📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Historia Ithanasa - Wojownik po stracie ojca
« Wróć do forum  •  3 post(ów) w temacie
Post #1 14 May 2006, 10:16
Imie:Ithanas
Rasa:Człowek
Klasa:Wojownik

Ithanas, leżąc na łóżku wpatrywał się w szary, kamienny sufit. Choć jego komnata nie była duża, była dosyć wysoka. W kącie stało drewniane łóżko, obok niewielki stolik, a przy przeciwległej ścianie stał stary, szeroki regał, na którym zostały równo poustawiane setki ksiąg i książek. Na prawo od łóżka znajdowały się masywne, drewniane drzwi. Były one okute stalą i przyozdobione ledwo widocznymi, skomplikowanymi symbolami. Na przeciwko drzwi znajdowało się duże okno, przez które wpadał delikatny blask słońca. Rozległo się ciche pukanie, a po chwili drzwi otwarły się i do środka weszła stara kobieta. Ithanas nawet na nią nie spojrzał i dalej wpatrywał się w kamienne sklepienie. Doskonale wiedział, że ta kobieta jest jedną ze służących tego dziwnego, białowłosego starca. Z jednej strony czuł ogromna wdzięczność do maga za uratowanie życia... Ale z drugiej strony było mu wszystko jedno. Chciał umrzeć. Na świecie nie było już jedynej osoby, która go kochała - Jego ojca. Młodzieniec drgnął, gdy przypomniał sobie odgłos zamykającej się krypty, w której spoczął Arkhates. Przez te trzy dni, które minęły od tamtych okropnych wydarzeń, Ithanas próbował nie myśleć o tym wszystkim, co spowodowało, że popadł w odrętwienie. Świat mógłby dla niego nie istnieć. Leżał całe dnie, nie jedząc i nie pijąc.
Nie drgnął nawet na dźwięk głosu starej kobiety: - Lord Markus martwi się o ciebie... Markus? A więc takie imię nosi mój tajemniczy wybawiciel. Skoro się martwi, to dlaczego sam nie przyjdzie? - zastanawiał się... - Lord chce z tobą porozmawiać, a nie byłby zadowolony, gdyby nie udało mi się cię sprowadzić... Zdaje się, że stary ma jakiś problem, który nie daje mu spokoju i chyba oczekuje twej pomocy... Tym razem ciekawość wzięła górę nad ponurymi rozmyślaniami. Ithanas poruszył się, a po chwili usiadł. Spojrzał na kobietę. Musiała być bardzo stara. Jej skóra była blada i pomarszczona. Rzadkie, również niemal białe włosy spływały delikatnie na ramiona niewysokiej zresztą kobiety. Odziana była w szarą, sięgającą ziemi szatę z kapturem oraz sandały. Dopiero po chwili Ithanas spostrzegł, że kobieta coś trzyma w dłoni. Był to niewielki pucharek.
W tym samym momencie jego ciało przypomniało mu, że od trzech dni nic nie miał w ustach. Gardło miał zaschnięte i bolały go wszystkie mięśnie. Na widok srebrnego, rzeźbionego kielicha oblizał wargi i rzekł ochrypłym głosem: - Jak masz na imię, pani? - Jestem Martha. - odrzekła kobieta, po czym zbliżyła się i podała młodzieńcowi puchar. Ten jednym haustem wypił zawartość.
W pierwszej chwili Ithanasowi przed oczami pojawiła się czarna mgiełka, ale po chwili wrażenie zniknęło i chłopak poczuł się lepiej. Opuściło go zmęczenie. Wstał i podszedł do okna. Był wczesny poranek, więc widoczność umożliwiła mu zobaczenie całej okolicy, aż do majaczących w oddali gór. Ithanas spostrzegł ogromny dziedziniec, otoczony zewsząd wysokimi kamiennymi murami. Wewnątrz tychże znajdował się zamek, w którego wieży się właśnie znajdował. Naprzeciwko wejścia do zamku dostrzegł smukłą, żelazną bramę, która wiodła do zwodzonego mostu, który umożliwiał przejście otaczającej zamek fosy. Ithanas nie dostrzegł jednak, aby ta była wypełniona wodą, nie dostrzegł też dna... Dalej za murami rozciągało się niewielkie miasteczko, w pobliżu którego płynął niewielki strumień. Po drugiej stronie rzeczki zaczynał się gęsty las, ciągnący się aż po kres horyzontu. Wśród zwykłych budynków mieszkalnych miasta, Ithanas spostrzegł także dachy kilku większych - wśród nich kopulastą świątynię. - Dobrze. Zaprowadź mnie do swego pana! - Odrzekł Odwrócił się od okna i wyszedł za Marthą na korytarz.
Był on szeroki, o kamiennych ścianach i sklepieniu. Oświetlony był po staroświecku - pochodniami. Poszli w lewo, mijając kilkoro drzwi i weszli w ostatnie po prawej stronie. Znaleźli się w bibliotece - długim pomieszczeniu bez okien, oświetlonego magicznymi lampami, wiszącymi na suficie. Wszystkie ściany biblioteki zastawione były drewnianymi regałami, zapełnionymi przeróżnymi książkami. Przy jednym z takich regałów stał Markus. Usłyszawszy kroki, odwrócił się w stronę nadchodzących i rzekł: - Dziękuję, Martho. Możesz zostawić nas samych. - Jeśli tylko będę potrzebna, daj znać, panie. - Odpowiedziała kobieta, po czym wyszła, zamykając za sobą drzwi. - Kim jesteś? Dlaczego mnie ocaliłeś? - Sypał niecierpliwie pytaniami Ithanas. - Me imię brzmi - jak już zapewne wiesz - Markus.
Jestem przywódca wysokiej Rady, która to sprawuje rządy w Azeroth. - Ale... Przecież Ariuss - mistrz magii powietrza przewodzi Radzie najwyższej. Wie o tym każdy mieszkaniec Azeroth, a i nie tylko. - Tak jest w istocie... ale tylko oficjalnie. - Ahaa... A nieoficjalnie? Bardzo niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że sześciu najwyższych - łącznie z Ariussem, to banda nieudaczników, których rządy nie zostały jeszcze obalone tylko dlatego, że ja im pomagam. - Tłumaczył stary mag. - Jest Ci obojętne, że wszystkie zasługi spadają na Ariussa i jego podwładnych? Na dobrą sprawę, to pewnie nikt nawet o tobie nie słyszał.... - Zna mnie więcej ludzi, niż myślisz, Ithanasie. Nie wiedzą tylko, że jestem siódmym z sześciu. Nie wiedzą, że to właśnie ja przewodzę radzie... - Zaraz... - Przerwał młodzieniec. Z tego, co zauważyłem, uprawiasz tez sztukę nekromancji, Markusie. Jak więc nekromanta może rządzić w Azeroth? - Między innymi, dlatego nie ujawniam swej prawdziwej tożsamości. Musisz jednak wiedzieć, że także nekromancję można wykorzystać w walce po stronie dobra. Jest to najtrudniejsza do opanowania dziedzina magii, dlatego tak wielu, ba, niemal wszyscy zbaczają z wytyczonej ścieżki i zwracają się w stronę zła. - To dziwne.
Jeszcze nie słyszałem o dobrych nekromantach. - Nie słyszałeś jeszcze wielu rzeczy, młodzieńcze... - Dobrze. Ale dlaczego ocaliłeś mnie z rąk Tamira? - Spytał z ciekawością Ithanas. - Zrobiłem to z różnych względów. Między innymi ze względu na twojego ojca, ale także ze względu, na artefakt, który nosisz na ręce. - Odpowiedział starzec wskazując błyszczącą delikatnie bransoletę na przedramieniu swego rozmówcy. Młodzieniec spojrzał na swoją bransoletę, i dopiero teraz spostrzegł, że Markus na prawym przedramieniu posiada identyczny przedmiot. Ta także emanowała delikatnym blaskiem. - Ale dlaczego...? - Zapytał. - Być może kiedyś - przerwał pytanie Markus - dowiesz się, dlaczego zostałeś wybrany właśnie ty. Ale jeszcze nie nadszedł na to czas... - A co się ze mną teraz stanie? - Spytał młodzieniec. - Jakiś czas zostaniesz tutaj, w Castle Arthore. Będziesz zdobywał wiedzę i trenował. Tak długo, aż uznam, że jesteś gotowy. - Gotowy na co??? - Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.
Teraz Martha pokaże ci zamek i okolicę. A także przedstawi cię twoim nowym nauczycielom... * * * Castle Arthore było większe, niż Ithanas mógłby się spodziewać. Zamek sprawiał przy tym wrażenie potężnej fortecy, której oblężenie i zdobycie graniczyłoby z cudem. Wrażenie to potęgowała magiczna fosa, która w rzeczywistości była czeluścią bez dna... Sam zamek był masywny, kamienny, z niewielkimi oknami w murach - stanowiskami łuczników. Mury obronne otaczające budowle były grube i wysokie, a co kilkadziesiąt metrów opatrzone wieżą, na szczycie której pobłyskiwały czerwone runy; najprawdopodobniej były to stanowiska dla magów bojowych. Na dziedzińcu znajdowało się kilka budynków, między innymi tawerna "Przy czeluści", kuźnia, siedziba gildii magów oraz kilka innych budynków, których przeznaczenia nie dane było Ithanasowi narazie poznać. I właśnie do gildii magów najpierw poprowadziła go Martha.
Tam miał spotkać się z Zerdem - przywódcą gildii, a zarazem jego przyszłym nauczycielem sztuk mistycznych. Choć z zewnątrz ten budynek niewiele różnił się od innych, to w środku już dało się wyczuć wpływ magii. Wewnątrz wszystkie sklepienia były półokrągłe, ściany miały kolor zardzewiałego żelaza, były też bogato zdobione. Gobeliny, obrazy, czasem też magiczne przedmioty przeplatały się z wszechobecną roślinnością. Rośliny - jak się domyślał Ithanas - zioła, zajmowały ponad połowę powierzchni wnętrza budynku. Były to rośliny, których chłopiec nigdy nie widział, a których przeznaczenia także się nie domyślał. Po chwili wraz z Marthą przeszli szerokim korytarzem do ogromnej kopulastej komnaty. Ithanas westchnął z zachwytu. Rzeczywiście, pomieszczenie było imponujące. Cały dach pokryty mieniącymi się wszystkimi kolorami tęczy witrażami, ściany rzeźbione w różne motywy, to przedstawiające polowanie na olbrzymiego jelenia, to maga walczącego z uzbrojonym w oburęczny topór orkiem, jeszcze dalej rośliny oplatające nagą postać. W pięciu miejscach stały złote, wysokie świeczniki, rzucające odrobinę światłą na wspaniałości tego miejsca. Po chwili Ithanas dostrzegł, że także podłoga pokryta jest dziwnymi symbolami i malowidłami, a gdzieniegdzie także błyszczącymi runami. Przeszli przez ogromną komnatę i zbliżyli się do postaci odzianej w długą zieloną szatę z kapturem, stojącą naprzeciwko wejścia. Mężczyzna odwrócił się, uśmiechnął i rzekł: - Witaj, Martho. Dawno cię tu nie widzieliśmy. A to jest zapewne nasz nowy adept, o którym mówił mistrz. - Tak, to jest Ithanas. - powiedziała Martha. - Witaj więc, Ithanasie! Zbliż się... - rzekł mag pokazując ręką, aby chłopiec się zbliżył. Ten podszedł kilka kroków i zatrzymał się około dwóch metrów od czarodzieja. Dopiero teraz miał okazję się mu przyjrzeć. Mag miał jasną, pociągłą twarz oraz przenikliwe spojrzenie. Był zupełnie łysy, ale nosił długą, siwą brodę, sięgającą niemal do pasa jego zwiewnej, zielonej szaty, przepasanej złotym pasem. Mimo iż musiał być potężnym magiem, sprawiał wrażenie człowieka przyjaznego i godnego zaufania. - Jestem Zerd. Będę twoim nauczycielem sztuk magii, dopóki zostaniesz w Castle Arthore - ciągnął mag. Widząc dziwny wyraz twarzy młodzieńca kontynuował: - Nie martw się. Będziemy poznawać tę sztukę od podstaw. Markus uprzedził mnie, że nie miałeś jeszcze styku z magią. Niemniej jednak sprawiasz wrażenie człowieka, który jest w stanie - przy odpowiednim samozaparciu, oczywiście - zrozumieć sztuki magii, a także być w stanie zapanować nad nią. Mówiąc wprost, jesteś dobrym kandydatem na maga. - Przecież widzisz mnie pierwszy raz - odezwał się po raz pierwszy Ithanas; skąd wiesz, że będę w stanie się tego wszystkiego nauczyć? - Nie przejmuj się synu. - odrzekł mag; Wiem o tobie więcej, niż myślisz.
Na początku nie musisz tego rozumieć. Ale niedługo zrozumiesz... Ithanas, którego w zasadzie już nic nie było w stanie zadziwić, zastanowił się przez chwilę, po czym rozluźnił się i rzekł: - No tak. W końcu to ty tu jesteś potężnym magiem. Zerd musiał czuć ogromny respekt do Markusa, gdyż nie zaprotestował, gdy młodzieniec zwrócił się do niego na "Ty". Dobry kontakt z uczniem to podstawa - pomyślał i ucieszył się, że chłopak rozluźnił się nieco. - Jutro rano, skoro świt, przybędziesz tutaj na pierwsza lekcję. Do tego czasu zapoznaj się z otoczeniem i zacznij się do niego przyzwyczajać, gdyż wszystko wskazuje, że zostaniesz tu jakiś czas... A teraz do zobaczenia. Idź dobrze wypocząć, gdyż jutro zapowiada się wyczerpujący dzień. - Oczywiście mistrzu. Do zobaczenia nazajutrz. - powiedział, po czym odwrócił się i wraz z Marthą ruszyli w stronę wyjścia. Raz jeszcze rozejrzał się po wspaniałej komnacie i nie mógł wyjść z podziwu dla twórców tego dzieła. Przy wyjściu minęli dwójkę młodych - bo mniej więcej trzydziestoletnich magów, pogrążonych w głębokiej rozmowie w języku, którego Ithanas nie rozumiał. Po chwili znaleźli się na zewnątrz. Ruszyli na drugą stronę dziedzińca, w stronę budynku opatrzonym szyldem, na którym widniało kowadło i młot oraz jakiś napis, niestety farba odpadła w kilku miejscach, co uniemożliwiało odczytanie treści. Minęli kilka przejeżdżających wozów oraz grupkę mężczyzn, głośno zaśmiewających się. - Teraz poznasz Arnę, jednego z najbardziej utalentowanych, a zarazem doświadczonych kowali w promieniu wielu kilometrów - odezwała się Martha. - Arnę? Kobieta kowal? - rzekł z uśmiechem na twarzy Ithanas. - Powstrzymaj swój śmiech do momentu, kiedy ją poznasz. Po chwili przekroczyli drzwi prowadzące do kuźni. Znaleźli się w ponurym pomieszczeniu, jakimi zwykle bywają takie warsztaty. Jedynymi źródłami światła były otwarte drzwi, przez które weszli, niewielkie okno oraz ogromny, rozżarzony do czerwoności piec kowalski. Obok pieca, na podwyższeniu stało ogromne, wysokie kowadło. W kącie leżała sterta węgla. W drugim kącie, na lewo od drzwi stał stolik. Gdy Ithanas spojrzał w tamtą stronę, jego oczy rozjaśniły się.
Na stole oraz na ścianie nad nią wisiało kilka gotowych broni. Znaleźć tu można było pięknie wykonane topory, zarówno jednoręczne jak i dwuręczne, buławy i berła, a także miecze. Od krótkich rapierów poprzez półtoraręczne, smukłe klingi do ogromnych, dwuręcznych tasaków, z których nawet podniesieniem Ithanas mógłby mieć niemały problem. - To jeszcze nie wszystko - rozległ się niski, ale dźwięczny kobiecy głos. Ithanas odwrócił się i wstrzymał oddech na widok stojącej za nim kobiety. Była ona wyższa od niego o połowę głowy, mocno umięśniona . Jej pobrudzoną nieco dymem i sadza twarz otaczały długie, czarne jak smoła włosy, związane z tyłu w koński ogon. Ubrana była w skórzane spodnie, sandały i długą czarną koszulę. Na dłoniach miała grube rękawice, a w jednej z rąk trzymała ogromny, kowalski młot. Stanowiła niesamowity widok, nawet dla Marthy, która ją już nieraz widziała. Kobieta uśmiechnęła się i powiedziała: - Witam cię, Ithanasie, synu Arkhatesa. Markus uprzedził mnie, że przyjdziesz. Jestem Arna. Jestem kowalem a zarazem dowódcą straży zamkowej i miejskiej. Jestem też wojowniczką. Z tego co powiedział mistrz wynika, iż zostaniesz moim uczniem...? - Taaaak... To prawda. - odpowiedział młodzieniec nadal jeszcze nieco zaskoczony osobą Arny. - Zapowiada się dla ciebie okres ciężkiej pracy. Powinieneś porządnie wypocząć przed jutrzejszym dniem. Pierwszy dzień jest najtrudniejszy... Ale zanim pójdziesz, chciałabym ci cos jeszcze pokazać... Choć za mną. - powiedziała Arna, po czym udała się wolnym krokiem w stronę drzwi po prawej stronie. Ithanas podążył za nią. Zszedł po schodkach w dół do podziemia. Po chwili wszedł do komnaty oświetlonej pochodniami. Gdy ujrzał wspaniałości znajdujące się w tym pomieszczeniu aż mu zaparło dech. Na ścianach wisiały zbroje. Przeróżne. Lekkie, skórzane; kolczugi oraz te najpiękniejsze - płytowe. Każda z nich była inna, niektóre pozłacane, inne rzeźbione, a wszystkie wykonane niemal perfekcyjnie. Ithanas spostrzegł też, że niektóre są zdobione wyrytymi delikatnie runami. Potem spojrzenie Ithanas skierowało się na stojący pod ścianą stół. Na tym leżały ułożone równo wszelkiego rodzaju miecze. I znów, większość była bogato zdobiona runami, pozłacana. A znajdowały się tam sztylety, rapiery, miecze krótkie, półtoraręczne, szable, tasaki a także ogromne, oburęczne. Ithanas przyglądał się temu wszystkiemu z otwartymi ustami. - To wszystko są moje dzieła. Jest tego jeszcze więcej w komnacie obok. Ale to zobaczysz innym razem. Czy teraz przestałeś wątpić, ze kobieta może być kowalem? - zapytała z tajemniczym uśmieszkiem Arna. - Nooooo.... w zasadzie tak. Ja... nigdy w to nie wątpiłem. - odpowiedział zaskoczony młodzieniec. Kobieta roześmiała się. Ithanas ze zdumieniem zauważył, że mimo wykonywanego zawodu, Arna jest bardzo ładna... Ale nie miał czasu na rozmyślania. - Wiem, wiem. Ale chodźmy już. - rzekła. Po chwili wyszli przed kuźnię. - Do zobaczenia jutro! - powiedziała Arna. - Do zobaczenia! - odrzekł Ithanas, po czym wraz z Marthą ruszyli w stronę tawerny "Przy czeluści" Odniósł wrażenie, że kobieta kowal go polubiła. Ona sam zresztą poczuł sympatię do tej kobiety... Może dlatego, że nigdy nie zaznał matczynej miłości? Przerwa rozmyślania, gdyż dotarli do tawerny. - Nie uważasz, że "przy czeluści" to trochę mało ambitna nazwa? - zwrócił się do Marthy. - Może tak, a może nie. W każdym razie podają tu doskonały gulasz. Chodźmy - odpowiedziała, po czym weszli do środka. Znaleźli się w przytulnym pomieszczeniu o wysokim sklepieniu, bogato zdobionym drewnem, które kontrastowało z pomalowanymi na biało ścianami. Całość wyglądała interesująco, mimo iż ściany już nieco pożółkły. Usiedli przy stoliku i zamówili gulasz. Ten okazał się wyborny. Szczególnie dla Ithanasa, który od trzech dni nic nie jadł. Gdy skończyli posiłek, Martha zapłaciła właścicielowi tawerny, po czym wyszli na zewnątrz i udali się w stronę zamku. Przy wejściu do zamku spotkali Markusa. - Witajcie! Jak tam, Ithanasie, poznałeś już swoich nauczycieli? - zapytał - Tak. Niesamowici ludzie - odpowiedział. Ale naprawdę uważasz mistrzu, że będę w stanie uczyć się jednoscześnie magii i walki wręcz? Czy to nie za dużo? - Nie martw się. Po pewnym czasie położymy szczególny nacisk na to, by rozwijać to, co będzie dla ciebie bardziej interesujące. Nie możemy jednak zaniedbać reszty. W życiu przydadzą ci się wszystkie zdobyte tu umiejętności. - Pewnie masz racje, mistrzu. Będę sie starał i postaram się cię nie zawieść. - Jestem tego pewien - odpowiedział mistrz. Martho, zaprowadź Ithanas do jego komnaty, musi być jutro wypoczęty. - Tak, panie. - odpowiedziała kobieta. - A więc do zobaczenia jutro, Ithanasie. - rzekł Markus. - Do zobaczenia, mistrzu - odpowiedział młodzieniec. Chwilę później mistrz zniknął w snopie swiatła. Martha zaprowadziła młodzieńca do jego komnaty, gdyż ten jeszcze nie orientował się w zamku. Pożegnała go i wyszła. Ithanas leżał jeszcze przez jakiś czas na łóżku, rozmyślając o wydarzeniach dzisiejszego dnia. Po jakimś czasie, po raz pierwszy od czterech dni zapadł w głęboki, zdrowy sen.
Post #2 14 May 2006, 14:03
ergh... ni da sie czytać... oczopląsu się dostaje... zrób jakieś akapity...
Post #3 14 May 2006, 15:56
Mam nadziej ze teraz lepiej

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026