|
Post #1
10 Aug 2006, 10:16
-Cóż to do diaska? Na wszelkich bogów krasnoludzkich i na piekielne czeluście!
Wszędzie, po głuchych do tej pory górach, rozbrzmiewał powolny tętent bębnów, było słychać nadciągające problemy, tętent stawał się coraz głośniejszy, a wszystkie krasnoludy wyszły ze swych namiotów, by sprawdzić co się dzieje! Dzień był pochmurny, powoli zaczynał kropić deszcz, który spadał na łyse czoła krasnoludów, ci zaś patrzyli w pustkę, istną pustkę, z której wydobywały się piekielne dźwięki. Atmosfera zaczynała się robić coraz bardziej denerwująca, a wiatr, jakby wymuszony głosem bogów zaczął coraz mocniej wiać z południa niosąc ze sobą dzikie rytmy, nieznane do tej pory. Jeden przy drugim, jak bracia, stali nasłuchując w obrzydliwej ciszy jak nigdy, bez zabaw, bójek, piwska i śpiewów, bez żartów i kobiet, lecz każdy podparty na swojej broni. Mistyczne strzelby wykonane przez oddziały gnomów ,które całymi dniami przy rozgrzanych piecach i przy glosie kutego metalu, który był jak muzyka, obmyślały nowe schematy niszczącej broni. Nie ma na świecie lepszych speców od inżynierii jak właśnie gnomy. Potrafiły stworzyć perełki wśród morderczych narzędzi. Nagle, z oddali zaczął dobiegać glos, wprawdzie tłumiony jeszcze przez zimny południowy wiatr, lecz wszyscy w tej piekielnej ciszy zwrócili swe głowy właśnie w tamtą stronę! Dźwięk stawał się coraz bardziej czysty jeżeli tak można nazwać zachrypły glos krasnoludzkiego wojownika! Z krzaków wypadł krasnolud - zwiadowca, zostali wysłani wczoraj i mieli sprawdzić cóż to za obozowisko rozbiło się przy górach, stamtąd właśnie dochodził tętent bębnów i swąd palonego mięsa, który rozchodził się po całej krainie, swąd nie pysznych świniaków maczanych w winie ,nie błogi zapach kurczaków z rożna, swąd palonych ciał! Nogi odmawiały mu już coraz bardziej posłuszeństwa, palący ból przeszywał płuca, jego kolano krwawiło jak diabli, żeby to jeszcze była krew ale z rany wydobywała się mazista ciapka jak możnaby to określić, tak, by każdy z was rozumiał. Biegł coraz szybciej wiedział, że musi zdążyć, bo teraz jest najcenniejszą osobą wśród szeregów Armii kapitana Harra, ma to czego nie mają inni, ma coś co wyrwie głaz z osłupienia, coś co przeszyło go strachem jakiego nigdy nie czuł i pewnie już nie poczuje, miał wiadomości, był naocznym świadkiem czegoś co wywarło na nim takie wrażenie, że bez znaczenia były dla niego gałęzie, które raniły jego twarz pełną bruzd po walkach jak lawa, która zastyga po wybuchu wulkanu powodując tak ogromne zniszczenia! Biegł... Nie wiadomo dokładnie czy to błoto i poślizg, czy też jego wyczerpane ciało nie mogło już wykrzesać nic z siebie, ale upadł tak jak upada postrzelona sarna wydając jęk kiedy umięśnione ciało przycisnęło kolano do ziemi! -Na co do kurwy czekacie!? Jazda mi po zwiadowcę! Jazda! Głupie bestie brata zostawiacie w takim stanie! No już do cholery! Nie minęła sekunda, kiedy trójka mężnych chłopa zerwała się ze swoich stanowisk, stojąc jak słupy soli i patrząc się na biegnącego krasnoluda i pognała, by złapać go za ramiona, podeprzeć na swoich i zanieść -ba raczej zawlec zwłoki do kapitana oddziału! -Panie kapitanie to zwiadowca! Wrócili panie kapitanie! Wchodząc do namiotu czerwonego, największego ze wszystkich w samym środku obozowiska. W środku pachniało...pachniało ładnie...pachniało prochem strzelniczym i strawą. Potężny mężczyzna siedział właśnie na stołku, a przed nim leżały zapisane pergaminy, pieczęcie i porozlewany wosk! -Niech to szlag znowu rozlałem to mazigówno! -Panie kapitanie! Proszę wybaczyć, że tak bez wcześniejszego powiadomienia..., ale wrócili zwiadowcy! -Hehe! Nic się nie stało, panowie, wpuścić mi ich! -Panie kapitanie...eghmm jest tylko jeden i to w nienajlepszym stanie! Wyłupiaste oczy o mało nie wyszyły krasnoludowi z orbit, biceps napiął się, aż żyła na szyi uwydatniła się i było widać jak krew odpływa by okrążyć jeszcze raz swą trasę po ciele Krzata! -Chcecie mi do wszystkich sukinsynów jakich stworzyli bogowie powiedzieć, że z 10 chłopa wyszkolonych jak mało kto, z umiejętnościami które, pozwalały im położyć Orka gołymi rękami wrócił tylko jeden, a ty śmiesz mi jeszcze mówić, że jest w opłakanym stanie! Dawać mi tu bestię natychmiast i szczerze gówno mnie to obchodzi czy jest w opłakanym stanie, dla mnie może nawet zdychać ale ja chce mięć tu zdany raport i to w ciągu kilku dosłownie moich mrugnięć oka, rozumiesz to do cholery... -Tak panie kapitanie ! -To co tak tu stoisz bęcwale ja już mrugnąłem z 20 razy a ty tu...-krasnolud szybko odsłonił kotarę wybiegł i krzyknął: -Dawajcie go tutaj! Kotara znowu się odsłoniła a do środka wpadło przez chwilkę trochę światła. Ubłoceni krasnoludowie wnieśli rannego brata pomagając mu siąść na stołku! -Odmeldować się i jazda mi stad! -Tak jest Panie Kapitanie! Krasnolud naprawdę był w opłakanym stanie, blady jak nigdy, biały jak śnieg, który przykrywał szczyty gór nawet w wiosnę, jedyna oznaką życia były oczy, czarne jak węgiel, ale święciły się i skrzyły rzadko kiedy widzi się oczy takie, takie w których by było coś czego nigdy indziej sie nie widzialo! -Masz tu kompanie kufel piwa, rubel miecha i mów zaiste szybko cóż się wydarzyło, że wracasz tylko ty z tej jak widzę śmiertelnej wyprawy? -Panie kapitanie! Tego się nie da opisać... nie da się opisać słowami, nie odda tego nikt..., nie odda tego co widziałem bard..., nie odda najlepszy pieśniarz ani malarz nikt, Panie Kapitanie! Nikt nie potrafi opisać zła wcielonego i nikt nie potrafi go namalować! Panie... -krasnolud jęknął z bólu chwytając się za serce, a żyła na jego czole ukazała się bardziej dobitnie i poczerniała tak jak te na rękach, na szyi!- Panie kapitanie ogromna armia setki, powiadam Panu setki, dopadli nas w lesie, wyrżnęli w pień, bez skrupólów miażdżyli głowy moim towarzyszom, z każdym jednym zabitym przez nas pojawiało się dwóch jeszcze bardziej rozwścieczonych i rządnych krwi, a na ciała naszych braci rzucali się jak wygłodniale bestie, zwłoki znikneły mi... - krasnolud już cały spocony bledszy od śmierci znów złapał się swa ogromną dłonią za serce - Panie Kapitanie nie ma odwrotu...Panie Kapitanie nie ma odwrotu. - ręka powoli osunęła się po ciele padając na ziemię, a w namiocie zastała cisza...głucha cisza! Bębny stawały się coraz głośniejsze, ryk szum i wszystko co można sobie tylko wyobrazić, dym gryzł w oczy nie dało się oddychać, piski dochodzące z południa powodowały w krasnoludach drgawki przechodząc od samych stop po zarośnięte brody! Jeśli nie spotkałeś nigdy diabla to nie wiesz jak można to opisać, słowami zaiste się nie da ! -Nadchodzą! -Zwołać mi tu szybko wszystkich dowódców! Chce mieć tu wszystkich zwartych i gotowych i nie obchodzi mnie czy jędza, śpią czy chędożą jakieś dziwki! -Khaz melduje się Panie Kapitanie! -Bargool jest Panie Kapitanie -Nehbet na zawołanie Panie Kapitanie! -Ahhamed melduje się Panie Kapitanie -Pięknie, kurwa mać, czy na Thorstena to trzeba zawsze do jasnej pizdy czekać! - Nie upłynęła chwila... -Thorsten Gavallard melduje się na rozkaz! Dowódca podszedł do spóźnionego krasnoluda nachylając mu się nad uchem. -Gavallard mam w dupie ciebie i calą twoja kurwa kompanie rozumiesz? Szczerze mógłbym was sprzedać albo zabić, jedyny z was pożytek. Nienawidzę twojej pieprzonej indywidualności, Gavallard! Nienawidzę twojej osoby i nie podoba mi się w ogóle, że istniejesz, ale musze znosić twój zasrany pysk bo... -A może Panie Kapitanie to zazdrość, że inni poszli by raczej za mną niż za panem, że oddali by życie krzycząc Gavallard? Może o to chodzi? -Ty nie pyskuj, bo jeszcze dziś mogę cię zdegradować, ale jesteś jak na to nie patrzeć kurwa potrzebny rozumiesz?! I wymagam dziś pełnego posłuszeństwa! Jak powiem ze masz klękać to masz klękać! Jak powiem, że masz leżeć to zanim skończę to mówić to mas leżeć! Rozumiemy? -Do usług Panie Kapitanie. -Słuchać mnie uważnie! Nie wiem co do kurwy nędzy mają do powiedzenia bogowie, nie wiem co za ścierwo plącze mi się pod górami, ale wiem, że zabiło moich ludzi. Rozumiecie? Moich ludzi, a na cos takiego nie pozwolę sobie! Rozumiecie?! Nie pozwolę sobie! Za pół godziny chce mięć wasze odziały gotowe do walki chce wyrżnąć to skurwysyństwo, które czai się u podnóża gór, a wy mi tym pomożecie, wiec jazda! Widzieliście kiedyś co zostawiają najedzone wilki po swoich ofiarach? Zabijają tylko po to, by zabijać, bo taki jest ich instynkt. Wcale nie muszą być głodne. Kochają zabijać, każdy kąsek mięsa rozrzucony jest w innym kierunku, a ciało ze złamanym kręgosłupem wleczone jest jeszcze daleko, ślad krwi ciągnie się po całej drodze. Lubią rozgryzać czaszkę dostając się do mózgu, który rozszarpują i często on leży daleko od ciała. Wnętrzności tak samo zostawione zostają gdzieś po drodze? Wiecie czemu to robią? Bo są zwierzętami, bo kierują nimi instynkty zwierzęce, a mordowanie to dla nich jak dla nas śpiewanie w młodości, niesamowita przyjemność! Więc jak widzieliście cos takiego, przykładowo jakąś wiewiórkę rozszarpana na drodze lub coś większego, może jakiś młody dzik? Zawsze atakują w stadzie i bawią się ze swoją ofiarą zadając obrażenia, dobrze wiedzą ze zginie w męce, ale kochają się nią bawić! To wyobraźcie sobie teraz najstraszliwszy obraz pożogi, smutku i zniszczenia jaki tylko może być na starym obozowisku i dodajcie scenę z wilkami gdzie role umierającego odegra krasnolud! W ten sposób ukarze wam się to co zostało z obozowiska kapitana Harra . -Ferick, gnomie, suczysynu jeden, trzymaj się! Proszę cię trzymaj się! Pierdolone bestie! Krasnolud odrzucając belki, próbował dokopać się do głosu, który wydobywał się spod zawalonego stropu! -Na boga Goht wyciągnij mnie stąd do jasnej ciasnej, błagam cię zdaje mi się, że widzę ich twarze... w tej jebanej ciemności! Pospiesz się błagam, bo będziesz wyciągał ześwirowanego gnoma! -Ty i tak miałeś najebane w tej swojej malej główce, ale szczerze cię rozumiem. Nie miałbym ochoty zobaczyć tego jeszcze raz, przejechali po nas jak fala, zatopili się we krwi i zniszczyli wszystko. Nie widziałem żeby ktoś był zdolny do takiego okropieństwa, bestie! Na wszelkich bogów nie wierze! Z siwego dymu, który unosił się nad obozowiskiem i mgłą, która opadała pod wieczór, wyłoniła się postać, szeroka z toporem w kształcie gwiazdy stopajac powoli, kulejąca, ze szramami na czole jakby chłosty nie padały na plecy tylko na jego twarz zabrudzoną od kurzu i skapną w gęstej czerwieni! -Belin-błagalnym głosem. - Belin, bracie chodź tu co prędko i pomóż mi odkopać ostatnich żywych. Belin zauważył krasnoluda, który odrzucał kamienie na wszystkie strony! -Witaj Gohtarze! -Witaj! -Wybacz mój stan! -Rozumiem. -Zabijałem skurwysynów jak żaden inny. Padło od mojego topora ze setka jak nie więcej ,przecinałem bestie w pół, miażdżyłem głowy i zanim upadli plułem w twarz, a oni znikali i zaraz pojawiali się nowi, nowi, nowi! -Powalałem ich dziesiątkami Belinie i dobrze cię rozumiem ale szatańskiego nasienia nie zabijemy zwykła bronią, a teraz skończmy rozprawiać o tej pożodze i pomóż mi uwolnić Pana Fericka! -Nareszcie do cholery strasznie żeście się wlekli - gnom starł z czoła pot, krew, brud i wszystko co znajdowało się tam w tym momencie! -Więc teraz do jasnego pieroga ja wam powiem co JA zrobiłem! Jak zobaczyłem jak oddział Gavallarda został powalony pierwszą salwą! Pomyślałem sobie że to dobry czas żeby wreszcie świat usłyszał o technologii wodorowej, której byliśmy twórcami. Wyciągnęliśmy razem z calą ekipą nasze cacko - powstawało od dawna, pieszczone co dzień, badania, obliczenia, wszystko się zgadzało, ogromna ilość ciepła w krótkim czasie, śmierć przez spalenie na miejscu! Przeprowadzaliśmy próby wszystko działało jak trza, więc odpaliłem bestię czekając, aż nadejdzie śmierć i wszyscy, którzy tam byli wiedzieli ze nie czeka nas nic innego jak powiew kurwa ciepłego powietrza z "Oddechu smoka", bo tak nazwaliśmy tą piękność! No i oczywiście jak na próbach wszystko było cacy, tak teraz snop ognia, mały wstrząs i to wszystko, zerowa siła rażenia! Tylko pierdolony dach nam się na głowę zawalił, niektórzy zdążyli uciec, ale za chwilę słyszałem tylko jak ich ciała lądowały w strzępach na fundamencie laboratorium! -Gohtarze, Panie Ferick! Nie wiem co to za skurwysyństwo to było, ale zabić się tego nie dało! -Jeżeli tak zacni wojownicy jak wy nie zabiliście tego plugastwa to nie było na nich mocnych! - Znaleźliście jeszcze kogoś krasnoludy? -Nie wiem, na razie jedno co widziałem to pełno krwi i ciał, nie wiem czy ktoś w ogóle dał rade przeżyć, widziałem swoich braci jak gineli jeden po drugim szarpiąc się ze śmiercią! Gohtarze? -Wątpię, możemy się przejść i zobaczymy czy kogoś jeszcze znajdziemy... I znów niech zadziała wam wyobraźnia, więc jak to jest w rzeźni kiedy po podłodze płyną strumyki krwi czarnej, takiej ładnej czarnej krwi? To wyobraźcie sobie piękną, zielona trawę, rosnące na niej białe kwiaty, ślimaczki, wiewióreczki i inne te kurestwa, które nagle szlag trafia i trawka zaścielona jest zwłokami, a reszta to nawet nie mam pojęcia co się z resztą stało! Bo droga na południe wyglądała jak rzeźnia! Szliśmy może z 10 min aż w końcu trafiliśmy na 2 postacie, dwóch załamanych, siedzących krasnoludów! Thoresten Gavallard i Yarpen Zigrin! Nie będe wam opowiadał o kłótni, która była o tym, jak mało się nie pozabijaliśmy i o to kto kogo obwiniał, bo nie o to chodzi! Chodzi o słowa, które padły wtedy z ust Gavallarda -Większego kurwa syfu to ja nie widziałem i nie mam zaiste ani żadnego pojęcia, ani pomysłu jak nazwać to co się tu wydarzyło. Wiem tylko, że do tej pory słyszę te pieprzone bębny i trzask łamanego kręgosłupa! Ale powiem wam tylko jedno wątpię żebyśmy kiedyś wrócili do dawnej formy szczególnie psychicznej, bo ja siebie uważałem za popaprańca jeszcze przed tym jak zostałem dowódcą, a to co mnie tu spotkało... Myślę ,że myśl moja okaże się zbawienna. -Radziłbym inaczej, naprawie "Oddech" i pierdolne to coś w zaświaty! -Ferick! -Wybacz Gavallard! -Jesteśmy na tyle mądrzy, by wybierać. Co chcecie robić? Założyć rodziny, opowiadać swoim dzieciom historię jak tysiące naszych braci wymordowali w ciągu dnia? A może szukacie gdzieś wybaczenia wszystkich matek i dzieci, których ojców pozbawiliście życia?! Jesteśmy recydywą, marginesem społecznym, żałosnymi sukinsynami, które jedynie co dobrze robią to mordują! Jesteśmy jak zabłąkane w świecie psy, dorosłe, więc nikt nas nie przygarnie, za brzydkie by pokazać się w miastach i za sprytne by ktokolwiek mógł nas przechytrzyć... jesteśmy jak psy, bracia jak Psy... -jak psy! -jak psy! -Psy!!! -Zigrin, a ty wredny suczysynu co ty na to? - Ja to szczerze mówiąc zawsze miałem daleko gdzieś, gówno mnie obchodziło co się stanie ze wszystkimi duszami i dziećmi ,które nie maja ojców, wiec chyba nie pozostaje mi nic innego jak zostać zaszczutym przez prawo Psem. -Wiec wykonajmy ostatni rozkaz! Ruszajmy na południe! To chyba była nauczka od bogów. Za dużo dusz posłaliśmy do nieba więc nas poskromili troszkę! -Może i tak może i nie ja się zastawiam czy ktoś tu posprząta! -Panie Ferick! Tak na marginesie ta oto historia naszej kompanij wyszła spod ręki pana Fericka. Tak gwoli formalności. |
| Archiwum Mroczne Wrota • tylko do odczytu • 2026 |