📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Kronika gildii Władcy Smoków - Rozdział pierwszy
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 26 Apr 2006, 18:42
Kronika gildii Władcy Smoków

gawędowo spisana przez Artiffa palladyna w służbie światla etc., etc.


*************

Rozdział pierwszy opisujący ponowne powstanie gildii


******Dzień pierwszy: Spotkanie po latach*****

Pewnego razu wędrowaliśmy w trzech z Nuzifaxem i Birkowem po krainie Azeroth... Cóż tam robiliśmy lepiej nie mówić. W każdym razie, gdy dzień zbliżał się do końca postanowiliśmy schronić się w karczmie. Gdy weszliśmy do głównego pomieszczenia tawerny, usłyszeliśmy gromki, lekko podpity głos krasnoluda:
-Ach, stare dobre czasy...Bohaterskie czyny, to co zawsze pozostaje w pamięci krasnoludów, ludzi a nawet... ekhm... elfów. Zapewne slyszeliście o gildii zwanej Władcami Smoków... Taak kiedyś do niej należałem. To były czasy... Jeśli chcecie usłyszeć jakąś część naszej historii, to usiądźcie tu przy kominku... A ja za ciepłą strawę opowiem wam jedną z naszych wypraw...

Nuz w tym momencie zrobił minę jakby zobaczył ogra wygłaszającego wiersze i przerwał mówiącemu krasnoludowi:
-Grunagar czy to ty??

-Ach, wiedziałem że za dużo wypiłem... – odpowiedział na krzyk Nuzifaxa łowca – widzę umarłych. Co wy tu podajecie? Sok z zombie?!

-Myślałem że pan zamawiał... – wtrącił nieśmiało karczmarz, który by bez wątpienia dostał przez łeb krasnoludzkim toporem wysuwającym się z nieprawdopodobną prędkością zza pasa, gdyby nie jeszcze szybsza reakcja Nuzifaxa przytrzymująca mu rękę.

-Ależ stary, co ci się stało, uspokój się... to naprawdę ja.

-Przecież ty nie żyjesz... Wy wszyscy nie żyjecie... ja też tak na prawdę nie powinienem żyć... –Grunagar wpadł w bełkot... Po kilkudziesięciu sekundach, gdy krasnolud się już uspokoił, Nuz ciągnął dalej:

-Słuchaj Grunagar, nie wiem jak się to stało, że żyjemy po całkowitym spopieleniu przez Onyxię, ale jak widzisz jesteśmy tu i rozmawiamy z tobą... inni też nas widzą... Artiff zdążył już w końcu zamówić i wypić trzecie piwo... To musi być on... widziałeś gdzieś większego chleję (w tym momencie postanowiłem zaprzestać pisania, gdyż mogłoby to wpłynąć negatywnie na umysł młodego odbiorcy, jaki kiedyś mógłby dotrzeć do tej książki)

-No dobra... Wierzę ci – rzucił okiem na mnie – pozwólcie jednak, że dokończę zaczętą już historię... A ty Artiff co tam skrobiesz ciągle?

-Nieważne, wytłumaczę ci później, opowiadaj...


******Opowiadanie Grunagara, w moim swobodnym przekładzie po zaciągnięciu opinii u innych członków gildii******


Nasza gildia pamiętała stare czasy... Była jedną z potężniejszych na nowym kontynencie... Na nazwę Władcy Smoków, orkowie usuwali się byle dalej, a chłopi wyciągali ręce po zapomogę... tak kiedyś byliśmy potężni. Jednak po okresie największej świetności gildii zaczęło się coś w niej psuć... Staliśmy się straszliwie chciwi, a uzbrojenie kute przez naszego gildiowego kowala nie wystarczało nam... zapragnęliśmy zdobyć potężne artefakty... A te jak wiadomo znajdują się w rozległych skarbcach smoków... Zaczęliśmy więc odwiedzać (i zabijać) smoka po smoku, aż wreszcie chciwość zaprowadziła nas do Niej...

****
-No chłopaki... Polejcie jeszcze kufelek – krzyknął Birkow – chyba się nie doczekamy dzisiaj tego (ekhm) starego capa Artiffa, idziemy sami!!

-Ależ człowieku – odkrzyknął Raowin – będzie jeden kandydat na befsztyk mniej... To zmniejsza nasze szanse o jakieś...

-A co mnie obchodzą szanse... chce wypróbować nową zbroję i nowy topór... jeszcze nie był chrzczony w boju od kiedy znalazłem go przy poprzednim smoku

-Spokój! – krzyknął Grunagar – Chyba to ja tu dowodzę... Na razie jeszcze nie wiemy gdzie dokładnie jest smok... Domyślam się tylko że gdzieś w tym rejonie... Jeśli go w końcu wytropimy... to wyruszymy jutro o świtaniu... Bez Artiffa, jeśli to konieczne... Ave Władcy!

-Niech żyją! – odpowiedział chór głosów

Reszta nocy minęła w atmosferze głośnej zabawy...

****
Kiedy wstali następnego ranka, przybiegł jeden z wieśniaków... Drżącym głosem zaczął mówić:
-Litościwi, szlachetni panowie bez skazy...
-Dobra, dobra o co chodzi? – odezwał się Grunagar. Wieśniak przełknął ślinę i z licznymi wstawkami typu „szlachetni panowie”, kontynuował:
-Ten duży smok... On zaatakował naszą wioskę... Spalił domy, pożarł kury, zjadł krowy, schrupał kozy
-Dobra, dobra, domyślam się o co chodzi... Z jakiej wioski jesteś? – lekko podirytowanym głosem powiedział Grunagar.
-Całkiem niedaleko panie... Na północy... Teraz chyba smok śpi... Pomóżcie nam...
-Odejdź, a my podejmiemy w tym czasie decyzję chłopie! – obwieścił władczym tonem krasnolud, po czym, upewniwszy się że wieśniak odszedł, zatarł ręce i dalej ciągnął już normalnie – No cóż panowie, wygląda na to, że będziemy mieć dziś ciężką przeprawę... I na nieszczęście wciąż nie dotarli wszyscy... No cóż będziemy musieli sobie poradzić w tylu ludzi ilu nas tu jest, wpierw jednak musimy sprawdzić cel... Nuz, zakradnij się do legowiska tej bestii, a reszta przygotować się do wymarszu...

****

Tę część historii usłyszałem już od wyżej wymienionego łotrzyka, później, gdy spotkałem go po raz pierwszy w nowym życiu w tawernie w Goldshire. Starałem się przytoczyć ją najdokładniej ale niektóre fragmenty musiałem usunąć lub zamienić, po zdobyciu wiarygodniejszych wiadomości z innych źródeł...
****
Taaak, to był dzień... będę go pamiętał do końca życia... tego życia... o ile inne fragmenty z poprzedniego wcielenia są osnute mgłą, go pamiętam nad wyraz dokładnie. Gdy w naszym obozowisku słychać było dźwięki przygotowań do wymarszu, ja już byłem daleko... Wsiadłem na mojego czarnego kota, zarzuciłem płaszcz i odjechałem w mrok... Mrok zapytasz? Otóż tak... Tego dnia mimo, że powinno być jasno, niebo spowiły straszne chmury... Było tak ciemno, że las Duskwood w nocy przy tym wydaje się przyjemnym miejscem... No ale nie popadajmy w opisy przyrody... Najważniejsza jest akcja... Zabijając po drodze kilka tych pomniejszych latających jaszczurek, przemykając się pomiędzy większymi, dojechałem na miejsce... Nie przeraził mnie ani wielki kanion, ani wypalona wokół ziemia... byłem przyzwyczajony do takiego widoku... Zszedłem z mojej pantery i kazałem jej zostać na miejscu, a sam zacząłem ostrożnie skradać się do doliny, w której smok urządził sobie legowisko... Gdy zobaczyłem to stworzenie, na chwilę oniemiałem... Co za piękno było ukryte w tym niebezpiecznym stworzeniu... nie widziałem innego równie cudownego, a zarazem groźnego smoka. Taaak to musiała być ona... Onyxia, Matka Wszystkich Smoków...

Nie wiem jak długo się tak na nią gapiłem, ale przebudzenie nie było miłe... zauważyło mnie jedno z smoczych szczeniąt... zdążył niestety pisknąć zanim mój sztylet zagłębił się w jego szyi, czym obudził Onyxię, która jednakże nic nie zrobiła, a jedynie popatrzyła mi się w oczy i położyła się z powrotem... Nie czekałem aż zmieni decyzję, wybiegłem z kotliny, wskoczyłem na mojego kota i przez nic nie zatrzymywany, odjechałem w dal... Ogarnęło mnie nieodparte wrażenie, że przez to jedno spojrzenie w moje oczy, smoczyca dowiedziała się wszystkiego o planowanej wyprawie...

Gdy powróciłem do obozowiska, zaczęło się już ściemniać, ale chłopaki byli gotowi do wymarszu... Streściłem to co widziałem Grunagarowi, a także podzieliłem się z nim moimi złymi przeczuciami:

- Widzisz Grun, nawet Artiff dziś nie przyszedł... Coś jest nie tak, on zawsze wie kiedy ma coś złego się stać... A tak poza tym wielkość tego smoka i to inteligentne spojrzenie...

- Daj spokój Nuz, będziesz się bał tylko dlatego, że ten wiecznie pijany, gadający do siebie dziwoląg (ekhm... ekhm...) nie przyszedł? Masz przecież ciągle jeszcze Birkowa, Rafasa, Raowina i Zarekkona... A inteligencja? Widziałeś kiedyś inteligentnego smoka? Może ten po prostu był zbyt zaspany by cię zobaczyć, zwłaszcza że byłeś w tym swoim ubraniu a to że patrzył się ci prosto w oczy to po prostu był przypadek?

- Skoro tak mówisz... – odparłem wcale nie przekonany, mimo że argumenty wydawały się być całkiem sensowne..

Moje przeczucia jednak okazały się słuszne... Do smoka było podejść łatwo... wydawało się jednak, że droga za nami była powoli blokowana... No cóż nie zamierzaliśmy się wtedy jeszcze wycofywać... Gdy dotarliśmy na miejsce, wydawało się, że Onyxia śpi... Niewiele myśląc, do przodu rzucił się Birkow wymachując swym toporem, zaraz za nim skoczył Grunagar, do trójki dołączył wkrótce i Rafas... Nie schodząc z kota zaszarżowałem i ja... Gdybym powiedział, że była to walka, skłamałbym... Gdybym powiedział że była to szybka robota, zabrzmiałoby już lepiej... Zostaliśmy zmiecieni z powierzchni ziemi jednym oddechem... trwało to tylko kilka części sekundy... zobaczyłem zadowolone oczy Onyxii, a chwile potem ogień... i potem już nic...

*************Powrót do przyszłości***********

Po chwili ciszy, odezwał się Grunagar:
- No, to by było na tyle... A co do mojej reakcji na wasze istnienie... Myślałem że skoro przeżyli Zarekkon i Raowin, to może i wam się udało...

- Oni żyją? – krzyknęliśmy w trójkę

- Nie, no co ty... przecież tyle już czasu minęło... Znalazłem po nich jedynie ledwo dostrzegalne ślady... kilka listów w naszej dawnej siedzibie i jeszcze mniej zapisków...

Znów zapadła cisza... Chcąc rozładować napięcie, wzniosłem toast:
- To jak panowie, za zdrowie Raowina i Zarekkona!

- Masz rację Artiff, nie ma się co zamartwiać, pora raczej wziąć się odbudowę naszej gildii... Jest jednak ten mały problem, że nie mamy z czego jej odbudowywać... jest nas zaledwie czterech...

- Pięciu... Odezwał się nowy głos...

- Kim jesteś? Czemu przysłuchujesz się naszej rozmowie?

- Nie poznajecie starego kumpla z gildii? No tak wyglądam trochę inaczej... Ale spójrzcie na to – powiedział pokazując nam pewien przedmiot, który umiała stworzyć tylko jedna osoba...

-Rafas?! ty także przeżyłeś! Ale jak to się stało? Nie dość że jesteś człowiekiem, to jeszcze wojownikiem... Ech gdybyś nam nie pokazał tego urządzenia, pomyślałbym że się z nas nabijasz...

-No to uwierz niedowiarku... nie ważne zresztą... To jak ruszamy z tą gildią?

-Niestety chyba wciąż nas za mało...

-Spokojnie to ja tu jestem od liczenia – odezwał się Grunagar – znam jeszcze jednego... Nazywa się Belian... Mimo że jest elfem i na dodatek druidem, przypadł mi do gustu.

-Coraz lepiej... Szóstka to już rozsądna liczba... Bylebyś nas z tym Belianem nie wkręcił...

-Spokojnie... Wydaje się być porządny... i do tego miał jakieś kontakty z Raowinem... nie do końca wiem o co chodzi, ale to dzięki niemu trafiłem na ślad naszych starych kumpli...

-Ja też znalazłem jednego – odezwałem się – nazywa się Jorengen... jest magiem... może trochę niedoświadczony, ale wydaje mi się że się nada...

-Nie wiem czy nie za dużo nowych... – odezwał się jak zwykle sceptyczny Nuzifax

-Też go spotkałem – niespodziewanie poparł mnie Birkow – sądzę że na prawdę się przyda...
-No skoro tak mówicie... Ale na waszą odpowiedzialność... Chyba to koniec kandydatur? – odczekał chwilę – skoro tak, to Grun idź do Stormwind, zarejestrować na nowo naszą gildię...

-Bardzo chętnie, ale wydaje mi się że pozostaje jednak jeszcze jedna sprawa... Sądzę, że musimy wyznaczyć nowego przewodniczącego gildii...

-A co z Tobą? Przecież to ty jesteś założycielem...

-Po ostatniej wyprawie... Nie to już nie dla mnie... Wydaje mi się, że następnym w kolei przewodniczącym powinieneś zostać ty... Kto za?

-Ja! – niemal od razu odparł Birkow, po chwili zastanowienia propozycję potwierdziłem i ja. Jedynym który do tej pory się nie odezwał był Rafas... Wszyscy utkwiliśmy w nim wzrok... Wyglądał jakby się kłócił z własnymi myślami... Po kilku długich chwilach odparł jednak...

-Wydaje mi się że to najlepszy wybór... Jestem za...

-A więc sprawa załatwiona... Teraz pora załatwić formalności, ale wpierw trochę snu, bo już zaczyna świtać... Dobranoc panowie... Witajcie w nowych Władcach Smoków...

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026