📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Recovered topic 4751
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 30 Mar 2006, 10:43
Imię: Materoth
Wzrost: 180cm
Waga: około 70kg
Włosy: Czarne- długie
Karnacja: Jasna
Oczy: Szare
Klasa: Paladyn
Rasa: Człowiek

Imię: Guingan
Wzrost: 185cm
Waga: około 75kg
Włosy: Blond- długie
Karnacja: Jasna
Oczy: Błękitne
Klasa: Paladyn
Rasa: Człowiek

Historia i krótka charakterystyka bohaterów:

Materoth i Guingan nie chętnie opowiadają o swojej przeszłości. Bardzo brak im swojej rodziny i przyjaciół, których stracili.
Niegdyś mieszkali w malej wiosce w Elwynn Forest gdzie wychowywali się wraz ze stara matka i ojcem. Rodzice bardzo kochali swoich synów i starali się zapewnić im jak najlepszy żywot. Matka zajmowała się domostwem, ojciec zaś pracował jako gwardia królewska w Stormwind.
Guingan był młodszy od swojego brata bliźniaka Materotha. Był dobrze zbudowanym mężczyzna o długich blond włosach. Cechowała go siła fizyczna i zawziętość. Kiedy cos sobie postanowił żadna siła nie była w stanie go powstrzymać.
Największa miłością za młodu był miecz. Młody bohater nie opuszczał go na krok. Kiedy ojciec pojawiał się w domu, Guingan prosił go żeby nauczył nowych technik walki.
Materoth był całkowitym przeciwieństwem brata, szczupły, niski, ale za to bardziej stanowczy a zarazem zwinny. W dzieciństwie interesował się magią, ale dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że rodziców nie będzie stać na wysłanie go na tak drogie nauki.
Kiedy bracia skończyli 16 rok życia matka zmarła. Ojciec załamał się całkowicie. Praca i obowiązki związane z wychowaniem synów spoczywały teraz tylko na nim. Postanowił wiec oddać synów do „Bractwa Światła”. Zakon ten szkolił młodych mężczyzn w sztuce walki mieczem, ale i uczył prawdziwego życia.
Tak wiec mając 17 lat wkroczyli oni w świat, którego jeszcze nie znali. W bractwie spędzili około 5 lat. Czas ten bardzo ukształtował ich poglądy i pryzmat patrzenia na świat.
Zaprawili się w sztuce wojennej.
Pewnego poranka do Zakonu zawitał posłaniec, który przyniósł list do mistrza. Nie minęły dwie godziny jak zabrał, wszystkich swoich uczniów i powiedział:
-Moi mili… Czeka was prawdziwy sprawdzian umiejętności… Dowiedziałem się właśnie, że w Redrige Mountains panoszą się nieumarli… -Kontynuował.
-Musimy spalić ich wszystkich świętym ogniem.
Widać było, że wszyscy chcieli ostrej walki, chcieli zobaczyć, co tak naprawdę dały im te lata spędzone tutaj.
-Siły wroga są duże, lecz myślę, że zdołamy ich powstrzymać przed przybyciem ciężkiej armii. -Skończył poczym przetarł swój lśniący miecz.
Bohaterowie byli podekscytowani. Jednak Materoth odczuwał lekkie zaniepokojenie.
-Myślę, że powinniśmy uważać- powiedział do swojego brata młodszego o 3 minuty.
- Nie… to tylko kupa starych kości, która trzeba rozbić – Zaśmiał się. – Do zachodu słońca nie będzie z nich co zbierać…
-Oby bracie…oby tak się stało.
W południe byli już w pobliżu Likeshire. Dwudziestu uczniów i ich mistrz stali teraz w zwartym szeregu i wypatrywali nieprzyjaciela.
Słońce znikało powoli za horyzontem. Słońce przyjęło formę olbrzymiej kuli.
-Ruszajmy- powiedział zakonnik.
Cała grupa powolnym krokiem ruszyła w stronę oddalonego o 500 ściętych orków (1000m.) jeziora.
-Widzę ich- krzyknął jeden z uczniów.
Nieumarli mnożyli się z każdym zabitym wieśniakiem. Ich siły rosły z każda chwila. Mistrz wyjął miecz i nadał sygnał do ataku. Walka nie trwała zbyt długo. Bractwo jak szybko się pojawiło taks szybko zniknęło. Materoth i Guingan trzymali się razem odcinając łby za łbami.
Siły wroga było miażdżące. Większość z uczniów leżała na ziemi z poodcinanymi kończynami. Inni topili się we własnej krwi, która była koloru tamtejszego ciemno czerwonego piasku. Sam wielki mistrz stracił głowę po tym jak został uderzony przez wielka maczugę. Uczniowie stracili chęć do walki. Bez dowódcy byli niczym.
Nagle po okolicy rozbrzmiały trąby kawalerii. Konnica wspomagana przez magów i kapłanów oczyściła cały teren. Materoth był ranny a Guingan oberwał tarczą w głowę i stracił przytomność. Wszyscy myśleli, że nie żyje jednak, podczas gdy żołnierze wrzucali ciała zmarłych na wóz zauważono, że oddycha. Materoth trafił do świątyni a jego brat po pewnym czasie doszedł do siebie i wrócił do chorego ojca do rodzinnego domu. Bohaterowie pierwszy raz rozdzielili się. Zawsze wszytki robili razem nie odstępowali się na krok. Teraz jednak doszło do sytuacji gdzie jeden musiał opuścić drugiego. Więź, która zawiązała się pomiędzy nimi była na tyle silna, że nie pękła.
Po upływie kilku miesięcy Materoth wrócił do domu. Brat wraz z ojcem czekali na jego powrót od dłuższego czasu. Rany się wygoiły jednak ból w sercu pozostał.
Życie całej trójki biegło dalej. Niestety nic nie trwa wiecznie. Pewnego ranka stary i schorowany ojciec nie wstał z łóżka. Bracia wiedzieli, że w końcu kiedyś to nastąpi, ale nie sadzili, że aż tak szybko.
Pochowali ojca i postanowili wyruszyć w poszukiwaniu przeznaczenia. Ich celem była stolica nieumarłych. Chcieli pomścić swoich dawnych przyjaciół i zapomnieć o tęsknocie za rodzicami.
Droga była daleka. Bohaterowie najpierw konno dostali się do stolicy krasnoludów. Ironforge przypominało wielki piec. W środku panował gwar i hałas. Zaopatrzyli się w potrzebny prowiant i najlepsza w okolicy broń zrobioną przez najlepszych kowali, którymi byli oczywiście krasnoludy. Noce w tej krainie były naprawdę zimne a śnieg przeszkadzał przemierzać pustkowia. Materoth postanowił, że odwiedzą tutejsza tawernę i przeczekają do rana…
Weszli do tawerny gdzie było jeszcze głośniej. Teraz nie było już słychać stukania młotów, lecz śmiech i pijackie pieśni krasnoludów.
-Czego się napijecie wędrowcy- Zapytała gospodyni zaraz po tym jak bohaterowie usiedli przy małym stoliku.
-A, czego moglibyśmy u was skosztować? -Zapytał Guingan.
-Czego tylko chcecie… Mamy najlepsze trunki w całej okolicy –dodała.
-Niestety nie możemy tak dużo wypić –Materoth się roześmiał
-Proponuje wam „Piekielny wywar 70%”. Uważam, że każdy powinien tego spróbować będąc w stolicy. To nasza specjalność.
-Dobrze wiec ja poproszę… i do tego może jedna pieczeń ze dzika
-Ja zaś jedno piwo i pieczeń dobrze wypieczoną– odparł Guingan.
-Bardzo proszę, zaraz podaje.
Bohaterowie zjedli i udali się na spoczynek piętro wyżej gdzie znajdowały się pokoje dla gości. Sen nie trwał długo gdyż bracia chcieli jak najszybciej wyruszyć. Droga do Loch Modan była długa.
-Jak myślisz powinniśmy wynająć jakiegoś przewodnika…? -Nie znamy drogi. Co będzie jak się zgubimy…?
-Nie bądź marudny Mate jakoś sobie poradzimy.
Następnego dnia bohaterowie byli wypoczęci i gotowi do drogi.
Postanowili wspólnie, że poszukają kogoś, kto może ich poprowadzić.
Doszli do głównego placu miasta gdzie spotykali się mieszkańcy. Były wśród nich gnomy i krasnoludy różnej maści. Jedni byli kowalami inni zajmowali się magią, mieli jednak wspólny cel, wybierali najlepszy trunek dekady.
-Bardzo ich lubię… Oni są tacy zabawni –powiedział Materoth śmiejąc się. Przez przypadek usłyszał to jeden z krasnoludów.
-Z czego tak się śmiejesz wielkoludzie…? Czy coś ci się nie podoba… Jeśli tak zrobię sobie łańcuszek z twoich uszu a mój wilk rozerwie Cię na kawałki…–powiedział hałaśliwy krasnolud.
-Spokojnie przyjacielu nie szukamy problemów przybywamy tutaj, aby znaleźć przewodnika –Odparł lekko wystraszony Guingan.
-Na ogół nie pomagam ludziom, ale zrobi wyjątek… Widzę, że niezłe z was towarzystwo. Gdzie chcecie się udać?
-Podróżujemy na północ potrzebujemy przeprawić się przez Loch Modan. Znasz te tereny.
-Aha też mi pytanie tam się urodziłem… Mogę pokazać gdzie, ale obiecajcie, że pomożecie mi w pewnym zadaniu. W jednej starej kopalni Uldaman zaginął mój przyjaciel. Salmir wybrał się tam, żeby kopać najdorodniejsze bryły żelaza i nie wraca od paru dni. Nie wiem co się z nim dzieje… Normalnie mało bym się przejął ale teraz to on otwiera całą uroczystość.
-Dobrze, jeśli to po drodze pomożemy.
Bohaterowie wraz z krasnoludem Radegastem i jego czarnym wilkiem ruszyli w drogę. Szli nieustannie przez dwa dni. W końcu, kiedy nastał zmrok przekroczyli góry i znaleźli się w Loch Modan. Była to piękna kraina gdzie niebo było tak przejrzyste, że można było liczyć gwiazdy…
-Nareszcie ciepło… To lubię –powiedział jeden z braci.
Rozpalili ognisko i otworzyli butelkę wywaru. Materoth chciał pogłaskać wilka Radegasta, jednak ten zaczął warczeć.
-Drażnisz mi psa…! Tylko ja mogę go głaskać, nikt inny.
-Dobrze, nie wiedziałem…
Wszyscy poszli spać, wilk jedynie nie spał i pilnował obozowiska. Słońce już wschodziło. Braci obudził dźwięk ostrzonego miecza.
-Wstawać musimy wejść do jaskini… A czeka nas nie lada pojedynek.
-Z kim będziemy walczyć? –Zapytał Guingan.
-Ze szkieletami moich braci… moich kochanych rodaków, którzy zginęli w tych jaskiniach opętani przez złe demony i teraz mszczą się na przybyszach. –Radegast odparł z płaczącym głosem.
-Jesteśmy zakonnikami… pomożemy im ukoić swe męki w śmierci.
-Wypalimy te demony świętym ogniem! - Krzyknął Materoth
Weszli do jaskini. Było bardzo ciemno, Odpalili wiec pochodnie, i ruszyli w stronę końca tunelu.
-Nic to nie ma Radegaście. Czy na pewno nie pomyliliśmy jaskiń –powiedział Guingan.
-Wyczuwam nieumarłych bracie.
Nic nie było widać. Tylko mrok i światło pochodni. Krasnolud upadł na ziemie. Światło zgasło.
-Radegaście nic Ci nie jest?
-Mój przyjaciel Salmir leży martwy… jak to możliwe… !! –Teraz klęczał przed zimnym ciałem i płakał jak dziecko.
-Przybyliśmy za późno, nie żyje od dwóch dni. Ciekawi mnie co mogło go zabić. –powiedział Materoth.
Wilk zaczął warczeć podobnie jak przy ognisku.
-To nieumarły walczmy! -Guingan pochwycił swój miecz i ruszył do natarcia.
Walka trwała bardzo długo. Walczyli czterech na niego jednego jednak czarny krasnolud absorbował wszystkie zadane mu obrażenia.
-Musimy uciekać nie damy rady go pokonać. -krzyknął Radegast.
Krasnolud podniósł do góry swój młot i ogłuszył niumarłego, a bohaterowie wybiegli z jaskini.
-Niestety nie żyje… tego się obawiałem. Przybyłem za puźno.- Radegast cały czas płakał i nie mógł pogodzić się ze śmiercią przyjaciela. –Dobrze teraz jak wam obiecałem zaprowadzę was do miejsca gdzie będziecie mogli skorzystać z gryfów i przedostać się dalej na północ.
Po dwóch godzinach dotarli do Thelsamar gdzie pożegnali się z Radegastem i polecieli na północ. To dopiero początek tego co będzie ich czekać…



Historia by Sayggandquit & Marcelus

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026