|
Post #1
20 Jun 2006, 20:28
Mały oddział wojów stacjonował nad niewielkim strumykiem. Słońce świeciło mocno, upał doskwierał, wiatr muskał liście na pobliskich krzewach. Żołnierze odpoczywali w nie przyjemnej atmosferze, byli niespokojni, nie wyspani i jak to zwykle bywa w oczekiwaniu na ważne wydarzenia, łatwo wpadali w gniew i kłucili się między sobą.
Całą tą gromadą zarządzał wojownik o dużym doświadczeniu zdobytym jeszcze w wojnie z Arthasem. Jako młodzian chwycił za miecz, by powstrzymać księcia przed zagarnięciam ukochanej ojczyzny... Wspomnienia z tamtych dni prześladowały go i teraz kiedy czekał na ostatnie rozkazy. Czekał, jak wszyscy- natłok myśli sprawiał, że żył w ostatnich dniach jakby we śnie- nie rozmawiał z ludźmi, nie pomagał w łagodzeniu sporów. Taki był Salweh Kanz- dowódca odziału brunatnej gwardii Stormwind. Salweh był zarówno dzielnym wojownikiem jak i sprawnym rzemieślinkiem- potrafił rozstawiać całe obozowiska, a pod jego okiem powstawały grody warowne zdole odeprzeć najgorsze ataki. Salweh miał swoich zaufanych sługów: Zarozumiałego Salweha- który z racji imienia uważał się za najwyższego po dowódcy rangą. Było w rzeczywistości żołnierzem dobrym, sprawnie posługiwał się mieczem, ale umiejętności dowódcze które sobie uzurpował były dla niego sztuką nie do opanowania. Chełpił się swoją wyższością nad swoimi ludźmi i nie miał zbyt dobrej opinii wśród innych sługów Salweha, nazywano go Majnamerem - co w języku elfów oznaczało "nie potrafić". Sarhazaan był kolejnym sługą Salweha dowódcy- to był wojownik o dobrej opinii- mężny w walce, pomocny, szlachetny. Jednie jego postrzeganie świata raziło niektórych ludzi. Sarhazaan wierzył w bogów nieznanych w Lordearonie. Zachowywał się przez to czasem dziwnie i nie jadł niektórych potraw, gdzyż twierdził że jego bogowie mieszkaliw roślinach które posłużyły za te dania. Sarhazaam był mistrzem włóczni- uwielbiał swoją broń, którą posługiła się z wprawą godną najwyższych godności, jednak nie potrafił zrozumieć innych technik walki i nie próbował nawet. Salweh miał jeszcze dwie niezwykłe postaci w swoim orszaku: Krasnoluda- Zajnara -wałkonia, lekcewarzącego polecenia i leniwego na potęge i Beilatha- elfa o nieprzeciętnych zdolnościach przywódczych, najbardziej lubianego przez żołnierzy. Beilath był najmłodszym spośród ludzi Salwaha jednak szybko zyskał opinię zwinnego wierszoklety i fechmistrza, gdzyż zarówno w szermierce jak i w śpiewie nikt z drużyny dorównać mu nie mógł. Drużyna nie była zbyt zgrana szczególnie teraz, gdy oczekiwali na wiadomości od Północnego Przyczółka. Selwah rozkazał trenować ludzi by pozostali w dobraj formie i mieli inne zajęcia prócz narzekania. To niestety prowadziło do sporów między sługami Selwaha gdzyż każdy miał inny pomysł na szkolenie ludzi, sam Selwah nie zwracał uwagi na waśni wśród swoich sług gdzyż całą uwagę koncertrował na cienkiej granicy między osadami ludzi a Nieumarłymi odziałami Khubussa- nekromanty. Wreszcie przybył goniec z Północnego Przyczółka. "Ruszamy na wojne- zbierz ludzi i kieruj się na wyżyny" -Selwah zebrał swoich ludzi, przeczytał im rozkaz i wydał kolejne by przygotowali oddział do drogi. W dwa dni później byli już na wyznaczonym miejscu. Teren był nierówny, las porastał wzgóża, za krawędzią lasu miała być forteca Khubussa. To było oczywiste, obecności nekromanty można było stwierdzić po smrodzie toczonej zgnilizny, ogryzionych pniach drzew, splugawionej ziemi i zwłokach, które przestały być potrzebne i ostatecznie obumarły... Wkrótce do odziału Brunatnych Strażników dołączył inny, większy, Wielka Chorągiew Błękitna- dowodzona przez Stormpare-a Armfoota. Szybko rozbili obóz i zaczęli snuć plany ataku. Okazało się że każdy dowódca miał własny plan, Ludzie Armfoota chcięli zaczekać na kanonierów i przeprowadzić atak przy wsparciu krasnoludzkich moździerzy, Salweh chciał załatwić to natychmist bo wiedział jak działają nekromanci, Majnamer chciał wymyślnej taktych polegającej na przemieszczaniu kolejnych oddziałów poprzez pole walki tak by nieumarli nie wiedzięli co się dzieje i w końcu całkowicie zaskoczeni zgineli otoczeni przez zjednoczone armie, pozostali ludzie Salweha milczeli więdząc że planowanie ataku to przywilej tylko dla wodzów. Beilath wyszedł z namiotu dowodzenia by odetchąć świerzym powietrzem, patrzył w gwiazdy, myślał, nie wiedział co go czeka, ale wiedział że cokolwiek się zdarzy będzie walczył do końca, w pewnym momęcie pomyślał że niepamięta o co już walczy. Ta myśl wdarła się do jego umysłu niczym burza wdziera się do domu otwierając okno. W tym momęcie zawołano go do namiotu dowodzenia by usłyszał ostateczną odprawę.. Mięli uderzyć o świcie, gdy słońce nie będzie jeszcze zbyt mocno prażyć a mgła pozwoli im podejść bliżej nie alarmując od razu nieprzyjaciela. Bez zbędnych ceregieli mieli podejść do murów i zburzyć je machinami oblężniczymi. Taki plan był dobry , bo przewidywał wszelkie możliwe scenariusze zachowań wrogów. W razie gdyby wróg wsyłał swoje wojska do odparcia ataku poza murami, sojuszicze wojska miały być zbite w ciasne szeregi i iść naprzód, po trupach. Każdy ze sług dostał odział ludzi i cel który musiał osiągnąć. Nadszedł dzień ataku, ludzie byli gotowi jeszcze przed wyznaczonym terminem. Salweh był ożywiony, jakby podekscytowany, zachowywał się jak dawniej, gdy nie ciążyły nad nim troski bitwy. Ludzie byli spokojni, bali się ale Beilath chodził do nich i opowiadał różne historie, żartował, zebrał wszystkich i kazał odśpiewać kilka śmiesznych pieśni- nowy duch wstąpił w ludzi, byli gotowi, chcięli wdeptać w ziemie "zatęchłego umarlaka-robaka-pleśniaka" jak przezywano ich w pieśniach- nie bali się już tak bardzo i byli za to wdzięczni Beilathowi. Majnamer nie był tak zadowolony- wolał by to jemu zawdzięczano wszystko co się wydarz- zwłaszcza zwycięstwo. Dostali ostatnie rozkazy. Przywdziali zbroje, Beilath miał przylegającą zbroję, nie krępującą ruchów i wygodną, długie szaty, miesz, dużą tarczę i włócznie z wstęgo- symbol dowódcy. Majnamer był ubrany w grubą zbroje, w której wyglądał złowrogo, był pewny siebie, bo jego pancerz mógł wytrzymać wiele.. Sarhazaan miał pancerz z rodzinnych terenów, dziwny ale praktyczny. Wszycy słudzy Selwaha mieli miecze, tarcze i włócznie z wstęgami, tak przygotowani ruszyli na pole bitwy, gdzie czekali ich ludzie. Beilath objął lewe skrzydło, tuż obok stali ludzie Majnamera, Sarhazaan stał dwa oddziały dalej, w środku linii atakujących. Ozwały się rogi, bębny, krzyki wojów. Ruszyli. Szybkim krokiem wyszli z lasu, szli pewni zwycięstwa i dumy. Wyszli z mgieł i ujrzęli wysokie, brudne od krwi mury a przed murami armie nieumarłych. Duch bojowy ustąpił niepewności i strachowi. W tedy przed szeregi wyszedł Selwah. Wyglądał dostojnie, dumnie i groźnie. Gdy wychynął z szeregów Nieumarlizaczęli zawodzić i rzęzić. Selwah zaczął krzyczeć " Mogą nas gryźć i spętać w okowy czasu, Mogą rządać dusz i imion naszych Mogą męczyć posyłać w katusze, Lecz nie mogą odczytać bezmiaru BEZMIARU GNIEWU GDY RUSZĘ Z MIECZEM MYM I DUMĄ MOJĄ NIC DLA NICH NIE BĘDZIE OSTOJĄ!" Tak śpiewał Selwah a cała armia zawturowała mu i ruszyła bez rozkazów, bez krzyków- ze śpiewem na ustach z pogodą ducha w pamięci i żelazem w dłoniach. Szli naprzód i nie było już nic innego jak...Nagle Majnamer wydał rozkaz swoim ludziom by ruszyli naprzód, szybką szarżą, wprost na wroga- chciał być pierwszym króy przeleje krew tego dnia- zgnią jako pierwszy od salwy przeklętych strzał i bełtów. Jego ludzie pieszchli do szeregów dezorganizując szyk. Selwah, wściekły obserwował to wszystko i planował jakiś ruch, nagle usłyszał głos Beliatha. Opowiedział mu o swoim planie i wrócił do swojego oddziału. Armia ruszyła dalej. Oddział Beilatha pozostawał nieco z tyłu, gdy zbliżyli się na odległość mniejszą niż sto metrów nieumarli rzucili się do ataku. W tedy Beilath rozkazał swoim ludziom atak prawego skrzydła wrogiego szeregu. Nieumarli zastawili się szykiem, łącząc tarcze w mur nie do złamania. Tak właśnie mieli zareagować, w tym momęcie od Armi sojuszu dłoączył się inny odział i zaatakował Nieumarłych tam, gdzie kończył się ich mur, tam gdzie byli najsłabiej chronieni. Zagrywka Beilatha okazała się świetna- Nieumarłych oskrzydlono - nie mieli możliwości by się wycofać, wyżnięto ich w pień. Teraz przyszła pora na fortecę. Ruszyli biegiem w kierunku murów. Selwah w biegu kazał rozstawiać machiny oblężnicze. Niestety łucznicy z murów fortecy trafili jednego z żołnierzu niosących machinę i tak przewracając się przygniotła Zajnara. Sarhazaan już wdrapywał się po drabinie, stanął na murze i zaczą wywijać włócznią jak w tańcu, w krótce dołączyli do niego jego ludzie. Beilath, którego zadaniem było forsować bramę właśnie wyłamywał wrota, a Selwah szykował ludzi do szturmu na fortece. Kilka uderzeń uszkodziło bramę, jednak nie były wystarczająco mocne by ją zniszczyć. Beilath odsunął się od bramy, krzynkął "RAZ!" i uderzył we wrota, z drugim uderzeniem towarzyszyli mu już inni żołnierze, przy trzecim uderzeniu stu ludzi krzyczało, czwarte uderzenie, przemogło bramę i wrota otwarły się na oścież. Selwah wpadł ze swoimi ludźmi przez bramę, za nim Beilath. W tym momęcie martwy Sarhazaan spadł z murów nad nimi. Nie mieli czasu by rozpaczać, od strony twierdzy posypały się strzały i wielu ludzi zginęło. Beilath złamał włócznię na wielkim nieumarłym, dobył miecza, odrzucił tarczę, wyciągnął drugi, krótszy miesz i począ ciąć nieumarłych jak wiatr ścina sople lodu. Selwah ruszył do wnętrza twierdzy, Gdy Beilath uporał się z łucznikami także ruszył do środka. Tam czekała go śmierć- zza jego pleców wyskoczył krępy, mizerny akolita i dźgnął go nożem, nie była to wystaczająca rana, by odesłać go do Wiecznego Snu, jednak gdy odwrucił się by odpłacić przeciwnikowi pięknym za nadobne, zobaczył coś czego sie nie spodziewał. Nieumarły Majnamer stał przed nim z uśmiechem i obnarzonym mieczem, pchnął Beilatha a gdy ten osunął się na ziemię rzekł ze śmiechem" teraz jeszcze jeden warunek do spełnienia" i ruszył w strone Selwaha... Majnamer zdradził swoich towarzyszy jeszcze przed bitwą, miał wprowadzać zamęt w szeregach i przeszkadzać w zdobyciu fortecy w zamian za nieśmiertelność- nie tak ją sobie wyobrażał ale nie było już odwrotu- ostatnim warunkiem umowy jakiej dokonał by stać się nieśmiertelnym był Selwah. Ten też nie mógł podnieść ręki na byłego towarzysza broni...Majnamer zwyciężył- pierwszy raz na nowej drodze nie-życia...był górą...Za wykonanie zadania Khubuss dał mu nieśmiertelność ale i polecił dbanie o fortece- to był zaszczyt jakiego nie doczekałby się za życia... Nie długo dane mu będzie cieszyć się tymi bogactwami... Mam nadzieje że się podobało. Jeśli tak powiedzcie, mam zamiar zrobić ciąg dalszy... |
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |