📦 Tryb tylko do odczytu – prywatny serwer RPG-WoW «Mroczne Wrota» (~2006 r.)

Recovered topic 5349
« Wróć do forum  •  7 post(ów) w temacie
Post #1 11 Jun 2006, 14:45
Bukowina otaczała niewielka polanę ciasnym, zwartym kręgiem nieprzeniknionych żadnym księżycowym promieniem drzew. Dookoła unosił się mocny zapach igliwia i wilgoci, przetykany ulotną wonią żywicy niesioną niemal nieodczuwalnym zefirem z głębi zagajnika. Zielone korony ciemną plamą odcinały się od pasa pni poniżej, ukrywając w pradawnym mroku wszelkie leśne skarby i ścieżyny. Szerokie niby ramiona olbrzymów pniaki niezaprzeczalnie świadczyły o długowieczności ostępów, rozłożyste gałęzie rozczapierzały się przesłaniając gwieździsty nieboskłon na ogromnych przestrzeniach. Niżej, wijące się wężowato korzenie przeplatały się raz po raz z wiotkimi krzewami ściółki.

Choć zwykle bukowy las cieszył się niczym niezmąconą ciszą i niezachwianym spokojem, tym razem jego wieczną senność, złośliwie chyba, przerywały donośne śpiewy i śmiechy schrypniętych, dudniących głosów. Przy chybotliwym płomyku żarzącego się pośród polany ogniska biesiadowały krasnoludy. Woń jedzonej przez nich sarniny mieszała się brutalnie z delikatnym aromatem lasu...

Z ciemności wyłonił się niski, pobrzękujący stalą kształt. Przez ramie przewiesił glewię, u pasa kiwały mu się kusza i miecz. Księżycowe światło tańczyło zawile na wypolerowanym lustrzanie hełmie – łebce. Szedł wraz wiatrem, czuć było odeń ostry zapach prochu. Wędrowiec wyraźnie nie starał się skradać, wolał, aby biesiadnicy wiedzieli o jego obecności. Słusznie, krasnoludzkie kusze mają wyjątkowo czułe spusty... Nastała chwila milczenia, jeden z siedzących przy ogniu towarzyszy podniósł się, opierając rękę o umieszczony za pasem topór. – A kogóż tu diabli niosą!? – zakrzyknął donośnie – Witajcie... Brendan?! Chłopaki?! – wyraźnie ucieszył się przybysz, rozpoznając niechybnie starych znajomych. Ręka nazwanego Brendanem brodacza ześlizgnęła się gładko ze styliska broni, a spod zdobiącego twarz zarostu błysnęły w uśmiechu zęby, ziejąc licznymi szczerbami.

– Draganor? Myślałżem, że cię usiekli po Magną!
– Ciepło mnie witasz, nie powiem... A jak u ciebie Brendan?
– A jak chcesz? Po prawdzie, czy po pieśni? Jak to drugie, to budź Bratka. Darmozjad jeden, tylko kilka przyśpiewek zna, a każe się bardem wołać. Co tu robisz bez swojej roty?
– Pod Magną wybili mi oddział... To robota tego idioty, Nargasha. Kto rzuca pikinierów do zdobywania murów? I to bez machin?! Kretyn jeden, żołnierzy w mig potracił! Po tym oblężeniu została mi największa pamiątka, jaką w życiu dostałem: całe plecy sparzone grzanym olejem. Psie syny! Tak gładko pod blachy weszło, że do dziś tylko lekkie kurty mogę nosić i jeszcze opatrunki zmieniam. A w pole to chyba nigdy nie wyjdę. Może gdzie ostanę, jakiego fachu się nauczę albo do straży pójdę?
– Podła to robota dla najemnika.
– Może i podła, ale tam jeno brzuch rośnie, a nie narobi się krasnolud. Ech, zafajdane czasy Brendan, zafajdane... Żeby to krasnal z pracy rąk utrzymać się nie mógł?! A tyś mi nie odpowiadał, co robisz z chłopakami na takim zadupiu?
– Toś nic nie słyszał? Na smoka idziem. Jak tylko książę ogłosił tą, jak mu tam... exepra... extra... experdycję, to wszyscy kupą do Jaru ruszyli, bo nawet jak gadzinę zabiorą, zawsze co w jaskini ze skarbu zostanie. A tobie nie lepiej było na rzyci siedzieć i bruk w rodzimej mieścinie szlifować, do zdrowia wrócić? Sam się teraz włóczysz po gościńcach?
– To widać, żeś Brendan dawno we Frei Stadt nie był. Tam teraz spisy ludności, glejty, licencje, podatki od interesów... A kto wtedy ochrony potrzebuje? I to jeszcze nieczłeka?! Za najmowanie nieludzi jeszcze podatek płacić do kasy trza. A interes słabo idzie...

Nagle rozmowę przerwał przeciągły świst ciętego grotem powietrza. – Uważaj!!! – Strzała przeleciała, o cal mijając głowę zwróconego ku ognisku Draganora. Któryś z krasnoludów kopniakiem rozwalił polana, wzniecając kurzawę iskier. Zwarli się w kupę, błyskając ostrzami toporów, ku niewidzialnemu przeciwnikowi czoła zwracając. Draganor przerzucił glewię w drugą rękę i stanął w gotowości. Kolejna strzała chybiła tylko o pół cala. – Zadaje się, żeś nam nie wszystko powiedział i nie do końca – syknął Draganorowi do ucha Brendan.

Rozbiegli się w chaszcze dokoła polany. Nagły, mocniejszy powiew wiatru zakołysał koronami drzew, przegnał chmury, zasłaniając tarczę księżyca. Brendan zaklął szpetnie, przedzierając się przez chaszcze łeb w łeb z Draganorem – Bies by cię obszczał, cholerniku jeden! – szeptał przez zaciśnięte zęby – Mogłeś choć słowem szepnąć, że masz z kimś na pieńku! Z miejsca nakopałbym ci do rzyci, wywalił od ognia! - Długi wywód przerwał donośny świst. Draganor rzucił się szybko na ziemie, ciągnąc za sobą zaskoczonego przyjaciela. – Skąd te skurwysyny do nas walą?! – jęknął Brendan wypluwając piasek z ust – Zaraz zobaczymy... – Draganor ściągnął z ramienia śmierdzącą prochem torbę, ignorując grad strzał wyciągnął zeń kilka podłużnych przedmiotów, hubkę i krzesiwo. – Zatkaj uszy, staruszku – zakrzyknął chichocząc do Brendana. Grymas na twarzy półleżącego krasnoluda jasno mówił: „Cmoknij mnie w rzyć!”, posłusznie jednak wetknął palce w uszy. Fajerwerki, z jazgotem godnym mufloniego pierdnięcia, wzbiły się w powietrze, wybuchając kaskadą barw i rozjaśniając polanę. Sylwetki ukrytych w cieniu przeciwników ukazały się oczom krasnoludów dokładniej niż w słoneczny dzionek.

Teraz chłopcy! – donośnie krzyknął Brendan, zrywając się do biegu. Topór połyskiwał niemniej radośnie co szeroki uśmiech krasnoluda. Draganor siedział, śmiejąc się i kaszląc na przemian. Gryzący dym wdzierał się do płuc, a oczy piekły, łzawiąc niemiłosiernie, krasnal mimo tego podniósł się na jedno kolano, napinając ręczną kuszę. – Na pohybel skurwysynom! – wydarł się oddając pierwszy strzał. Odpowiedział mu chór zdartych, krasnoludzkich głosów, a chwilę później śmiertelny charkot mordowanych. Nie zdążył ponownie napiąć broni, fajerwerki na niebie zgasły, kończąc walkę. Draganor wolnym krokiem wyszedł na polanę, ponownie rozpalając rozsypane ognisko. Po chwili dołączyli pozostali. – Figgis, Moran, zakopcie trupy – zakomenderował Brendan. Wolnym krokiem ruszył w stronę ognia.

- Sześć - zaczął, wycierając topór zdobycznym płaszczem.
- Co sześć? Nie gadaj szyfrem, mówi jaśniej!
- Sześć duszyczek poszło się pieprzyć w piekle...
- Aaaa... No i co z tego? A bo to mało ich tam w życiu posłałeś?
- Nie mało, tyle że z reguły miałem powód! A tym razem żaden brodaty łachmyta nie był łaskaw rzeknąć mi, kogo leje i za co!
- Ot, podpadłem takiej jednej długonogiej pierdole w Kharanos...
- Chybaś bardzo namieszał, bo wygląda, że ten jegomość bardzo cię nie lubi.
- Namieszał, namieszał...Nie będzie byle końska morda pluć mi w kufel! Myślał, że jak jest większy, to może się ze mną próbować! A ja nie takich wdeptywałem w gnój, choćby pod Magną!
- Skróciłeś taurena o rogi. Okazało się, że krowi placek miał przyjaciół, którzy nie mieszkając charknąć ci do piwa, ruszyli trop w trop za głupim brodatym gnomem... Oj Draganor, Draganor, ty i w środku Stormwind poślizgnąłbyś się na krowim łajnie.
- Przestań pieprzyć Brendan, lepiej poradź jak się z tego gówna wyczyścić!

Brendan zamyślił się przez chwilę, odlewając się do ogniska. Księżyc ponownie omiatał polanę swym srebrzystym wzrokiem. „Chłopcy” – kaprawi, ogorzali brodacze, pokładli się wokół ognia, pociągając soczyście z bukłaczków. Bratek, pstrokato ubrany, niewielki człowieczek, brzdąkał coś cicho na lutni, kuląc się między dwoma bliźniaczo podobnymi, i bliźniaczo śmierdzącymi krasnoludami. Szybko jednak zamilkł, usłyszawszy basowe burknięcie „kompanów”.

Po co ci ten cherlak? Mało masz własnych problemów, potrzeba ci do kramu jeszcze chędożonego szarpidruta? – zapytał drwiąco Drag – E! Przybłąkał się taki, to przygarnąłem. Rozweselić umie, cosik zaśpiewać też, a i piwo w karczmie taniej załatwi. Chwali się, że to dzięki urokowi osobistemu, że niby szynkareczkę to on już ma na swoim rumaku. Ale coś nie za bardzo chce mi się w to wierzyć – rzucił bardowi wymowne spojrzenie, akurat w chwili, w której ten, ściśnięty masywnymi plecami bliźniaków, jęknął żałośnie – Tak, z dnia na dzień coraz mniej...

Brendan przysiadł ciężko na ziemi, posępnie popatrzył na Draganora. Płomienie tańczyły malowniczo, rzucając cienie na pociętą pasmami siwizny brodę krasnoluda. Stara, zaśniadziała kolczuga barwiła się bladą czerwienią, będąc nieprzerwanie trwającym dowodem niegdysiejszych lat świetności. Swoich i właściciela... W zmęczonych, błękitnych oczach wciąż tliły się radosne iskierki, przyćmione jednak latami patrzenia na ten parszywy padół łez.

Kurewski świat – odezwał się nie swoim głosem – Kurewski świat, Brendan. Gdzie się nie ruszysz, gdzie nie pójdziesz, tam cię oplują, obsobaczą, zgnoją. Nie nadaję się do życia. – Brendan, nie obracając głowy od ognia, odparł znużony - Zamknij się Draganor. Kurewski to on jest głównie dla idiotów. I nie fino... figo... filozofuj mi tu, bo się krasnoludowi ciężko w gaciach robi na sam dźwięk twojego pieprzenia. Idziem do Avrilmaru, po drodze dorwiemy tego jednorogiego skubańca i dokończym dzieła, skracając go o ośli łeb. Kontent?! – Ostatnie słowo Brendan niemal wykrzyczał, stojąc pochylony nad chichoczącym z cicha Draganorem – Spokojnie staruszku, ty też masz już swoje lata. Bo ci pikawa siądzie i kto będzie wtedy polankę sprzątał? Niech będzie po twojemu, jutro ruszamy do naszej lodowej ojczyzny... – uśmiechnął się uspokajająco, ocierając opluta przez przyjaciela twarz.

Uspokojony Brendan uwalił się obok śpiących kompanów. Wyszarpując z dłoni jednego ze śpiących bukłaczek, pociągnął solidnie przed snem. Zaklął szpetnie, spoglądając wilkiem na Draganora, okrył się szczelnie futrzanym płaszczem. Po chwili był już w objęciach Morfeusza, chrapiąc donośnie.

Stary charakternik, pobudził pewno z połowę lasu, drugą zajął się wraz z zaśnięciem. – pomyślał wciąż rozbawiony Drag. Wyjął zza pazuchy długą fajkę i odrobinę ziela, skrzesał iskry. Z wolna wypuszczał dymne koła, wpatrując się w gwiazdy...

***

Tego popołudnia mróz kąsał niemiłosiernie. Krasnoludy nie odczuwały tego jednak, zdążyły się przyzwyczaić przez ostatnie kilka dni marszu. Jedynie Bratek, wtuliwszy głowę w ramiona, dygotał, trzęsąc się z zimna. Draganor stał na przedzie kompanii, wpatrując się pusto w rozstaj dróg. Prowadził od samego wejścia w lodowe doliny, ale pierwszy raz zapomniał, którędy iść. Sam był mocno zaskoczony tym faktem, powoli ogarniała go frustracja. Sytuację pogarszał niczego nieświadomy, pozbawiony jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego bard. Podszedłszy do krasnoluda, niewinnym głosem zapytał:

- Czy ty na pewno wiesz dokąd idziemy?
- Tak!
- A ja nadal nie widzę naszej dalszej drogi przez te zmarźnięte pustkowia...
- Który z nas już kiedyś tędy chadzał?
- No ty.
- A który z nas ma dłuższą brodę?
- No ty... Ale zaraz, zaraz. Co ma broda wspólnego z dalszą drogą?! - ocknął się jakby z transu Bratek.
- No, w psią rzyć - westchnął karzeł. - Wy naprawdę nic nie rozumiecie. Ja wiem, dlaczego wy, ludzie, jesteście takie głupie: bo wam natura łby w kroku zamiast na karku usadziła. Ciągle tylko o chędożeniu myślicie...
- Dobra, skończcie pieprzyć po próżnicy i wybierzcie wreszcie konkretną ścieżynę! - zirytował się słuchający rozmowy Brendan. Wymownie kiwnął głową na barda, zgrzytając zębami. Ten chyłkiem oddalił się na kraniec szeregu...
- Kieruj chłopców w prawo. Nosem czuję, że to będzie dobra droga...
- Taaa, wieczorem się przekonamy, czy twój zafajdany kinol nie był przypadkiem zakatarzony.

Machnął ręką na okutane w futra i derki krasnoludy, żwawym krokiem ruszył wskazaną odnogą.

***

Miłe ciepło panujące w gospodzie „Pod zamkiem Bestii” rozgrzewało zmarźnięte kości. Wino i piwo, które tu podawano, smakowało niczym najlepszy likier elfów. Łagodny śpiew barda wybijał się ponad panujący wokół gwar, jakby tuląc do snu. Pierwsze płatki śniegu topiły się z wolna na rozgrzanych okiennicach, zwiastując zapewne śnieżną burzę.

- Mówiłżem, że ten zawszony moczymorda też się czasem przydaje. Ot, zatańcuje, zaśpiewa, nocleg załatwi. A tobie powinniśmy wszyscy nakopać, a równo, boś miast do Avrilmaru na jakieś chędożone zadupie nas sprowadził. Zamiast grzać tyłek przy kuflu piwa wśród brodatej braci, siedzę tu teraz, sącząc sikacz miast prawdziwie boskiego, bursztynowego trunku. Ot co!
- Nie irytuj się tak Brendan, złość piękności szkodzi. Ciesz się, że masz dach nad głową, mogłem cię jeszcze w totalną dzicz sprowadzić. Nawet najwytrawniejszy łowca gubi drogę raz na ruski rok, nie?!
- Zgłupiałeś na starość całkowicie... Za starych czasów nie robiłeś takich pomyłek! A z resztą...

Drzwi gospody rozwarły się z hukiem! Zimny wicher, nieproszony gość, wdarł się hurmem do ciepłego alkierza, wprawiając co słabsze zęby w niepowstrzymany dygot. Bratek zamilkł szybko, zagrawszy kilka ostatnich, fałszywych tonów. Wraz z wiatrem do pomieszczenia wkroczył niemal dwumetrowy, odziany w czerwone szaty tauren. Brakowało mu jednego rogu...

- O psia jucha! - rzucił w przestrzeń Brendan – Draganor patrzaj, toż to twój zawszony rogacz! Nie ma co, masz ty fuks bracie. Nie trza go więcej szukać! – uradowany, wstał z miejsca, kładąc rękę na toporze. - Te, niemyty lizidupcu, zamykaj drzwi, to nie chlew! Tak to se możesz do domu wchodzić, nie do kulturalnego burdelu!

Rechot krasnoludzkiej kompanii rozległ się donośnie, jednak nikt, prócz brodaczy nie ważył się na śmiech. Draganor również milczał. I właśnie ten brak odzewu zaniepokoił Brendana. Za Taurenem do karczmy weszło jeszcze ośmiu ludzi i mała, zielona kreatura. Ogień zalśnił w oczach krasnali na widok goblińskiego ścierwa.

- Do mnie seplenisz, brodaty szelmo? Jam jest Hemdal Gromorogi, żaden zapluty karzeł nie ma prawa zwracać się do mnie w ten sposób!
- To ciekawe, bo zdaje się, że jeden dał nawet radę powiesić sobie nad kominkiem twój „gromki” róg – Brendan spojrzał zdziwiony na stojącego obok Draga. Ten uśmiechał się drwiąco, wiedząc, że skoro nie uniknie kopania tyłków, to i przedtem dobrze się zabawi. – Przyszedłeś, coby jaki cyrulik wyrównał ci fryzurę? I ja mogę się tym zająć!

Wściekły przybysz dyszał ciężko, buchając parą z byczych nozdrzy. W jego ręce, nie wiedzieć kiedy, pojawił się szeroki topór. Niejeden tęgi krasnolud musiałby dzierżyć go oburącz! Rozległ się syk mieczy wyjmowanych, stukot odbezpieczanego samopału.

Dopadli ich całą chmarą. Brendan przewróciła dwóch pierwszych mężczyzn potężną szarżą. Cofnął się w stronę bocznej nawy, z ledwością unikając kolejnych uderzeń. Tauren powolnym krokiem zbliżał się do walczących.

Wielki zbir o zmierzwionej czuprynie zamachnął się mieczem. Draganor sparował, jednocześnie odbijając kolejny cios wyprowadzony z lewej przez młodzika o szczurzej twarzy. Chudzielec stojący za łysym drabem pchnął włócznią, celując w krasnoluda. Ten w ostatniej chwili uchylił się i ciął stojącego po swojej lewicy blondyna bez prawego ucha.
Wycofał się na schody. Uskoczył przed toporem łysego i po chwili znalazł się obok niego tnąc po plecach, pod łopatkami.

Chudzielec ponownie dźgnął swoją dzidą. Brodacz unikając pchnięcia wślizgnął się tuż przed niego i rozpłatał go rozpędzonym ostrzem glewii. Ten z bujną czupryną rzucił się na Draganora wrzeszcząc wściekle. Krasnolud uwolnił topór od ciążącego cielska bandyty.
Nie miał ani chwili na złapanie oddechu. Szczurowaty ponownie atakował tnąc na oślep zakrzywioną szablą. Satry brodacz sparował. Zaatakował z prawej, płasko, na wysokości szyi. Szczurek potknął się o leżące na ziemi ciało, co uratowało jego głowę przed zbyt wczesnym pożegnaniem się z resztą ciała. Drag wykorzystał wolną chwilę i dobił wstającego zbira o bujnych włosach.

Zanim zdążył otrzeć pot z czoła, Tauren był już przy nim. Hemdal, każący nazywać się gromorogim, miał właśnie zamiar udowodnić, że jego miano jest w pełni zasłużone.
Pozostałe krasnoludy nie miały szans pomóc Draganorowi. Brendann zajmował się dwoma zaatakowanymi na początku wojownikami, Bliźniacy, ukryci za niesionym stołem, próbowali dojść do oddającego kolejne salwy goblina. Figgis leżał nieruchomo z zakrwawioną głową, Moran bronił ukrytego pod stołem Bratka.

Zaatakowali we dwóch. Rogacz ciął pierwszy, wielki topór wykonał szeroki, nie zatrzymany łuk. Draganor sparował, jednocześnie zbijając kolejne cięcie wyprowadzone przez młodzika o szczurzej twarzy. Brodacz nie miał już siły walczyć. Cofał się, z ledwością zbijając ciosy.
„Poddaj się. Nie masz szans. Zginiesz” - powtarzał złowrogi głos szepczący w jego głowie.
Drag wykonał zwód. Wyminął rosłego, niezgrabnego taurena i ciął szczurowatego po twarzy.

- Twój błąd! – rozległ się donośny głos, zaraz obok.

Krasnolud poczuł zimne ostrze prześlizgujące się po jego ciele i tnące kolczugę. Czerwona jucha polała się soczystym strumieniem, plamiąc dębową podłogę karczmy gwieździstym wzorem. Draganor osunął się bezwładnie na kolana, patrząc na swe ubabrane krwią dłonie. Po kilku chwilach tauren obrócił się na pięcie i skierował swe kroki w stronę walczących...

Krasnolud ostatkiem sił przesunął dłonią po swym szerokim pasie. Pod palcami poczuł znajomy, gładki kształt. Zębami odkorkował flakon, chłodny płyn rozlał się delikatnie po jego ciele. Rana zapulsowała, na krótką chwilę umysł karła ogarnęło całkowite otępienie. Wzrok przyćmił się jasnym błękitem. Draganor wstał, zamaszystym ruchem odrzucając pustą już fiolkę po eliksirze.

- Ej ty! Krowiopyski chamie! – zawołał – Żeby mnie byk na schodach nie wyprzedził, byłbym ja twoim ojcem!
Hemdal zatrzymał się w pół kroku. Odwrócił się z niedowierzaniem.
- Jeszcze z tobą nie skończyłem!

Brodacz poderwał się nagle. W kilku szybkich krokach znalazł się tuż przy herszcie bandy. Ciął z zamachu. Raz. Drugi. Trzeci. Rogacz ledwo parował. To nie była już walka dwóch na jednego. To nie był już wrak człowieka, który tauren zastał w starej karczmie. To był wściekły jak nigdy Krasnolud. Draganor Tannenberg.

Krasnal chwycił broń mocniej i wziął potężny zamach. Gromorogi starał się zasłonić. Rozpędzona klinga przecięła ostrze byka, jednocześnie ścinając mu głowę. Ciało Hemdala osunęło się na zimną, kamienną podłogę.

Walka dobiegła końca.

Draganor usiadł ciężko na podłodze. Obok przysiadł Brendan,, jego ręka zwisała bezwładnie wzdłuż tłowia. Moran, klęcząc nad ciałem Figgisa pokiwał smutno głową. Bliźniacy rozszarpywali radośnie pozostałości zielonoskórego, kłócąc się, który zabierze ucho jako trofeum. Bratek ciężko wyczołgiwał się spod stołu, z odrazą spoglądając na walające się po podłodze ludzkie wnętrzności. Stanął w rogu, wymiotując. Opustoszała karczma ożyła, szynkarz wychylił się zza lady, goście chyłkiem opuszczali lokal, starając się nie zwracać na siebie uwagi.

- Bardzo boli Brendann?
- Bywało gorzej...
- Dziękuję.
- Za co?
- Za wszystko. A głównie za flakonik.
- Co ty byś beze mnie zrobił, chędożona pierdoło? Co byś zrobił...

Oparł ciężko głowę o ścianę, przymykając oczy. Draganor zapalił fajkę. Myślał o grzanym piwie z Avrillmaru, którego dane mu będzie spróbować już niedługo. I bez innych zmartwień...
KEt
Post #2 11 Jun 2006, 16:32
a czy ktos powiedzial, ze cie nie chce? narobiles burdlu na ircu i jeszcze focha palnales ,

ladne opowiadnko
Post #3 11 Jun 2006, 16:40
"O czym ty do mnie rozmawiasz długonoga pierdoło?" 😉

Jaki syf na IRCu? Focha palnąłem? W ktorym miejscu? 😉 Ja jestem spokojny człowiek, do nikogo nie strzelałem. Od testu z regulaminu nie było mnie na ircu.

Jak co, to przepraszam. Nie chciałem nikogo trafić. A jakbyście mnie nie chcieli, to bym nie dostał konta.

A opowiadanko pisałem, bo mnie wena naszła. Stwierdziłem, że w porównaniu do innych mam strasznie krótki i mało treściwy opis postaci 😛 Z resztą liczę, że ktoś jeszcze prócz ciebie to przeczyta.

Ogólnie dziękuję za tak "konstruktywną" ocene 😉
Post #4 12 Jun 2006, 17:32
Proszę mi wybaczyc post pod postem, ale czy naprawde nie znajdzie się żaden śmiałek, który z wielkim poświęceniem przeczyta moje wypociny, by następnie je skomentować/skrytykować/pochwalić? (Niepotrzebne skreślić).

Panowie, weźcie się w garść! Kobieta (no dobrze, niezwykła kobieta, ale jednak...) się przemęczyła, a wy nie dacie rady?
Post #5 15 Jun 2006, 19:08
przeczytałem...

czy glewia nie jest czasem zbyt nieporęczna w walce w zwarciu? Wikipedia mówi, że miała około 2-2,5 metra... w walce z trzema przeciwnikami (zapewne najemnikami po całej historii sądząc) uzywanie broni drzewcowej to spory błąd 😊 już nie mówię o tym, że bohater jest krasnoludem i broń jest dwa razy większa od niego 😀

kudłaty, szczurowaty, chudy i łysy poszli na Draganora i dwóch przy Brendanie daje razem siedmiu... nie dość, że więcej niż 5-ciu, to przed kim Moran bronił Bratka?

QUOTE
Chudzielec ponownie dźgnął swoją dzidą. Brodacz unikając pchnięcia wślizgnął się tuż przed niego i rozpłatał go rozpędzonym ostrzem glewii. Ten z bujną czupryną rzucił się na Draganora wrzeszcząc wściekle. Krasnolud uwolnił topór od ciążącego cielska bandyty.


to on miał glewię czy topór w końcu? owszem, mógł mieć glewię, a potem topór, ale zaznacz to w opowiadaniu 😉

QUOTE
Rozpędzona klinga przecięła ostrze byka, jednocześnie ścinając mu głowę. Ciało Hemdala osunęło się na zimną, kamienną podłogę.

możesz wyjaśnić z czego była ta klinga i czym atakował Draganor? Bo odnoszę wrażenie, że topór Hemdala musiał być doskonałej roboty, skoro był na tyle wpływowy.


ale po przeczytaniu, tylko zwiększył mi się szacunek do Ciebie. umiesz zainteresować, stworzyć wartką wciągającą akcję. zauważam pewne nawiązania do Sapkowskiego, choćby w postaci bandy krasnoludów (Yarpen Zigrin), wyprawy na smoka czy Bratka (protoplastą był zapewne Jaskier) 😊 ale historia zupełnie inna i moim zdaniem niemal dorównujesz Mistrzowi Sapkowskiemu 😊 tylko tak dalej!

pozdrawiam i czekam na następne 😉
Post #6 15 Jun 2006, 20:01
Cholera, mój brak znajomości realiów 😉

Innymi słowy - byłem przekonany, że glewia to po prostu taki duży topór. Musze to poprawić, jak znajdę chwileczkę.

Co do ilości - jakoś tak się zapędziłem w tym opisie walki. Po prostu miało być ładnie, wartko, krwiście i... Wyszło niedokładnie 😉 Poprawiam.

Draganor ciął toporem, z nad głowy, z całą siłą na jaką było go stać. A był baaardzo wściekły... Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak mocno biją wściekłe krasnoludy 😉 Topór Hemdala był mocny. Ale Draganor też miał silne argumenty, jego broń była "niczego sobie" 😊

Rzeczywiście, wzorowałem się prozą Sapkowskiego. Bo jest on dla mnie mistrzem i autorytetem. I bardzo, bardzo mi do niego daleko...

Bratek jest takim upośledzonym Jaskrem, Brendan i jego chłopaki to karykatura Yarpenowej zgrai. Polowanie na smoka jakoś tak samo wyszło. Jednak naśladowanie to nie wszystko, więc wciąż pracuję nad własnym warsztatem.

Cieszę się, że Ci się podobało, motywuje mnie to do dalszej pracy 😊

Pozdrawiam,
Draganor
Post #7 15 Jun 2006, 20:25
to nie było "naśladowanie" 😊 równie dobrze moge powiedzieć, że walki między orkami i elfami to "naśladowanie" albo że niski ui gruby krasnolud to plagiat 😀

pewne podobieństwa są, ale odpowiednio zmodyfikowałeś cały zamysł, tak że niemal nic dodać, nic ująć... jedynie nieznaczne szczegóły 😉

  Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026