|
Post #1
25 Jun 2006, 11:25
IMIĘ: Thierlavandriel
RASA: Nocny Elf KLASA: Łotr z krwi i kości WZROST: niecałe 2 metry WAGA: około 90 kilogramów WŁOSY: białe, splecione w dwa grube warkocze. Wysoki elf siedział sobie nie wadząc nikomu, na ławce w cieniu wysokiego drzewa, z twarzą skrytą w cieniu kaptura. Unosząca się miarowo klatka i delikatne poświstywanie spod kaptura niechybnie prowadzić mogły do wniosku, iż postać właśnie spała. Obok niego oparta o drzewo stała prowizorycznie wystrugana laska. Śpiący nie miał prawa dostrzec rozmytego cienia powoli skradającego się w jego kierunku. Młody elf pojawił się jakby z pod ziemi przy śpiącym. Powoli pochylił się nad nim, i nie wydając najmniejszego odgłosu wyciągnął rękę w kierunku pękatej sakiewki zawieszonej u jego pasa. Delikatnie uchwycił ją palcami... Amatorszczyzna.....pełne dezaprobaty stwierdzenie przerwało odgłos drzemki. Młody elf zesztywniał. Ręka śpiącego uniosła się powoli do góry trzymając w otwartej dłoni mały mieszek. Młodzik odruchowo sięgnął do swego pasa natrafiając dłonią na pustkę zamiast własnej sakiewki. Niedoszła ofiara odchyliła do tyłu kaptur ukazując obdrapaną jak nieszczęście twarz. Można by odnieść wrażenie że dopiero co wrócił z walk tygrysów. Ehh... synku.. tak to się w życiu nie dorobisz. Wysoki Elf parsknął śmiechem i rzucił mieszek w kierunku młodego. Złodziejaszek miał minę jak by właśnie wdepnął w orcze łajno. Szybko jednak odzyskał fason. Czy ty.... urwał w pół zdania. Postać mrugnęła do niego... ależ skądże... jestem... chrząknął, kucharzem... A te rany? to skąd to? Żywcem furbolgi gotujesz? Elf zaśmiał się, krzywiąc się jednocześnie z bólu. Bystry jesteś... może coś z ciebie wyrośnie.. uśmiechnął się pod nosem. Ale jak już żeś mnie obudził to przyda mi się twoja pomoc. Znasz no może synku drogę do tej karczmy na rozstajach? Tej, co to ją kulawy gnom Gertwig prowadzi?, to przecież kilka chwil stąd. Nie o tą mi chodzi, postać potrząsnęła głową, mówię o tej, co to na rozstajach nad przepaścią stoi. Aaaa... tę karczmę... młody ściszył głos, czy aby na pewno chcesz tam iść panie? dziwne towarzystwo tam się zbiera... ponoć z wnętrza słychać jęki potępionych i wycia jakoweś dzikie. Ponoć każdy kto przeszedł raz przez te wrota karczmy, już nie taki sam wracał. Wiesz gdzie to czy nie? Elf zdawał się być lekko zniecierpliwiony. Wiem, to kawałek stąd, ze dwie albo i ze trzy klepsydry drogi. No to ruszajmy, a w drodze opowiem ci co mi się przydarzyło bo widzę, że zaraz z ciekawości to palce sobie poodgryzasz...... Ciemna noc... Niczym cień pośród drzew, powoli skradam się w kierunku bramy, nasłuchując odgłosów dobiegających ze środka. Wolnym ruchem dobywam ostrego sztyletu schowanego w bucie. Przykucam przy postaci leżącej przed wrotami. Kręcę głową z politowaniem widząc obłęd w jego oczach, mamroczącego i toczącego pianę z ust. Jedno pchnięcie, i zostawiam go za sobą w rosnącej kałuży krwi. Lewą ręka sprawdzam czy aby fiolki schowane za pasem są całe, uśmiechając się w duchu na myśl o pewnym alchemiku, który był na tyle nierozważny by spuścić te drogocenne płyny na chwilę ze swych oczu. Przechodzę przez stare, zmurszałe wrota, wychodząc na polanę dziedzińca. Spoglądam na kilka leżących nieopodal ciał w togach, wykręconych w nienaturalnych pozach. Moją uwagę przykuwa jednak wieża. Jej strzelista sylwetka wyrasta ponad moją głową. Wysoko niemal pod samym sklepieniem nieba dostrzegam okno, z którego bije karmazynowa łuna. Światło padające z pochodni zawieszonych wzdłuż muru, zdaje się mnie unikać, gdy wolnym krokiem zbliżam się do drzwi prowadzących do wnętrza wieży. Przykucam przy masywnie wyglądających stalowych drzwiach, delikatnie sprawdzam czy z własnej woli mnie wpuszczą do środka. Niestety. Zamknięte... Sięgam do jednej z wielu kieszeni ukrytych w czeluściach mojego płaszcza. Chwilę później wytrychy rozrywają zamek niczym pazury. Kilka kropli oleju ucisza zawiasy skrzypiących drzwi na zawsze, niczym trucizna. Lekki szelest? Ale to tylko wiatr. Niczym cień, sunę po ścianie, a nie po krętych schodach, w górę wieży. Ostatnie drzwi, szeroko otwarte, niczym ramiona w zapraszającym geście. Jak mgła, nisko przy podłodze wsuwam się powoli do skąpo oświetlonego pomieszczenia. Przede mną stoi tyłem kilka postaci odzianych w togi, mamrocząc coś monotonnie, wydając przy tym charczące dźwięki. Po drugiej stronie sali jakiś ciemny kształt kuca na kamiennym piedestale. Moją uwagę przykuwa jednak solidna okuta stalą skrzynia znajdującą się po przeciwnej stronie sali. Tylko czy dam radę tam dotrzeć... Kilka głębokich wdechów... krew w moich żyłach jak by zgęstniała. Otaczający mnie świat jakby zwolnił, zamarł czekając w napięciu na to co może się wydarzyć. Wolnym krokiem, niczym przyczajona pantera, w każdej chwili gotów do ataku bądź ucieczki ruszyłem w kierunku skrzyni. Jeszcze tylko kilka metrów... Nikt do tej pory nie zdołał mnie zauważyć. Zajęci jakimś sobie tylko znanym rytuałem... Delikatnym ruchem otwieram skrzynie... Wstrzymuje oddech... Chciwe ręce delikatnie wyjmują skarb z wnętrza... mieniący się błękitnawym światłem naszyjnik. Nagle świeczniki w sali wybuchają jaskrawym, karmazynowym światłem. Zza okna dobiegł odgłos uderzenia pioruna. Postać na postumencie poruszyła się niespokojnie, uniosła niekształtny łeb, w którym niczym dwa węgle tliły się oczy. Spojrzała w moim kierunku, jakby ze zdziwieniem przekrzywiając głowę. Jej ryk niemal rozdarł me zmysły na części. Upadłem na kolana wijąc się z bólu. Cios. Uderzenie jakiegoś tępego przedmiotu w plecy otrzeźwiło mnie na moment. Wokół mnie ciemne postacie o twarzach wykrzywionych w przeraźliwym grymasie, twarzach, z których już dawno odpłynęło całe życie. Światło spływające ze świeczników zdaje się je omijać, jakoby w strachu. Zerwałem się na równe nogi. Koślawa, niska postać na wprost zaczęła charcząco intonować jakieś zaklęcie, między jej palcami zaczęły pojawiać się leniwe, ciężkie od nagromadzonego ładunku, łuki elektryczne. Musiałem być szybki. Kopniakiem odebrałem mamroczącej postaci ochotę do walki, wybijając jej przy tym kilka pożółkłych zębów z bezwargich ust. Trzy błyskawiczne pchnięcia sztyletem odebrały ochotę do walki drugiej spośród nich. Odskok. Kolejny cios... Ostry ból rozdziera mi prawy bok. Jest ich zbyt wielu. Sięgam szybkim ruchem do sakiewki zawieszonej u pasa. Wyrzucam jej zawartość w powietrze. Srebrny, iskrzący się jak miliardy gwiazd pył, błyskawicznie wypełnia pomieszczenie ukrywając mnie przed wzrokiem wrogów. Rzuciłem się w kierunku wstęgi schodów wijącej się w dół wieży. Strach niczym wiatr unosił mnie na skrzydłach. Wybiegłem przez bramę przy akompaniamencie upiornego chichotu dobiegającego z wieży, któremu przygrywał tupot kościstych nóg zza moich pleców. Wbiegłem między pierwsze drzewa, nie zwalniając ani trochę. Gałęzie boleśnie smagały mnie po twarzy, jak by miały to być chłosty za to, co było dane mi zobaczyć. Piekący ból w prawym boku coraz bardziej utrudnia ucieczkę, odbierając powoli oddech. Zza pleców cały czas dobiega mnie odgłos niezmordowanej pogoni. Wybiegłem na małą polanę bogowie wiedzą jak głęboko w lesie. Nie miałem już sił uciekać. Spojrzałem w niebo, Piękna noc... księżyc w całej swej okazałości rzucał srebrne smugi światła poprzez sklepienie drzew. Ehhh... I tylko odgłos coraz bliższej pogoni zupełnie do nastroju nie pasował. Czas by się coś napić... pomyślałem wyjmując z buta płaską buteleczkę wypełnioną mętnawym płynem. Herbatka z ostu zadziałała dokładnie tak jak się spodziewałem... no może ciut za mocna tym razem mi wyszła, ale co za efekt! Zmęczenie spadło ze mnie tak, jakbym zrzucał z pleców plecak wyładowany kamieniami. Ból w boku również stał się przeszłością. Sięgnąłem za plecy po dwa długie, zakrzywione sztylety. Te będą najlepsze do tego tańca śmierci. Pierwsze postacie zaczęły pojawiać się na linii drzew. Za nimi kolejne i kolejne. Na wpół rozkładające się ciała, trzymane w tym nie – życiu przez demoniczną siłę każącą im ślepo wykonywać każdy rozkaz, bez zmęczenia, bez skarg i bez żali. Istoty, niegdyś walczące z sobie podobnymi, teraz gotowe podgryźć i rozerwać gardła swoim przyjaciołom i rodzinom bez cienia żalu w pustych oczach. Ale nie będą miały łatwej przeprawy ze mną... o co to, to nie... Wielu zabiorę ze sobą. Ruszyłem im na spotkanie. Chrzęst ich pancerzy, broni i kości zmieszał się z tupotem nóg, i odgłosem upadających ciał. Ciosy, jeden za drugim trafiały w martwe i tak już ciała. Ciało naprężało się do granic możliwości unikając raz za razem śmiertelnych pchnięć i uderzeń z ich strony. Przez głowę przebiegła myśl że dam radę im wszystkim, że całkiem dobry jesteeeeee !!!! Przeraźliwy krzyk wzbił się w niebo. Nie, to niemożliwe, że to ja krzyczałem. A może jednak..... Długie na dwa łokcie ostrze przebiło udo na wylot, niemal zatrzymując mnie w miejscu na zaledwie ułamki sekund. To wystarczyło. Uderzająca w bark buława strzaskała obojczyk. Sztylety wysunęły się z bezwładnych dłoni. Upadłem na kolana w oczekiwaniu na ostateczny cios. Spojrzałem przed siebie na postać w poszarpanej kolczudze. Hełm na pozbawionej włosów czaszce przekrzywił się na bok, nadając jej upiornie komiczny wygląd. Spojrzała na mnie jednym pustym oczodołem z wyrazem triumfu na resztkach twarzy. Podniosła w górę oburęczny miecz... Zacisnąłem zęby czekając na koniec. Przed oczami mignęło mi niemal całe życie. Powiew ciepłego wiatru przyniósł do moich nozdrzy ostatni zapach polnych kwiatów... POLNYCH?! Poczułem delikatne dotknięcie na policzku i kobiecy, słodszy niż miód szept.. „Nie bój się bracie, Elune czuwa nad tobą” Cichy, niemal niesłyszalny świst, i z piersi mego niedoszłego kata wyrosła smukła strzała. Kolejna była już tylko formalnością. Wokół kolejno padali nieumarli, ścinani jakby niewidocznymi kosami, łany zboża. Wszystko trwało zaledwie jedno uderzenie serca. Zaledwie tyle, że zdążyłem osunąć się na trawę. Ból i utrata krwi otępiły moje zmysły i powoli pogrążałem się w nicości. Jakaś postać pochyliła się nade mną, ale jedyne co już mogłem dostrzec to kontury twarzy. Nieźle ci się oberwało braciszku... Masz szczęście że akurat tędy nas Elune prowadziła. Elfka odwróciła głowę i krzyknęła w ciemność: Ilaria! Wołaj tu szybko kapłana! Niech go choć trochę poskłada w całość! Czas nas goni a nie możemy w niańki się bawić! Wiesz przecież, zwróciła się do mnie, że teraz wszędzie dookoła panoszy się Legion. Że walczymy z nieumarłymi i demonami broniąc lasów Ashenvale. Tu za każdym drzewem możesz spotkać martwego, zawiesiła głos, albo samemu nim zostać. Jesteśmy na miejscu... chrząknął młody elf. No droga to mi minęła jak strzelił. Masz może więcej takich opowieści panie?, zwrócił się do starego elfa podpierającego się na jego ramieniu. Kilka jeszcze by się znalazło... ale to już nie dziś. Westchnął. Słaby jestem jak wiewiórka. Sporo czasu minie zanim odzyskam dawną sprawność i umiejętności. Niewykluczone że się jeszcze przyjdzie nam spotkać to ci coś jeszcze opowiem ciekawego. Tymczasem zajmij ty się lepiej czymś innym niż sakiewkami obcych. Bo w tej robocie łatwo palce stracić, poklepał młodego dobrodusznie po ramieniu. A jeślibyś uznał, że jednak bez względu na niebezpieczeństwo chcesz przeżyć podobne przygody... to ćwicz sporo i ciało i zmysły. Powiedz mi jeszcze panie... dlaczego ty obrałeś taką drogę w życiu? Stary elf w milczeniu pocierał brodę przez krótką chwilę... powiedzmy, że i mnie kiedyś los dał możliwość spotkania takiego nauczyciela. Tymczasem dość pytań na dziś. Przyjdź jutro pod to drzewo coś na moją sakiewkę się połasił, aaa, i weź jakiś sztylet.. pokażę ci kilka sztuczek na początek.. a teraz zmykaj. To bywaj panie i szybkiego wyzdrowienia życzę, Młodzik skłonił się nisko, zawrócił na pięcie i oddalił się pospiesznym krokiem. Elf odwrócił się w kierunku drzwi gospody, już miał sięgnąć do masywnej, przedstawiającej łeb smoka kołatki, gdy te ze skrzypieniem się uchyliły i stanęła w nich brzęcząca kluczami postać.... Oczy Elfa niebezpiecznie się zwęziły. Spojrzał na boki i przeszedł w konspiracyjny szept... słyszałem że macie najlepsze trunki w całym Teldrassil... a mnie od gadaniny w ustach zaschło już strasznie. Po drugie...., jeszcze bardziej ściszył głos... mam pewną błyskotkę, która może niejednego zainteresować. Sięgnął do jednej z wielu kieszeni i wyciągnął mieniący się błękitnawym światłem naszyjnik. Mam nadzieję że wart jest pokoju w tej gospodzie i jakiego godziwego utrzymania? Bo mnóstwo krwi na to cudeńko straciłem i teraz będę musiał wydobrzeć w spokoju, żebym mógł odzyskać dawne umiejętności i siłę. |
|
Post #2
25 Jun 2006, 21:28
co tu dużo mówić? ortografia bezbłędna, nie doszukuję się żadnych błędów nawet kiedy się czepiam... interpunkcja doskonale pasująca do akcji, poprawne zastosowanie zdań urwanych etc... historia to majstersztyk, bardzo ciekawie pomyślana i niebanalna... niesamowicie wartka, wciągająca akcja... dynamiczne opisy pojedynków...
z takimi ludźmi aż chce się grać, jeśli mają tyle samo talentu do odgrywania postaci co do pisania 😊 a ze stylu wnioskuję, że w tym wypadku on wie o co chodzi... rzadko komentuję opisy, ale tego nie mogę ominąć [center]+[/center] |
|
Post #3
26 Jun 2006, 07:39
[center]TAK[/center]
Bardzo dobre opowiadanie i niestety bardzo długie 😀 Nie wiedziałem, że Elune pomaga łotrom, ale Ok. Jestem na "tak". QUOTE że całkiem dobry jesteeeeee !!!! Lit.- jesteeeeeem |
|
Post #4
26 Jun 2006, 08:18
coraz wiecej rogali na servie xD
|
|
Post #5
26 Jun 2006, 09:23
Poprostu zajefajne....dawno juz nie czytalem tak ciekawej histori!!! Szkoda ze nie bedziemy cie mieli po stronie Hordy 😠
|
|
Post #6
26 Jun 2006, 17:26
😊
|
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |