📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Przygoda Throm'ki w Orgrimmarze
« Wróć do forum  •  1 post(ów) w temacie
Post #1 12 May 2006, 11:15
Rozejrzał się... Na dużej rozległej pustyni można było zaobserwować mnóstwo pomarańczowych skał... Przyglądając się zwierzętom zauważył dużo skorpionów... Nie zdziwił się. Było ciepło, bardzo ciepło. Słońce prażyło niemiłosiernie na całej pustyni pomarańczowym blaskiem i trudno było znaleźć wolne miejsce okryte cieniem. "Więc to jest mój dom... Mój nowy stary dom..." zamyślił się chwilkę po czym ruszył w dalszą drogę. Nad horyzontem było już widać pierwsze miasto, które zdołał zaobserwować w tych krainach. Był to owiany legendą Orgrimmar. Legendą wypełnioną opowieściami o bohaterskich czynach, odwadze i sile. Najwięksi przeciwnicy Orków i Hordy obawiali się tego miasta. Wiedzieli, że trudno je zdobyć, nie mówiąc o próbie jego zniszczenia. Po długim marszu doszedł w końcu do upragnionego celu, jakim było odnalezienie miejsca do życia. Strażnicy pilnujący bramy do miasta zdziwili się na jego widok. Nigdy, bowiem tego Orka nie widzieli, a przecież przez Orgrimmar przewijało się mnóstwo przedstawicieli jego gatunku.
- Throm'ka, nieznajomy...
- Throm'ka, dzielny obrońco swego miasta. Proszę o pozwolenie na wstąpienie do tego szlachetnego miejsca.
- Oczywiście. Każdy Ork jest gospodarzem w Orgrimmarze.
Z głośnym skrzypieniem zaczęły się otwierać wielkie masywne drzwi. Powoli na twarzy Satcha zaczął padać coraz większy promień słońca. Jego oczom ukazał się niesamowity widok. Gigantyczny plac w kształcie koła. Wszędzie było pełno Orków rozmawiających ze sobą, pracujących, spacerujących... Na środku była gigantyczna fontanna w kształcie Orka z maczugą wzniesioną dumnie ku niebu i ubranego w szatę wojownika. Po bokach placu sprzedawcy ustawiali swoje towary i zachęcali do ich kupna. Oprócz zwykłych ludzi i sprzedawców można było zauważyć niekiedy wojowników. Byli oni obrońcami miasta. Jednak co najbardziej rzucało się w oczy z pośród tłumu Orków, wielkiej fontanny i krzyczących sprzedawców to wielki, wspaniale prezentujący się zamek. Satch spostrzegł pewne zbiorowisko orków w pobliżu jednego ze stoisk. Nieśmiało podszedł do zgromadzonego tłumu po czym zauważył jak dwóch potężnie wyglądających Orków siłowało się. Najpierw myślał, że to prawdziwa walka, jednak gdy jeden z nich zaczął walić ręką o podłoże drugi uwolnił go z uścisku. Była to zwykła dyscyplina sportowa. Ork, który był zwycięzcą pojedynku wstał powoli i podniósł ręce do góry wydając niesamowity okrzyk budzący szacunek wśród innych. Był to Baltazar. Wysoki, ciemnozielonoskóry Ork miał godne Orka ciało o idelnych kształtach mięśni. Miał ciemne włosy spięte w kucyk i ciemnego koloru brodę. Jednak co budziło największe przerażenie wśród innych to były jego oczy. Duże oczy z małymi źrenicami w kolorze ognia. Czerwone oczy były rzadkością nawet wśród Orków. Były oznaką waleczności. Baltazar zaczął krzyczeć...
- Ha, ha! To już będzie siódmy pod rząd, czyż nie tak, Turroku? - zwrócił swe spojrzenie do stojącego niedaleko opartego o ścianę rosłego Orka podobnego trochę do Baltazara. Miał on długie, jasne, rozpuszczone włosy i błękitne oczy.
- Masz rację, bracie. Wydaje mi się, że nie znajdzie się nikt kto Cię pokona. - mówiąc to zbliżył się do Baltazara uścisnąć mu dłoń.
- Wiesz jak jest, jestem stary. Mam zmęczone ciało. Może jakiś młodzik spróbuje mnie pokonać, jednak żadnego nie widzę. - powiedział to wystarczająco głośno, by wszyscy w tłumie to usłyszeli.
Wszyscy zaczęli się powoli rozchodzić. Został tylko Satch. Podszedł do Baltazara. Sam nie wiedział czemu akurat z nim chciał porozmawiać jako pierwszym. Może mu się śpieszyło...
- Throm'ka, szlachetny wojowniku!
- Throm'ka, młody orku... Czegoś szukasz? Może chcesz się zmierzyć ze mną? Ostrzegam, że nie dam się łatwo.
- Wiem, widziałem co gotów jesteś uczynić z przeciwnikiem. Chciałem się jedynie spytać o parę rzeczy.
- Pytania kosztują...
- Wybacz, ale nie mam przy sobie nic złota...
- Ha, ha! Źle mnie zrozumiałeś, młodziku. U mnie nie płaci się złotem. U mnie płaci się doświadczeniem w walce, krwią i potem... U mnie płaci się walką!
- Przykro mi, ale nie będę walczył bez powodu... Nie leży to w mojej naturze.
- Nie leży w twojej naturze?! Ha, ha, ha! - Baltazar zaczął się głośno śmiać. - Czyż Orkowie nie są urodzonymi wojownikami? Czyż w ich krwi nie płynie bitewny szał paraliżujący wroga strachem? Powiedz, czy się mylę.
- Nie mylisz się, szlachetny.
- Skąd jesteś? Pierwszy raz Cię tu widzę...
Satch obiecał sobie, że nikomu nie powie, że pochodzi z ludzkiej wioski. Przynajmniej nie na początku.
- Pochodzę z miasta Durretoras położonego na północy krain piasku...
- Hm... Pierwsze słyszę... Nie walczysz za darmo, co? Wyglądasz nieciekawie... Twoje ubranie jest mocno podniszczone...
- Przebyłem daleką drogę, wielki wojowniku.
- Jednak zaciekawiła mnie twoja budowa. Dużo musiałeś ćwiczyć.
- Nie ćwiczyłem wiele, panie. Moje mięśnie są efektem prac w polu. - O niewoli u Elfów również obiecał sobie nikomu nie wspominać, gdyż uważał to za haniebne.
- Prac w polu? Toż musiałeś kosić trawę zębami byka... Żywego i rozwścieczonego... Przyda ci się zapewne coś grosza. Stawiam złotą monetę, że cię pokonam w siłowaniu na rękę...
- Złotą monetę?! Nie mam tyle...
- Jeśli przegrasz oddasz mi swój pas.
"Mój pas? Wyceniany jest on na najwyżej 20 miedziaków... Niemożliwe, żeby on o tym nie wiedział, a jednak..."
- Zgoda...
Siadli przy stole naprzeciwko sobie. Złapali oboje lewymi dłońmi za wystające drewniane kołki. Ten mebel był tworzony z myślą o takich pojedynkach... Napinając mięśnie zaczęli się siłować. Mocno się wysilając po jakichś dziesięciu sekundach Baltazar nie wytrzymał.
- Ałała! Ałała! - wykrzyknął. - Ah... gratuluję, młodziku. Jak ci na imię?
- Zwą mnie Satch.
- A mnie Baltazar... Satch, oto Twoja sztuka złota. - wręczył młodemu Orkowi monetę.
- Dziękuję. Czy mogę teraz cię spytać, gdzie znajdę wodza wioski?
- Wódz jest aktualnie na wyprawie przeciwko Elfom, ale jego syn znajduje się w tamtej wieży. - Pokazał palcem niewysoką wieżę zamku stojącego na samym końcu długiego placu.
- Dziękuję ci. Wybacz, ale muszę cię teraz opuścić, żegnaj.
- Do zobaczenia, młody wojowniku...
Satch oddalił się. Po chwili do Baltazara podszedł Turrok.
- Podłożyłeś się... Widziałem...
- Taak... Młody potrzebował pieniędzy. Dla niego złota moneta to majątek, a dla mnie dzienny utarg... Powiedz no mi, czy słyszałeś o mieście Durretoras?
- Durretoras...? Nie, pierwsze słyszę... Czemu?
- A nic... Zaciekawił mnie ten młodzieniec. Wydaje mi się, że gdzieś już go widziałem... - zwrócił swój wzrok w stronę, w którą popędził Satch.

Postanowiłem napisać dalszy ciąg, mimo braku opinii poprzedniej części...

Z bliska zamek wyglądał bardziej okazale niż jego widok z placu. Gigantyczny zamek z bramą dwa razy większą od bram miasta Orgrimmar. Po bokach wejścia dwie wieże najprawdopodobniej strzelnicze do obrony miasta. Gigantyczny mur obrośnięty gdzieniegdzie mchem budził postrach i szacunek.
- Kto tam?
- Zwą mnie Satch. Przybyłem porozmawiać z synem króla.
- Nigdy o tobie nie słyszałem...
- Jestem tu nowy, ale mam bardzo ważną sprawę odnośnie księcia.
- Jaką sprawę...?
- To usłyszeć mogą tylko uszy księcia...
- Czekaj tu...

W czasie pierwszych pięć minut stał, jednak później domyśliwszy się, że trochę mu to jednak zajmie siadł i zaczął przyglądać się zachodowi słońca. Przy tej porze dnia słońce świeciło niesamowicie oślepiającym, ciemnopomarańczowym blaskiem. "Może jednak wrócę do siebie..." pomyślał. Po chwili dostrzegł bolesną prawdą, jaką był fakt, że nie ma gdzie wrócić. To nie jest jego rodzinny dom. Przynajmniej nie ten rodzinny z matką i ojcem, który miał w kraju ludzi. Mały domek z białej cegły otoczony zielonym lasem i położony pod pięknym błękitnym niebem. Akurat dla trzech osób, które częściej przesiadują na świeżym powietrzu. "Przesiadują" to może złe słowo, bo Satch pracował razem z ojcem przy uprawie roli. Nie jest to łatwa praca, ale ciężki wysiłek fizyczny. Może nie tak ciężki jak niewola u Elfów, ale to jednak coś... Zabolało go to wspomnienie... Nie chciałby wrócić z powrotem do Elfów i robić to do czego był zmuszany... - Prędzej umrę... - złapał się na tym, że wypowiedział swoje myśli na głos...
- Do tego nie dojdzie, zapewniam cię... - usłyszał młody głos dochodzący z mroku, z kierunku zamku...
- Kim jesteś?! Pokaż się!
- Jestem Org'Thak i zapewniam cię, że nie musisz się mnie obawiać... - z ciemności wyłonił się niski, bo przygarbiony, niebieski troll z dużymi uszami i czerwonym irokezem na głowie...
- Dawno nie widziałem żadnego trolla... - właściwie to Satch nigdy ich nie widział, jedynie w obrazkach ojca i jego opowieściach...
- Dziwne... Czyż nie jesteś Orkiem... Czyż nie pochodzisz z rasy, z którą my - Trolle przyjaźnimy się i oddalibyśmy życie?
- Jestem Orkiem, ale nie pochodzę stąd...
- Rozumiem...
- Jestem Satch - mówiąc to wstał i podał Org'Thakowi rękę...
- Witaj, Satch... Co cię sprowadza pod bramy zamku...?
- Przybyłem porozmawiać z księciem, ale czekam nieprzerwanie od zachodu i zaczynam się trochę niecierpliwić...
- Powiem ci coś w tajemnicy: Książe to rozpieszczony bachor... Nie potrafiłby rządzić krajem. Wszyscy mieszkańcy Orgrimmaru obawiają się, że on zdobędzie koronę po śmierci swojego ojca. Nikt by tego nie chciał prócz księcia. Wysyłaliśmy prośby do króla, by poważnie rozważył napisanie testamentu na korzyść ludności. Nie odpisywał... Teraz, gdy wyjechał na wojnę obawiamy się, że może tam zginąć i książe z racji prawa krwi zostanie królem. Wtedy czeka nas klęska...
- Możemy się jedynie modlić, by do tego nie doszło...
- Późno już. Lepiej wracaj do domu...
- Nie jest to takie proste, jak by się mogło niektórym wydawać...
- Co masz przez to na myśli...?
- Nie jestem stąd jak już wspominałem. Nie mam się gdzie podziać. Pewnie zostanę tu, przed bramą.
- Chodź, pójdziemy do mnie. Prześpisz się i rano wrócisz pod bramy...
- Dzięki ci, szlachetny Trollu. - Ukłonił się w stronę Org'Thaka
Po niedługim marszu doszli do małego domku położonego z dala od innych domów Orgrimmaru. Po wejściu do środka Satch odczuł zapach stęchlizny. Nie było tu sprzątane od dawna. Kurz osiadł nawet na łóżku, co trochę go zdziwiło.
- Ja się prześpię na podłodze. - powiedział Org'Thak. Satch odczuł, że Troll nie robi mu przysługi, ale sobie samemu... Ork podszedł do łóżka i odwrócił materac na drugą, nieco czystszą stronę. Położył się i po całym dniu wędrówki i wrażeń natychmiastowo zasnął...
Obudził się, gdy słońce było już wysoko nas widnokręgiem... Spostrzegł, że nigdzie nie ma Trolla. Wyszedł na zewnątrz, by rozejrzeć się, gdyż może Org'Thak wyszedł nazbierać roślin na śniadanie... Nikogo jednak nie dostrzegł. Mimo upału zlał go zimny pot. Sięgnął powoli do kieszeni i zauważył coś okropnego... Złota moneta, którą dostał od Orka Baltazara zniknęła...
- Oszukał mnie... Oszukał i okradł... - wypowiedział to przez zaciśnięte zęby, a jego oczy stały się bardziej wyraziste i nabrały ciemniejszego koloru niż zazwyczaj... Rozejrzał się. Zauważył mnóstwo krzaków, z których można było wziąć parę użytecznych nasion do zielarstwa, którego nauczył go ojciec, gdy razem pracowali na roli. Ponownie rozejrzał się w poszukiwaniu rzeki. Dostrzegł jedynie niewielkie jezioro na północ od zamku. Wziął potrzebne mu nasiona z roślin i pobiegł w kierunku rzeki. Przy odpowiedniej technice stworzył parę mikstur. Niewiele one mogły zdziałać, ale zawsze mógł je sprzedać i z tą myślą pobiegł do Orgrimmaru. Na placu spostrzegł ponownie zbiorowisko Orków. Wolał jednak nie podchodzić. Był niemal pewny, że walczy tam, lub stoi Baltazar, a wstyd było Satchowi patrzeć mu w oczy po tym, jak został obrabowany. Pobiegł szybko w kierunku sprzedawców. Podszedł do stoiska z ziołami i miksturami. Po długim targowaniu się udało mu sprzedać sporządzone przez siebie mikstury i zebrane nasiona za połowę ich ceny. Satch uzyskał w ten sposób piętnaście miedziaków. Nie było to wiele, ale mógł kupić sobie za to coś do jedzenia. Najedzony postanowił wybrać się w kierunku wioski Trolli. Co prawda dzisiejszego dnia zauważył, w przeciwieństwie do poprzedniego, ich paru na placu Orgrimmaru, ale wolałby z nimi porozmawiać na osobności. Orkowie potrafią być bardzo wścibscy... Spytał pierwszego napotkanego Trolla o kierunek do jego wioski.
- Pójdź w kierunku zachodu słońca. Przy wielkiej skale skręcisz na południe. Ujrzysz wtedy naszą wioskę...
Tak zrobił... Idąc rozmyślał nad Org'Thakiem... O jednym nie kłamał... Książe nie wzbudzał sympatii wśród poddanych...

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026