjaciela, odprawiłem rytuał, napiłem się eliksiru i… skończyłem w celi nic nie pamiętając. Odwiedził mnie Marchewa. Mówił, że nie wierzył w to co widział. Podczas królewskiej uczty do pomieszczenia wpadł wielki furlog i zabił 16 strażników zanim został zatrzymany. Po jakimś czasie, zmienił się we mnie. Domyśliłem się, że to była sprawka tego eliksiru. Powiedziałem o tym Marchewie. Powiedział, że mi wierzy, ale nie może nic zrobić. Jednak mógł. Nie zostałem skazany na śmierć, a jedynie na dożywotne więzienie. Wrzucili mnie do jednej celi z goblinem.
Siedząc w ciemnicy nie przebiera się w przyjaciołach, więc zakumplowałem się z goblinem. Okazało się że ma plan ucieczki. Wykopanie tunelu zabrało nam 2 lata i spowodowało że nasze nerwy stały się jak postronki. W tym czasie goblin nauczył mnie kilku górniczych sztuczek, a także podstaw zabawy materiałami wybuchowymi. W końcu udało się nam! Teraz jestem wolny! Postanowiłem przejść się do najbliższego miasta. Tak tu trafiłem. A kiedy tu już jestem, nie mam co ze sobą zrobić. Oczywiście od razu wdałem się w zatarg ze strażą miejska. Ale nie ma się czym martwić. Chodzi o zwykłą bójkę. Do jutra zapomną… Teraz powinienem się zastanowić co będę robił w najbliższej przyszłości:
-Karczmarz jeszcze jedno piwo proszę!

Imię: Artiff (dla przyjaciół Krejzy)

Rasa: Człowiek

Klasa: Paladyn

Wzrost: 180cm

Waga i postura: 85kg, przeciętnie zbudowany, ale widać ślady dawnego umięśnienia

Oczy: Zielone

Włosy: Siwe

Uśmiech: Raczej rzadki, zmęczony życiem, w pewnych momentach możliwy szczery, rubaszny śmiech jak za starych czasów

Charakter: Człowiek zmęczony życiem, nie mający się gdzie podziać. Poszukuje swojej przyszłości, sensu swego życia. Żyje zgodnie z zasadą Carpe diem. Stracił sporo ze swojego dawnego humoru i prostoty. Zdaje się być bardziej doświadczony, jego ważną cechą jest przezorność w podejmowaniu decyzji. Odrzucił walkę toporem. Wybrał miecze jako bardziej mu odpowiadające. Jego zahamowania moralne się trochę zatarły, ale stał się za to bardzo wierzący... przynajmniej gdy inni paladyni są w pobliżu...

user posted image
Post #2 20 Mar 2006, 17:56
QUOTE(Krejzy @ Mar 20 2006, 05:47 PM)
Wreszcie na miejscu. Tawerna „Pod krasnoludzką tarczą”. Sądząc po zapachu powinna się raczej nazywać „Nad Taureńskim łajnem”,
[right][snapback]13184[/snapback][/right]



hahahahahahahahaha...ato dobre „Nad Taureńskim łajnem” 😀

QUOTE(Krejzy @ Mar 20 2006, 05:47 PM)
[Ale może to jest spowodowane po prostu przez to że dziecięce mięso jest niesmaczne? Muszę się kiedyś spytać jakiegoś orka, jeślibym spotkał jakiegoś chętnego do pogaduchy…
[right][snapback]13184[/snapback][/right]



ale masz marzenia 😳




"Wszyscy jesteśmy winni, czas jest katem a katem jestem ja"



Post #3 20 Mar 2006, 18:44
Torche wyprowadza z klimatu... ale ogólnie całkiem niezłe.


PS. Wstaw fanarta na szybszy serwer, chodzby imageshack, bo zdazylem historie przeczytac, zanim sie zaladowal 😀
Post #4 20 Mar 2006, 18:56
Całkiem siekawa historyjka. 😊
Post #5 22 Mar 2006, 12:49
Co jakiś czas dalsza część pierwsza bedzie o tym jak poznałem mojego nowego kumpla... maga ;p
Post #6 22 Mar 2006, 12:53
Ojj będzie się działo! 😛 😛
Post #7 01 Apr 2006, 09:42
Oto obiecany ciąg dalszy...
************
Od wypicia tego piwa, minęło sporo czasu. Postanowiłem, jak już wcześniej przypuszczałem, ćwiczyć się w mieczach. Niezgorszy był ze mnie wojownik. Przemierzałem Azeroth wzdłuż i wszerz, poznałem nowych przyjaciół – Birkowa, Nuzifaxa, Raowina i wielu wielu innych. Razem założyliśmy gildię. Nosiła dumne miano Władcy Smoków...Moje życie zaczęło powoli nabierać barw. Prawdopodobnie wszystko by się potoczyło dobrze, gdyby nie pewien wypadek... Tak, to był dzień, który na długo utkwi mi w pamięci.
Nad Westfall zachodziło już słońce, gdy podróżowałem samotnie przez rozległe stepy... Mój umysł był tak zaprzątnięty tymi wszystkimi szokującymi wiadomościami, że nie zwracałem uwagi na otaczający mnie świat. No ale myślę, że jestem w pełni wytłumaczony, gdyż wiadomości były naprawdę przełomowe... Po pierwsze – budowa siedziby gildii... po tylu latach wreszcie mogliśmy sobie na nią pozwolić... a tu się okazuje ze tyle problemów.. sami surowce musimy sobie załatwić, sami musimy budować... Zresztą nieważne... Dziś ważniejsza była wyprawa na Onyxię... cała gildia o tym mówi... To miałoby przywrócić nam sławę na nowo.
Zagubiony w rozmyślaniach, nie usłyszałem ostrzegawczego syku... Poczułem dopiero ugryzienie, obraz rozmył mi się przed oczami, straciłem równowagę i padłem na ziemię, dodatkowo przygnieciony ciężarem nowo wykutej zbroi... Przez chwilę miałem wrażenie że po moim ciele przechadzają się tysiące mrówek, po czym przestałem czuć cokolwiek...

**********************************

Kiedy się obudziłem, wokół mnie nie było nic, chociaż nie... powiedzenie że nie było nic to lekka przesada. Tak naprawdę, to to co mnie otaczało to było właśnie NIC. Począłem się rozglądać, a potem iść to w jednym kierunku to w drugim, lecz nic się nie zmieniało, wciąż otaczało mnie NIC. Nie wiem jak długo byłbym tak chodził, gdyby nie to że nagle otworzyły się drzwi*... Weszła przez nie postać w czerwono-czarnej todze czarnoksiężnika. Z jego twarzy, skrytej w cieniu kaptura można było zobaczyć jedynie oczy... Ale nie nazwałbym ich zwykłymi. Przy każdym spojrzeniu połyskiwały bladą czerwienią. Widać było w nich czystą nienawiść i okrucieństwo, ale także i ból... Staliśmy tak patrząc się na siebie przez kilka minut... Czułem że lepiej dla mnie bym nie przerywał panującej ciszy. Po kilku nerwowych minutach usłyszałem jego głos:

-No i jak Villon, wróciłeś do swojego mistrza... Myślałeś, że gdy ukryjesz się w tym nędznym ludzkim istnieniu, twój pan cię nie odnajdzie? MYLIŁEŚ SIĘ!!!

W momencie gdy wykrzykiwał ostatnie słowa, poczułem straszliwy ból... czułem się jakby wlewano we mnie stopiony mithrill. To piekielne uczucie rwało moje wnętrze... Wydałem z siebie nieludzki krzyk, brzmiący niczym niekończący się skowyt... Nieznajomy Wydawał się cieszyć moim bólem, ale po pewnym czasie krzyknął:
–„Silentium est”
Ból nie ustał, ale krzyk zamarł mi w gardle... Znów ta przeklęta cisza... Stwierdzilem ze gorszej tortury nie wymyśli więc postanowiłem się odezwać. Na nic moje próby jednak się nie zdały, gdyż nie mogłem wydać z siebie dźwięku... Mag popatrzył chwilę jak się męczę i wyraźnie zadowolony z efektu, przemówił:

-Ach, Villon, mój drogi przyjacielu... Powiedz mi, czemuż to nie mogłeś wypełnić swojego zadania? Czyżbyś zapomniał czego uczyłem cię zaledwie kilka wieków temu? Quod iuratum est, id servandum est? Czyżbyś już to zapomniał?
-Ależ panie, nie wiem o co ci chodzi...- powiedziałem, czując, że znów mogę głośno wyrażać swe myśli.

-Oczywiście, że nie wiesz! – przerwał mi – wszakże to nie o ciebie tu chodzi nędzna ludzka kreaturo! Czy naprawdę ostatnimi czasy nie czułeś się silniejszy niż wcześniej, czy nie walczyłeś mieczem którego nikt inny nie potrafił nawet dzierżyć? Wreszcie, czy nie potrafiłeś przewidzieć kolejności wydarzeń, które dopiero mają mieć miejsce?

Przełknąłem głośno ślinę, w końcu nikt o tym nie wiedział, nikomu się nie zdradziłem, bojąc się posądzenia o wariactwo... Lub opętanie... Zacząłem naprawdę się bać... Ból był niczym w porównaniu z taką wiedzą o mnie w nieodpowiednich rękach... Czarnoksiężnik tymczasem kontynuował:

-Jeżeli się jeszcze nie domyślasz, wszystko stało się cum spiritu tuo, przez tego demona, który wstąpił w Ciebie podczas rytuału, w który byłeś wplątany... TAK! Widzę, że zaczynasz wszystko rozumieć, mówią mi to twoje oczy! Hahahahha! Tak to ja jestem tym magiem, którego „uratowałeś” – to ostatnie słowo było wypowiedziane z tak jadowitą ironią, że się mimowolnie cofnąłem – „uratowałeś” przed własnoręcznie stworzoną iluzją... To ja jestem człowiekiem, który wykonał rytuał, wreszcie to ja stworzyłem tego węża który cię ukąsił! – mag znów zaniósł się nieludzkim śmiechem – A teraz tu siedź, póki ten diabelski pomiot Villon nie zdecyduje się opuścić twego ciała...

Powiedziawszy to, mag wyszedł przez portal, który chwilę potem zniknął, a ja znów zostałem sam w nicości...

****************************************

Jeżeli traficie kiedyś do ciemnicy i posiedzicie tam przez kilka tygodni, to może choć w części poczujecie to co ja przeżywałem w nicości... W tym miejscu gdzie ani czas ani przestrzeń nie istnieją... Gdy po pewnym czasie, zacząłem słyszeć głosy, podszedłem do tego bardzo racjonalnie, czyli stwierdziłem po prostu że zaczynam wariować... Z początku próbowałem udawać, że nic nie słyszę, ale potem stwierdziłem, że co mi po zdrowym umyśle, jeśli resztę życia i tak prawdopodobnie spędzę w nicości? Zacząłem więc wpierw od słuchania, a potem nawet prowadziłem z głosem aktywne dyskusje... W pewnym momencie, stwierdziłem, że to co opowiada mi głos, przekracza stanowczo bariery mojej wyobraźni, więc zacząłem mu wierzyć. Pewnego dnia usłyszałem:

- Myślałem, że nigdy nie doczekam się tego, byś uwierzył w moje istnienie. Cieszę się że się myliłem... Myślę że pora się przedstawić... Nazywam się Villon, ale tego pewnie już się domyślałeś... Ale mam jeszcze jedną wiadomość, kiedyś byłem, tak jak powiedział czarnoksiężnik, demonem, który wniknął w twe ciało. W przeciwieństwie jednak do tego co o mnie opowiadał, od czasów więzienia stałem się dobrym duchem.. nie umiem ci tego wytłumaczyć, ale z tego co zaobserwowałem to ty miałeś na mnie taki wpływ... Łączy nas jakaś szczególna więź, która pozwala przekazywać sobie nawzajem moc... Dzięki temu mamy szansę by się stąd wydostać, ale by to uczynić musisz mi bezgranicznie zaufać. Co o tym sądzisz?

- Jeżeli pozwoli mi to się stąd wydostać, to jestem jak najbardziej za!

- Ale pamiętaj – jest jeszcze jedna sprawa – otóż ucieczka stąd, spowoduje całkowity zanik twoich sił, tak jak i mojej mocy... Będzie się ona powoli odradzać, ale zajmie nam to dużo czasu, zanim wrócimy do starych umiejętności.

- Jestem gotów zaryzykować, ale co mam dokładnie zrobić? - zapytałem

- Gdy nadejdzie czas, sam będziesz wiedział...

Moje kolejne pytania nie doczekały się już odpowiedzi....

************************************

To była moja ostatnia rozmowa z Villonem. Od tej pory słyszałem jedynie krótkie, urwane wypowiedzi, które rzadko naprowadzały mnie na cel. Było to spowodowane prawdopodobnie utratą mocy o której wspominał. Ale po kolei... Najpierw o tym jak uciekliśmy.
Stało się to niedługo po rozmowie z Villonem. Znów pojawiły się drzwi, z których wyszedł czarnoksiężnik. Przez chwilę wyglądał jak zaszczute zwierzę, któremu udało się na chwilę uciec przed pogonią, ale po tych kilku sekundach jego twarz wróciła do zwykłego stanu wyrażającego nienawiść i okrucieństwo. Nie powiedziawszy nawet słowa, zaczął mnie katować tą samą klątwą co poprzednio. Tym razem jednakże zaprzestał męczarni gdy zaczął mówić:

-Żal mi marnować mojej magicznej energii na takie marne stworzenie jak ty, człowieku. Jak się miewasz Villon, może zdecydujesz się wreszcie opuścić tę nędzną cielesną powłokę? Czy może chcesz, jak jeden z naszych braci powiedzieć że sum humani nihil a me alienum puto? Że nic co ludzkie nie jest ci obce? Pamiętasz jak on skończył? W jaskini pełnej ciał... Hahaahaha

Zaniósł się śmiechem w trakcie którego na mnie zstąpiła nowa fala cierpienia. Wtem, usłyszałem w głowie głos Villona mówiący :

-Teraz czas na mnie! - I chcąc, nie chcąc zająłem w mojej głowie miejsce obserwatora. Po chwili usłyszałem własny głos:

-Myślisz ze mnie złamiesz czarnoksiężniku? Mylisz się, myśląc że jestem zwyczajnym człowiekiem, takim jakich setki zakatowałeś w trakcie twego życia... Wraz z schwyceniem mnie zakończy się twe nędzne życie – po czym zacząłem inkantować słowa zaklęcia, które same do mnie napływały z głębi duszy – Aufer a nobis, quaesumus....

Zauważyłem, że oczy czarnoksiężnika zaczęły wpierw wyrażać zdumienie, a zaraz potem przerażenie... Z przestrachem w oczach zaczął się wycofywać w kierunku drzwi. Moje słowa przybrały na sile... To nie były już zwyczajne dźwięki. W tle rozbrzmiewał jakby chór... Kontynuowałem.... At ad Sancta sanctorum puris mentibus introire! Rzuciłem się za nim... Przeleciałem popychając przed sobą maga. W mej duszy zabrzmiał krótki, urwany krzyk Villona...

***************************

Wszystko ucichło. Wszystko zamarło. Ale ja żyłem. Leżałem pośrodku jakiejś piwnicy w środku ogromnego, żelaznego okręgu. Czarnoksiężnik leżący pode mną, nie ruszał się. Żelazny szpikulec będący w środku okręgu, przebił się przez jego ciało na wylot. Cud, że nie dosięgnął i mnie. Wtem z jego ciała zaczął wyłaniać się duch. Wyglądał niczym skrzydlaty demon. Krzyknął tylko:

-Tym razem ci się udało Villon, Ale jeszcze mnie popamiętasz...

Po czym rozprysł się na tysiące drobnych iskier i po chwili nie było już po nim śladu...
W tym momencie usłyszałem nowy, dotąd mi nie znany głos...

-Dzięki ci... że... że... uwolniłeś mnie od tego demona... – mówił z widocznym trudem – pamiętaj, że demony zawsze są na początku.... ich prawdziwe zamiary.... objawiają się dopiero po czasie. Memento mori... przyjacielu!

Mam nadzieję, że kiedyś poznam ten język... I zrozumiem znaczenie tych słów, które przeraziły czarnoksiężnika... Może wtedy też zrozumiem kim jest Villon. W tym momencie poczułem się straszliwie wyczerpany... Padłem na ziemię bez ruchu.

**********************

Nie wiem jak długo spałem, wiem za to że obudziły mnie odgłosy walenia w ścianę. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, jednak w panującym półmroku nie zauważyłem niczego, co mogłoby posłużyć do ucieczki. Tak naprawdę to w ogóle niewiele zauważyłem, ponieważ pochodnie które się paliły gdy tu wpadłem, teraz zgasły. Próbowałem przywołać obraz pomieszczenia z pamięci, lecz niejednostajny huk młotów mi w tym przeszkadzał. Zrezygnowany usiadłem, opierając się o ścianę przeciwległą do tej od której słychać było łomot, czekając na rozwój wydarzeń.

Nie czekałem zbyt długo. Po jakimś czasie pierwszy młot przebił ścianę, wpuszczając do pomieszczenia odrobinę światła. Zaraz po nim pojawił się drugi, trzeci, kolejne. W pewnym momencie ściana runęła, a gryzący w oczy kurz zakrył całkowicie pole widzenia. Gdy pył trochę opadł, dostrzegłem kilka postaci w pełnych zbrojach płytowych z młotami w rękach. Jeden z krzyknął:

-W imię Świętego Oficjum Zakonu Paladyńskiego, rozkazuję ci nie wykonywać żadnych ruchów ani nie wydawać żadnych dźwięków heretyku, w przeciwnym razie, będziemy zmuszeni użyć siły!

-Poczekajcie, mylicie mnie z kimś! – chciałem krzyknąć, ale nie zdążyłem, gdyż precyzyjnie kierowany młot zdzielił mnie przez głowę...

**********************

Ach... Sny... Są takie piękne... Możesz w nich robić wszystko... Tym razem ja podróżowałem z Władcami... Te wyprawy na smoki, na orków... biesiady przy ognisku, a wreszcie i o rajdzie na Onyxię, na który to nigdy tak naprawdę nie dotarłem...
Z marzeń wyrwał mnie strumień śmierdzącej kanałówki... I nie chodzi mi tyle o dźwięk, czy zapach ale o to że pełne wiadro tej ekhm... „wody” wylało mi się na głowę...

-Zbudź się heretyku – mój dowódca chce z tobą porozmawiać – rozległ się po chwili głos – no wstawaj bezbożniku! – rycerz podkreślił swój autorytet solidnym kopniakiem w tę część ciała, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę... Gdy i to nie poskutkowało, silne ramie schwyciło mnie za kark i postawiło do pionu. W ten sposób zostałem zaprowadzony do pomieszczenia w którym siedział jeden, naprawdę potężnie zbudowany człowiek.

Przez chwilę patrzył mi się w oczy po czym rzekł:

-Hmm dziwne, nie wyczuwam w tobie zła, mag którego próbowaliśmy zgładzić nie żyje a ty pojawiasz się znikąd... Opowiedz mi co się wydarzyło... Ostrzegam cię jednak, spróbuj mnie okłamać lub coś zataić a nie będę już taki litościwy...

Długo snułem mą opowieść, gdyż rycerz co jakiś czas mi przerywał, prosząc, a raczej wyciągając ze mnie szczegóły. Gdy skończyłem, przez jakiś czas panowała cisza, po czym rycerz rzekł:

- Tak, wydaje mi się, że mówisz prawdę, a nawet jestem tego pewien... Nie rozumiem tylko wciąż skąd znałeś słowa starożytnej modlitwy... Widocznie drzemie w Tobie jakaś siła, której do końca nie rozumiem... Ale nie potrafisz ich powtórzyć? – poczekał na moje potaknięcie, po czym ciągnął – w takim razie wydajesz się być zwykłym człowiekiem, obdarzonym co prawda mocą, ale taką jak my wszyscy tu obecni – powiedział wskazując na otaczających go rycerzy - jak zapewne się domyślasz, jesteśmy boskim ramieniem, świętym zakonem, czyli paladynami... Mam co do ciebie pewne plany, jednakże nie tylko moja opinia się tu liczy... – skinąwszy na jednego z rycerzy, krzyknął – Parceval, pędź jak najszybciej możesz po arcybiskupa... muszę z nim przedyskutować sprawę tego tu człowieka...

Zostałem wyprowadzony do pokoju z rozkazem domycia się i założenia porządnego ubrania. Gdy to zrobiłem, kazano mi czekać w holu. Spędziłem tam kilka godzin, przez które słyszałem co jakiś czas podniesione głosy... Po jakimś czasie drzwi się otworzyły. Rycerz siedział w swoim fotelu, natomiast kapłan przechadzał się po pokoju. Gdy mnie zauważył, uważnie się przyjrzał, jakby próbował przeniknąć mnie wzrokiem, po czym skinął na paladyna.

- Nie mogliśmy dojść z Biskupem do porozumienia... Postanowiliśmy poddać cię próbie, ponieważ w obliczu wciąż wzrastających sił hordy, nie możemy zmarnować nawet tak małej mocy jaka drzemie w tobie.

Patrzyłem na niego, nie rozumiejąc co chce przez to powiedzieć. On zauważywszy moje zmieszanie, powiedział:

- No cóż widzę, że muszę mówić prościej – nie możemy ci na razie dać wymagających zadań, ale postanowiliśmy przyjąć cię do zakonu. Będziesz musiał budować swoją reputację jak każdy inny z paladynów, a może kiedyś dostąpisz nawet zaszczytu pasowania cię na oficera Świętego Oficjum... Póki co jednak daleka przed tobą droga, a my wciąż nie jesteśmy pewni po której stronie stoisz... Proponuję Ci wysłanie Cię do Lasu Elwynn, a dokładnie do Zachodniej Kaplicy... Tam rozpoczniesz swój trening... Co ty na to?

**********************************

Resztę już znacie, teraz nadszedł czas by zacząć budować nową historię....

user posted image
Post #8 14 May 2006, 20:32
😳 a gdzie jakaś wzmianka o Łosiu?? No skandal : 🙂 czekam na dalsza część :* 🙂 ........kujon.......... 😂

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026