|
Post #1
13 Apr 2006, 13:15
Strona z dziennika Mistrza
15.10.2003 18:29 Tak, tak, tak! Właśnie tak! Oko jaszczurki, ząb mojego młodszego pomocnika i podstawa wywaru ze strony 3564 „wykorzystywania oka jaszczurki w magii popularnej” i mamy doskonały eliksir na porost wąsów. A jednak jestem genialny! 19:16 Całkowita klęska! Kot Barnaba (ten który kiedyś był moim pomocnikiem) przewrócił, niby przypadkiem, kociołek z moją wspaniałą mieszaniną. Jestem pewien, że zrobił to z zazdrości o swego następcę. Jonasz umie jednak coś więcej niż trwale zamienić się w kota. Mam nadzieję, że tym razem nic mi nie przeszkodzi. Została już tylko jedna szansa, bo zużyłem aż dwadzieścia trzy Jonaszowe zęby, a należy pamiętać, że wcześniej przygotowywałem eliksir „śmierdzącego bobka”, co kosztowało go osiem nowych (oczywiście na mój koszt). 20:00 Mój kochany pomocnik właśnie kończy szukać resztek nietoperzych kiszek na strychu. Powinienem pamiętać, że nigdy nie dodaje się zębu młokosa (wybacz Jonaszu, ale muszę użyć tego określenia) przed sproszkowanym ogonem jeszczurki bo niezależnie od reszty powstaje „mały armagedon”. Można o tym przeczytać w książce „Zrób to sam- podręcznik dla każdego”. Czemu nie przykładałem się bardziej do zajęćw akademii? Obawiam się, że łatanie dziury w podłodze potrwa parę dni. 23:49 Jedno jest pewne: moja babcia kłamała mówiąc, że pomimo tych swoich 670 lat nadal ma własne, zdrowe zęby. Sztuczna szczęka, która wyskoczyła z kociołka próbowała odgryźć nogę Barnabie! Ach Jonaszu!- sam widzisz, że jesteś niezastąpiony! 16.10.2003 10:12 Szukam od rana i nigdzie go nie ma! Nie spodziewałem się po nim takiego braku punktualności. Słońce już wysoko na niebie a jego jak nie było... 11:16 ... tak nie ma i nie będzie. Z trudem mogę powstrzymać łzy! Co ja mu takiego zrobiłem, co ja mu zrobiłem?! Miał wolne kiedy chciał (a przynajmniej w ostatnią fazę planet min, jakieś półtora roku temu), jedzenie i dach nad głową, chociaż przyznaję, że trochę przecieka (dach, nie Jonasz). A teraz w zamian to? Znalazłem go na biurku parę minut temu. Nadal nie mogę uwierzyć: „Mistrzu mój-pisze Jonasz-obawiam się, że to koniec. Nie wiń się za to, to moja własna decyzja. Straciłem wszystkie zęby i ponad dwie trzecie włosów, a wierz mi, nie chcę stracić też ręki. Muszę więc, w trosce o swe własne zdrowie i życie, opuścić Cię Mistrzu jeszcze dziś. Wybacz! Dziękuje za te trzy ostatnie lata nauki, wierzę, że w końcu znajdziesz kogoś, kto nie zamieni się w kota, nie ucieknie, ani nie postrada zmysłów na skutek pomylenia fiolek z medykamentami. Może kiedyś znów się spotkamy – liczę na to, z poważaniem twój były uczeń Jonasz p.s. Klucze zostawiam na komódce obok akwarium piranii” Nie wiem co o tym myśleć? Sprawdzę czy w gazecie nie ma nekrologu, ani wiadomości o wypadku. Dziwne dzieje Jonasza 17.10.2004 12:23 Mam na imię Jonasz i prawdopodobnie jestem najbardziej plugawą kreaturą jaka stąpała kiedykolwiek po tej ziemii. Cały rok nie widziałem Mistrza. Postanowiłem wrócić i co zastaję? Ptaki zrobiły sobie gniazda na półkach z odczynnikami, rośliny przeplotły dom ciężkimi zwojami gałęzi i łodyg na wskroś, nie ma ponad jednej czwartej dachówek, a odchody smoków bagiennych (które zrobiły sobie legowisko w moim pokoju), wyściełają całą podłogę. Mistrza nie ma w całym tym zrujnowanym domostwie. Tylko jego dziennik skończony równo z dniem mego odejścia... Jeżeli dowiem się, że Mistrz popełnił jakieś głupstwo, nigdy sobie tego nie daruję. A wracając do smoków- nie wiedziałem, że mogą wyrosnąć do takich rozmiarów. Imponujące! 13:35 Nigdzie go nie ma. Sprawdzałem jeszcze raz, wszędzie z takim samym skutkiem. Rozprułem nawet te olbrzymie smoki, chociaż wątpię by którykolwiek chciał zjeść Mistrza.Z tego co pamiętam, musiał być strasznie ciężko strawny. Nic się tu nie zmieniło, nie widać śladu walki, czy porwania oprócz oczywiście zaniedbania, nawet dziura w podłodze dokładnie taka, jaką pamiętam. Wszystko wskazuje na to, że Mistrz zniknął zaraz po moim odejściu. O ja nieszczęsny! Muszę go znaleźć. Ciekawi mnie też co stało się z tym pokęconym rudzielcem. Barnaba, zdaje się, tak chyba miał na imię. 13:46 A jakże, kot leży w plamie słońca i obserwuje mnie z parapetu jak bazgrzę po kartce. Zdaje się, że trafne jest powiedzenie: złego licho nie bierze. 14:00 On GADA. 14:13-parę minut po otrząśnięciu się z szoku Podszedłem do okna, chciałem je zamknąć. O tej porze roku bywa w Lenhorii dosyć chłodno. Tak więc wyciągam ręce i słyszę: - Czego? Rozglądam się po izbie- nikogo nie ma. - No czego, pytam. – znów słyszę głos – Zimno? O jak mi przykro! To może ruszysz tyłek i rozpalisz w piecu, co? Najpierw powybijało się wszystkie cieplutkie smoki a teraz jeszcze narzeka! - Ej – krzyknąłem – pokaż się. Kto do mnie mówi? - Ja, idioto. – burknął – Na dodatek jeszcze ślepy. No co się tak gapisz? Uczeń czarnoksiężnika, a nie widział kota? - Gadającego kota. – poprawiłem patrząc na rudą kulę przemawiającą do mnie beztrosko-Nie, absolutnie, w tym nie ma nic dziwnego. - Teraz już lepiej. Zasuwaj do roboty. Słońce dawno już zaszło. Rzeczywiście trochę chłodno. - Jeszcze jedno. Czy ty rozumiałeś wszystko przez te trzy lata, tylko nic nie mówiłeś i udawałeś, że zamieniłeś się w zupełnie zwykłego kota? - A jak myślisz? - Mówiłem do ciebie Mruczku... – wyszeptałem z wyrzutem. - No zastanów się kto wtedy bardziej cierpiał? - ...płakałem, i opowiadałem o swoim życiu... - Tak, tak masz prawo mi współczuć. - ...brałem wieczorami na kolana i drapałem po brzuszku. - Oh, tak, to mi się podobało. - Mruczku... - Mam na imię Barnaba! 18.10.200-któryś-tam-rok 02:03 Akcja poszukiwania Mistrza rusza pełną parą. Kot-nie-do-końca-zwyczajny (Barnaba), zapiera się, że Mistrz zniknął w czasie jego poobiedniej-przedprzedpodwieczornej drzemki. Od tamtej pory nie widział go w domu. Wziął tylko laskę i starą Omnt-Limtn, księge własną każdego czarnoksiężnika, i wyruszył nie wiadomo dokładnie kiedy, jak i z kim. Jak złośliwie twierdzi Barnaba, staruszek ześwirował i dał się ponieść wiatrowi zachodniemu, który jak wiadomo jest wiatrem magicznym, odczuwalnym tylko dla czarodziejów i osób z tą całą magiczną bzdurą związanych. Ja tam nie wiem, ale jedno jest pewne – gdybym nie odszedł nic by się nie stało, chociaż moje ciało zapewne straciłoby wszystkie ludzkie cechy. 3:15 Ocho! Praca wre! Zawszeni (nie mniej od samego Barnaby) szczurzy kumple kota-nie-kota przeszukują wszystkie polne, podziemne, kanałowe i ściekowe drogi (za dosłownie kawałek sera) i wszystko zaczyna wyglądać całkiem optymistycznie. I pewnie dobrze by się skończyło gdyby: - Barnaba nie zrobił się głodny, - Szczury nie podniosłyby ceny do dwóch kawałków za godzinę, co ostatecznie rozzłościło Mruczka (on uwielbia cheddara), - Nie pojawił się niedobitek smokopodobnej pokraki, - Przestałbym nazywać Barnabę Mruczkiem (dostał ataku dzikiej furii i powybijał naszych cennych pomocników). Jestem przerażony. Co teraz zrobić? Nie wiem nawet Czy Mistrz jeszcze żyje. Jest jednak pewien sposób by się o tym przekonać. Jako mag mogę przecież swobodnie przemieszczać się do Recepcji. Niech Bogom będą dzięki za nieomylny system rejestracji dusz zabranych z tego świata. Nic prostszego. Trzeba tylko znaleźć przejście do wymiaru Recepcji. 3:26 Spokojnie, bez paniki. Barnaba pomaga mi szukać. Zaraz wszystko się wyjaśni. 3:30 Na Bogów Sklepienia i wszystkich ich cherubinów! Gdzie jest portal?! Jak można zamaskować półtora metrową dziurę? Barnaba gdzieś zniknął. 3:40 Znalazłem go w końcu. Wisiał ostatkiem kocio-nie-kocich sił na krawędzi dziury i rozdzierająco miauczał. Przynajmniej znalazł to czego szukaliśmy. 12:43 Byłem tam. Jak gdyby nigdy nic opuszczam się z podłogi w głąb dziury, puszczam krawędź i w końcu ląduje miękko w przedsionku. Tu należy pobrać numerk i cierpliwie czekać na swoją kolej. Tak więc wziąłem numerek (293846756128926365473541231987984374983665454435..., w każdym razie byłem jąkąś sześćset piędziesiątą osobą w kolejce) i zająłem wyznaczone mi krzesło. Ich plusem było to, że nie trzeba było z nich wstawać, poruszały się same, albowiem każde z nich było wyjątkowo mocno zaczarowane zaklęciem Locomus’a. Usiadłem między człowiekiem, podejrzewam, że mężczyzną, z okropnie zniekształconą głową (była taka mała, pomarszczona, trochę jak u noworodka – obrzydliwe), a karłem z przerażająco wyłupiastymi oczyma i grotem strzały tkwiącym dokładnie pośrodku czoła. Jakoś nie miałem ochoty wiedzieć jak zginęli ani przyłączać się do rozmowy na ten temat. Godziny mijały, nie mając co robić „podpływałem” na moim siedzisku do osób w poczekalni i wdawałem się w rozmowę o ciekawych przypadkach. Dowiedziałem się tysiąca zaskakujących rzeczy takich jak, na przykład, że wokalista znanego zaspołu „Tru w Badurzy” zginął wskutek wygrania zakładu o to, czy odważy się wsadzić głowę w paszczę znajomego lwa, a także aby nigdy nie drapać się odbezpieczoną różdżką, no-wiadomo-gdzie. Tym bardziej, jeśli jest to trefna różdżka i sama czasami odpala, tak jak to się zdarzyło jednej z szkaradnych wiedźm, znanych powszechnie jako Trzy (w chwili obecnej już Dwie) Wiedźmy. W końcu czekanie zaowocowało wyczytaniem mojego numeru i podleciałem do malutkiego pokoiku Recepcji mieszczącego zaledwie biurko i dwa krzesła. Jedno z nich zajmowała postać z pustymi czarnymi oczodołami i kosą na ramieniu. Drugie czakało na mnie. Gdy tylko zająłem krzesło odezwał się głos podobny do dżwięku głuchego łoskotu opadającego wieka trumny: - Czego sobie życzysz i kim jesteś? - Ja... No... – Śmierć cierpliwie czekał ale ja nie wiedziałem od czego zacząć. - Zaraz, zaraz... Ja cię znam! Ale mięliśmy mieć spotkanie dopiero po szóstej wieczór. Nie, na pewno się nie pomyliłem. Jonasz, tak? – spytał z nutką zdziwienia, o ile wieko trumny może wogóle tak zabrzmieć. - Jak to: „Mamy dziś spotkanie”. Hola! Co to ma znaczyć? – krzyknąłem zrozpaczony. - To chyba jasne. Dziś po szóstej w Serfes. Jakiś festyn czy coś. Zdaje się, że miałeś być połykaczem ognia... - No to wszystko jasne. Festyn odwołany z powodu suszy w królewskich winnicach. Po sprawie! – zawołałem z ulgą. - Czemu mi nikt nie powiedział? – mruknął Śmierć lekko obrażony. – Już cię wpisałem w bilans, przecież musi mi się zgadzać liczba przed i po wykonaniu obowiązków. Kim ja cię zastąpię? - Przykro mi... – odparłem chociaż wcale nie było mi przykro. Wręcz przeciwnie. Żołądek podchodził mi do gardła - Ale... Nie wybierasz się czasem...? - Absolutnie! – Wrzasnąłem i dodałem po chwili – Poza tym, to przecież z tysiąc mil stąd! Jak niby miałbym się tam znaleźć do wieczora? - Ministerstwo sprawiło nam niezawodny system teleportacyjny. - Nie! - To wcale nie będzie bolało. - Nie! - Drań! - Ciekawe jak ty byś się czuł gdybyś... - Miał umrzeć? – Przerwał mi w pół zdania. - Nie ważne. Patrzył na mnie w zamyśleniu o ile wogóle można tak było powiedzieć spoglądając w puste oczodoły bez wyrazu i martwą, białą czaszkę opalizującą lekko. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie – jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. - Co cię więc do mnie sprowadza? Nie jesteś martwy i nie chcesz oddać mi przysługi, jaki więc możesz mieć interes? - Szukam mojego Mistrza. - Nie ma go tu. - Skąd możesz to wiedzieć? Nie zapytałeś nawet jak się nazywa! - Od paru lat nie przybył już żaden mag. Dlatego tak mi zależało na wieczorze. Może jednak? To na prawdę nie boli... - Nie! Wyszedłem i trzasnąłem drzwiami. Dosłyszałem coś w stylu „wredny padalec”, ale nie miałem ochoty tam wracać by się upewnić. Weszła kolejna osoba, a ja w jakiś cudowny sposób, całkowicie niezależny od mej woli, znalazłem się znów w domu. Jedno już wiemy na pewno: Mistrza tam nie ma. Dalej nie wiemy: gdzie jest Mistrz i kto zjadł ostatni krążek Brie. 19.10.2004 rok 08:25 Wiele razy zastanawiałem się jak to jest: zamienić się w kota bezpowrotnie. W czasie praktyk u Mistrza zdarzało mi się zamienić co prawda w żabę, krogulca a nawet w rosół, ale wracałem zawsze do swojej postaci po paru minutach. Czas więc zapytać go jak to się stało. Mam nadzieję, że to go nie urazi. - Barnabo, – zacząłem – zastanawia mnie, jak to jest być... no wiesz, tak na stałe... - Kotem? A co w tym zastawiającego? Rozumiem. Chcesz wiedzieć jak to się stało? Jasne. Nic wielkiego. Mistrz – powiedział i dodał w kocim języku słowo, jak mi wytłumaczył oznaczające mniej więcej tyle co „biegający po kałuży bez butów w najgorszą burzę i wołający Najwyższego obrażliwie, po imieniu, którego nie wolno wymawiać na grzbiecie wilka” – był właśnie na tropie przepisu z którego dałoby się sporządzić eliksir na porost włosów. Jak sam widzisz udało mu się. Na mojej, wtedy łysej, czaszce pojawiły się mocne, błyszczące włosy. Minutę póżniej byłem już kotem. Nieodwracalnie – dodał z grymasem. - Nie próbowaliście tego zmienić? - Jasne. Wielokrotnie. Ale nigdy nie dało to rezultatu. W końcu Mistrz wynalazł miksturę zezwierzęcenia (po jej wypiciu, rozumieją cię tylko zwierzęta), nie wiedział jednak, że ma ona tylko tymczasowe działanie. Ja nie widziałem potrzeby uświadamiania go. Nie wiedziałem co powiedzieć. Barnaba wyrażnie nienawidził Mistrza. Nie rozumiałem jednak czemu mimo to został tu z nim i ze mną, kiedy już mógł, zamieniony w kota, zniknąć z tego miejsca na zawsze, a także czemu mi pomaga. Nie byłoby chyba najlepszym pomysłem pytać go o to. 12:23 Uczone szczury Barnaby przyniosły interesujące wiadomości: Lenhoriański mag wisi na krawędzi Wesołego Urwiska – najbardziej przygnębiającej części kraju: miejscu, z którego wylatuje codzień magiczny wiatr zachodnii. Z początku chciałem wyruszać od razu, ale Barnaba stanowczo się opierał. „Niech sobie powisi, złego licho nie bierze” – powiedział, a ja odkryłem, że zaczynają boleć mnie protezy zębów, więc nie protestowałem. Poczeka do wieczora, a nawet jeśli nie, to przecież „nie będzie bolało”. Prawda? 19:50 – Po bezowocnej dla nas akcji ratunkowej Dotarliśmy do „Wesołego...” i co widzimy? Nad przepaścią zwisa jakiś sędziwy mag w haftowanej gwiazdami niebieskiej tunice, obok niego siedzi Śmierć i opowiada sprośne dowcipy. Mag ze śmiechu coraz bliższy jest puszczenia krawędzi, co wyraźnie cieszy pustooką postać. Podchodzimy bliżej, słyszę głos podobny do dzwonu pogrzebowego: - To znowu ty? Kiedy wreszcie dasz mi spokój? Oferta już nieaktualna, mam kogoś na twoje miejsce. - Hola panowie, co to ma znaczyć? – pyta mag na chwile przestając się śmiać. - To znaczy, że inny czarnoksiężnik zapełni mu rubryki w bilansie, – odparłem – ale kim ty w ogóle jesteś? - Sir Edward De Pempicze, Siedem Gwiazd Merlina, Order Coperfieldra pierwszej klasy i Najwyższy Lew Odwagi. - To się nazywa zdobycz – zawołał Śmierć. - Dziękuję – odparł Sir Edward, nie bardzo wiedząc czy ma się ucieszyć, czy obrazić. - Świetnie, to my może już pójdziemy... - Poczekajcie trochę, nie chce sam wracać! Tu jest tak strasznie! – Powiedział Śmierć - Ile to potrwa? Zdążymy na kolację? – zainteresował się Barnaba. - Jasne, jeszcze tylko chwila... – odpowiedział pustooki rozmówca – No dalej. Nie przeciągaj tego. – Zwrócił się do wiszącego maga. - Za nic w świecie! - Nie bądź złośliwy! Gentelman skoczyłby! - Nie skoczę! - Nie chcesz spotkać się z św. pamięci małżonką? - Tym bardziej nie skoczę! - No to nie skacz! Jak nie masz odwagi... Odpowiedziało nam głuche pacnięcie. Zaprosiliśmy Śmierć na herbatę. Nie wiedziałem, że to taki miły facet. Robi wyśmienite ciasteczka! 20.10.2004 12:04 Tracę nadzieję, że w ogóle go odnajdę. Zupełnie jak gdyby rozpłynął się w powietrzu. Nie wiem jak mam rozumieć stwierdzenie pustookiego, że Mistrz żyje, ale na ziemi nie ma już takiego człowieka. On sam też nie rozumie oco chodzi, wie i już, taką ma rolę na tym świecie. A właśnie! Śmierć zamieszkał z nami. Szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Nawet złośliwi i kapryśny Barnaba tak mówi, ale szczury już go nie odwiedzają. 14:56 Obawiam się, że czas zapomnieć o Mistrzu i wracać do normalnego życia. Wybacz mi drogi nauczycielu, zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy. Chyba spróbuje skończyć przepis na eliksir porostu włosów. Mielibyśmy dochody zapewnione conajmniej do końca życia, a może nawet dłużej, o ile nasz pustooki przyjaciel już zostanie na dobre. Na razie chyba dołączę do Barnaby i Śmierci. Grają w bierki jakimiś śmiesznymi, małymi kośćmi. Ten ostatni z domowników ma niesamowite pomysły. Aż dziwne, że taka inwencja marnowała się przez tysiąclecia. Spróbuję znaleźć mu pracę w reklamie. Jego dotychczasowa robota go męczy. Coraz więcej jest takich co to nie chcą się żegnać z życiem i trzeba ich przekonywać. Jakby wierzyli, że unikną spotkania z Nim. Nawet Bogów kiedyś to czeka. 21.10.2004 10:30 Jestem już na dobrej drodze do odnalezienia składnika-klucza. Barnaba co prawda odmawia testowania, tłumacząc się, że woli postać kota niż traszki i doradza abym sam próbował mikstur, ja jednek wierzę, że uda mi się go przekonać. Nawet jeśli niechcący coś pomylę i zamienię go w trójnogą jaszczurkę, to jest to poświęcenie, na które jestem gotów. 11:54 Śmierć już próbował jednej z moich mikstur i u ramion wyrosły mu skrzydła. Jest bardzo zadowolony. Przez chwilę myślałem, że jest to epokowe odkrycie, jednak gdy w końcu poprosiłem kota-który-nie-jest-kotem aby skosztował eliksiru, kolor jego ogona zmienił się na jaskrawy róż. Następne próby na trzech różnych wiewiórkach odniosły podobne wyniki (czarna otrzymała zajęcze uszy, o które non-stop się potykała; szara skurczyła i nadęła się jak balon; ruda zmieniła się w lisa i pożarła pozostałe dwie niezdolne po zmianach do ucieczki). Wolę nie sprawdzać na sobie działania specyfiku. Przemawia mi do wyobraźni wizja Jonasza jako jednookiego koguta. Kiedy to piszę, lustro śmieje się złośliwie. Ono chyba też uważa, że powinienem zacząć od początku. Przynajmniej Śmierć jest zadowolony. Te nietoperzowate, błoniaste skrzydła na pewno ułatwią mu pracę. 14:39 Z niecierpliwością czekaliśmy na obiad. Ku naszemu zdumieniu Barnaba oświadczył, iż od dziś zaczyna nową dietę, polegającą na jedzeniu żab. Chcąc, nie chcąc musimy się odzwyczaić od specjałów kuchmistrza Barnaby. Ech, marnie się ma teraz mój żołądek. Chyba przechodzi jakieś załamanie nerwowe. 16:22 Byłem na spacerze. Lenhoria jest taka piękna. Nasz domek mieści się w środku lasu wysokich dzew o niebieskich i fioletowych liściach. Ponad nami rozciąga się przejrzysto błękitny nieboskłon, w nocy ukazują się na nim dwa blade, okrągłe o tej porze roku księżyce, zwane też Minami Wielkich (cokolwiek to określenie oznacza). Ziemia przeważnie jest pagórkowata, z licznymi jeziorkami i rzeczkami wypływającymi ze szczytów. Przy jednej z takich rzeczułek, spotkałem pewną fascynującą żabę, ubraną w płaszcz przeciw-deszczowy i z laską w pysku. Schowałem ją do kieszeni, zupełnie nie protestowała. Ruszyłem do domu z zamiarem, że gdy tylko spotkam Śmierć poproszę go aby przetłumaczył mi jej słowa (Pustooki zna biegle wszystkie języki, taką już ma pracę). Koniecznie musiałem dowiedzieć się co tak niezwykłego jest w niej. Nie widziałem jeszcze nigdy żaby, która bałaby się wody (płaszcz). Właśnie patrzę na nią, a żaba zdaje się odwzajemniać spojrzenie, zupełnie jakby chciała coś mi przekazać. Muszę odszukać Śmierć. Jeszcze tylko znajdę wysoki słoik i ją weń wsadzę. Mam nieodparte wrażenie, że gdzieś ją już widziałem! 16:41 Nigdzie go nie ma. Żaba dalej wpatruje się we mnie z tym znajomym wyrazem oczu. Nie, to chyba nie jest możliwe... Czy ten płaz może być rozwiązaniem wszystkich moich problemów? Muszę to natychmiast sprawdzić! 17:00 - Barnabo, zeżarłeś Mistrza – wrzasnąłem gdy wpadłem do pokoju i ujrzałem jak ostatnia łapka żaby znika w paszczy kota-nie-będącego-kotem. - Coś ci się pomyliło, mój drogi – odparł na me zarzuty. – To była tylko żaba. Twoja? Przepraszam, myślałem, że złapałeś mi kolację, ale rzeczywiście – ty nigdy byś tego dla mnie nie zrobił – dodał ze zgrzytem. - Ależ to był Mistrz! Żaba – Mistrz miała w pysku laskę. Sprawdziłem w rejestrze: laska dębowa, dwa metry (po powiększeniu, oczywiście do normalnych rozmiarów), z prawej stopy Enta. Niezwykły, jedyny egzemplarz. Obecny właściciel – Gordney Gremp. - To on tak ma, to znaczy miał na imię? - ... – zignorowałem go i ciągnąłem dalej. – W chwili złości i sprzeciwu potrafi sama wypowiedzieć zaklęcie, zmieniające właściciela w żabę. Jest ono łatwo odwracalne. - Skąd mogłem wiedzieć? - Na Bogów! Nie wydawał ci się znajomy? Ale to nic. Nie widze Śmierci. Zapewne Mistrz-żaba jeszcze żyje. Wystarczy zrobić małe płukanko... - No to nic z tego! Śmierć poszedł do agencji na przesłuchanie w sprawie pracy. Teraz jego obowiązki przejęli Niewidzialni. - A więc nic straconego. Ich także jeszcze nie widać. - Przecież mówię, że Niewidzialni! Zapewniam, że jeśli to wogóle był Mistrz, przeniósł się już na Pola Elizejskie! - Czyli to koniec! - To koniec – zgodził się Barnaba czkając głośno. Mam wrażenie, że Barnaba wiedział kim była żaba i zrobił to świadomie, ale ból sztucznych zębów znów powrócił i spostrzegłem, że chyba, tak naprawdę chciałem, żeby taki był finał. 26.10.2004rok 13:34 Po śmierci Mistrza wszystko nagle stało się prostsze. Z dnia na dzień jestem bliżej uzyskania upragnionego eliksiru, wynalazłem za to już miksturę łysienia (dzięki to której koncerny farmaceutyczne i kosmetyczne leżą mi u stóp, jako, że jest to jedyny 100% skuteczny kosmetyk stale depilujący punktowo) i w zasadzie mamy pieniędzy w bród. Śmierć pod pseudonimem „Pustooki” robi zawrotną karierę w reklamie, tak samo zresztą jak Barnaba, którego tresowane szczury podbiły serca wszystkich wielbicieli pokazów cyrkowych. Nadal jednak mieszkamy w starym przerośniętym roślinnością domku z dziurawym dachem mieszczącym się w lesie z drzewami o niebieskich i fioletowych liściach. Barnaba gotuje posiłki (ale przeszła mu ciągota do żab), a Śmierć ciągle namawia nas do gry w bierki, które są jego ulubioną grą. Już nie próbuje mikstur na przyjaciołach. Od czego w końcu są te wszystkie Barnabowe szczury? Z tej historii można wyciągnąć następujące wnioski: - Nie każda żaba jest warta twojej uwagi, czasami lepiej zostawić ją kotu..., - ... bo może to być Twój złośliwy nauczyciel, - Śmierć to dobry moment na reklamę (hasło reklamowe Pustookiego), - Jeśli Twój znajomy to czarnoksiężnik to NIGDY i POD ŻADNYM POZOREM nic u niego nie pij, - To nic nie boli (Śmierć upierał się, by to zapisać, wybaczcie i nie wierzcie mu), - Co dwa tysiące tresowanych szczurów, to nie jeden, - Jeśli Twój kot nic nie mówi to najprawdopodobniej kłamie, - I pamiętaj, że on ma dziewięć żyć a ty tylko jedno, więc zawsze możesz zrzucić na niego winę za stłuczony wazon, kałużę na podłodzę, itp. Parę słów na koniec (tytułem wyjaśnienia), uzupełnione 9.11. 2004 roku. Szczurek Ogórek, ulubieniec Barnaby zostaje posądzony o podburzanie mysiej społeczności po odkryciu w jego altelier paru egzemplarzy sztuki „Jak myszy zjadły Króla Popiela”. Społeczeństwo, a w szczególności Ludzik Z Piernika obawia się zamachów zwolenników tej legendy. Oskarżony tłumaczy się studiowaniem mysiej historii, co potwierdzają wykładowcy na Uniwersytecie. Przedstawienia trwają nadal, hitem przez jakiś czas był numer w którym biała szczurzyca wspina się na wierzę, po czym skacze, a u jej ramion wyrastają śnieżnobiałe skrzydła. Był, ponieważ raz zapomniałem rzucić na nią zaklęcia. Ludzie uwielbiają tragiczne wypadki i zamieszki, toteż Barnaba wyprzedaje bilety na tydzień przed występem. Szczurki zaczynają coś przebąkiwać o prawach i urlopach. Lada dzień spodziewamy się wizyty przedstawicieli związków zawodowych. Przebiegły nie-kot już zaczyna tresować lemingi. Mam nadzieje, że nie każe mi wyczarowywać dla nich skrzydeł! Pustooki wydał swoją pierwszą, autobiograficzną książkę „Śmierć uderza z półobrotu”. Prawdopodobnie dwa miesiące później: Wszedłem do niewielkiego gabinetu. O dziwo pani w recepcji była całkiem miła i skierowała mnie od razu do doktora. Patrzyła na mnie jakoś tak... Wystrój przypominał trochę skrzyżowanie trolowej gospody z lasem jednoroców. Gdzieś po środku stał wypchany grell. Nie zdążyłem się jednak głębiej zastanowić, kiedy usłyszałem znajomy głos: - Proszę położyć się na kozetce i pomyśleć o czymś relaksującym. - Pustooki co tu robisz? – Zapytałem zdziwiony. - O, to ty Jonaszu! Jakto, co robię? Pracuję... Rozluźnij się, zaraz wyjdę. Głos dobiegał zza niewielkiego przepierzenia. Znając przyjaciela mogłem tylko domyślać się jak to będzie wyglądało. Wyszedł w końcu, ubrany w elegancką szatę, z okularami na nosie i jakiś taki bardziej cielesny. - Jak się czujesz? Możemy zacząć? – Rzekł normalnie, wręcz profesjonalnym tonem. - Najpierw to ja cię o coś spytam! – Liczyłem na pomoc, nie od raz śmierć. – Jaką masz wiedzę na temat psychologi? I co z poprzednią pracą? Przyszedłem po pomoc! - Czytałem podręcznik! – Odparł z wyrzutem. – To nie jest takie trudne jak się wydaje, szczególnie posiadając moje umiejętności. Powiedz, kto zna cię lepiej? - I dlatego muszę wydawać 200 sztuk złota na godzinę? Nie mogłeś zrobić mi sesji w domu? - Proszę o spokuj! – Zmienił ton. – Skoro tak przejmuje się pan pieniędzmi to nie traćmy czasu. Jak mniemam przybył pan po poradę? - Zgadza się. Więc od czego zaczynamy? Urodziłem się? Dorastałem? Jakieś hipnotyczne sztuczki? - Nie potrzebuje tego. Mam już gotową hipotezę. Cierpisz na krotochwilne zaburzenia osobowościowe, połączone z projekcją multiwymiarową. - Eeee? - Ja też nie rozumiem... Ale według podręcznika i mojej skromnej opinii jesteś kompletnym wariatem. I bez wątpienia najgorszym magiem w historii. - Ejże! Co to ma znaczyć? Wypraszam sobie! – Doprawdy, bezczelny był, musiałem protestować! - To znaczy, że jesteś kiepski, zły, beznadziejny. Tworzysz światy, ale nie potrafisz dokończyć porządnie nawet jednego zaklęcia. Jesteś beznadziejny. - TAK?! - Tak. Opadłem z sił. Co gorsza, wiedziałem że ma rację. - No dobrze więc. – Zacząłem po chwili zrezygnowany. – Wiesz jak mi pomóc? - Jest tylko jedna rada. Zamiast tworzyć wrota do innego świata, musisz przejść przez już istniejące. Tak byś mógł tam zacząć wszystko od początku i nie dał rady nic zniszczyć. - To znaczy? - Mroczne Wrota, to moja odpowiedź. - Mroczne wrota? To nie czasem jeden z goblińskich drinków? Mam się upic? - Nie te „mroczne”, pacanie! To portal do świata. Przy odrobinie szczęścia uda ci się tam dostać. - Zrobię co mi powiesz. Mam dosyć tkwienia tutaj. Widzisz jak ja wyglądam? - No to do dzieła. Eeee, poczekaj, gdzieś to miałem... Grzebał i grzebał aż w końcu wyciągnął mały, srebrny gwizdek z kieszeni płaszcza. - Jak będziesz gotowy to po prostu dmuchnij w to. – Powiedział i podał mi przedmiot. - I to wszystko? Już? Tylko tyle? Nie ma Rozmowy, Oceny ani Testu? - Dowiesz się na miejscu. To wszystko. - Tak, to znaczy... Jejku, dzięki! – Wydukałem i skierowałem się szybko do drzwi. - Khem... Jeszcze jedno Jonaszu. Należy się 350 sztuk z złota. - Za co? Przecież byłem tu może z pół godziny! - Czterdzieści pięć minut rozmowy plus inkrustowany ametystem gwizdek. - Założe się, że to szkło! - 450! Kanalia. Dzisiaj. <To najrozsądniejsza data jaka przyszła mi do głowy> Nie wiem gdzie się znajduję, ale jest tu ciemno i wilgotno. Na domiar złego co chwile odlatuje mi dolna szczęka. Niechno ja złapie pustookiego, a już się policzymy. Ani na chwile nie opuszcza mnie wrażenie, że jestem martwy... Obym tylko nie zgubił pamiętnika! Rasa: Ludzka, w stanie zwanym nieumarłym Klasa: Mag (najgorszy, żyjący czy też nie) Wygląd: Da się streścić jako: ciało wyłowione po trzech dniach dryfowania w rzece, w najcieplejszym miesiącu. Znaki szczegółne: Wszechobecny brak obejmujacy najróżniejsze partie ciała Jest to historia Jonasza, a przynajmniej jej wycinki które nadawały się do druku. Spisana ręką Pokornego Skryby. Pamiętnik został znaleziony, więc proszę nie posądzać mnie o kradzież! Cechy postaci mam nadzieję, że widać w tekście i nie trzeba dodawać akapitów z opisem. |
|
Post #2
13 Apr 2006, 13:49
Hehe smieszne troche ale fajne tylko ze 1 wada to to ze jest za dlugie 😊
|
|
Post #3
13 Apr 2006, 13:57
😢 skrócić?
|
|
Post #4
13 Apr 2006, 14:58
WSPANIAŁE , KAPITALNE, BOSKIE !!!!!!
wielki RESPEKT dla ciebie gościu, napisałeś to w formie pamiętnika co bardzo mi się podobało no i te teksty 😀 kurde można się przy tym nieźle uśmiać 😂 szkoda że wybrałeś hordę (nieumarły) |
|
Post #5
13 Apr 2006, 19:28
Dziękuję bardzo 😊
Co do wyboru hordy, to jestem pewien, że Aliance nie chciałoby mieć takiego nieudacznika po swojej stronie 😉 |
|
Post #6
13 Apr 2006, 20:14
QUOTE(Jonasz @ Apr 13 2006, 07:28 PM) Dziękuję bardzo 😊 Co do wyboru hordy, to jestem pewien, że Aliance nie chciałoby mieć takiego nieudacznika po swojej stronie 😉 [right][snapback]14737[/snapback][/right] Nieudacznika ? Każdy zostanie przyjęty z otwartymi ramionami do Aliance bo jest ich najmniej. Może w 2 części znajdziesz jakiś kamień dzięki któremu staniesz się znowu człowiekiem ? Albo pogadasz ze swym kumplem śmiercią ? co? |
|
Post #7
13 Apr 2006, 20:20
To zobaczymy jak w ogóle konto dostane. 😉
A kto wie co wymyśli ten wariat. Już teraz mnie nieźle załatwił... Obym nie skończył jako ork. |
|
Post #8
13 Apr 2006, 21:01
QUOTE(Jonasz @ Apr 13 2006, 08:20 PM) To zobaczymy jak w ogóle konto dostane. 😉 A kto wie co wymyśli ten wariat. Już teraz mnie nieźle załatwił... Obym nie skończył jako ork. [right][snapback]14739[/snapback][/right] weź edytuj tego "wariata" bo wogóle konta nie dostaniesz, ja jestem w trakcie pisania swego opowiadania. |
|
Post #9
13 Apr 2006, 21:24
Nie bardzo rozumiem... to za słowo wariat można tu nie dostać konta?
Przecież pustooki to wariat i do tego kiepski zartownis. Jak mam napisac? Normalny inaczej? :/ |
|
Post #10
13 Apr 2006, 21:51
QUOTE(Jonasz @ Apr 13 2006, 09:24 PM) Nie bardzo rozumiem... to za słowo wariat można tu nie dostać konta? Przecież pustooki to wariat i do tego kiepski zartownis. Jak mam napisac? Normalny inaczej? :/ [right][snapback]14742[/snapback][/right] hehe myślałem że chodzi ci o Admina 😀 a z tym panem Pustookim to nigdy nic nie wiadomo 😀 😂 🙄 |
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |